Zdzisław Piotrowski: To przygoda życia

Beata Modzelewska
Archiwum prywatne
Udostępnij:
59-letni Zdzisław Piotrowski z Ostrołęki pojechał rowerem do Częstochowy - pedałował 22 godziny, bez przerwy na sen.

- Zawsze marzyłem, żeby odbyć w sierpniu pielgrzymkę do Częstochowy: pieszą lub rowerową. Ale nigdy się jakoś nie składało: a to urlopu nie miałem, a to na urlopie nie miałem czasu. Postanowiłem więc, że sam sobie taką pielgrzymkę zorganizuję.

1 sierpnia Zdzisław Piotrowski wsiadł na rower i wyruszył. Pedałował 22 godziny, z krótkimi przerwami na odpoczynek!

- Moja podróż zaczęła się przed godz.11.00. Deszcze troszeczkę padał wtedy, ale to mnie nie zniechęciło. Pierwszy przystanek miałem w Pruszkowie. Późnej ze dwa razy odpocząłem po kilka minut i dojechałem na Jasną Górę we wtorek, ok. 13.00.
Przejechał 387 kilometrów w 22 godziny (plus czas na odpoczynek).

- Korzystałem z nawigacji. Raz zaprowadziła mnie do lasu. - Śmieje się na to wspomnienie. - Prowadziła na skróty i musiałem przez to pieszo się przemieszczać przez pewien odcinek, bo nie dało się jechać.

W Częstochowie poprosił jednego z turystów, by zrobił mu zdjęcie i wysłał je je żonie oraz synom.

- Jeden z synów od razu do mnie zadzwonił, zdziwiony, że jestem w Częstochowie. Bo synowie nie wiedzieli o tej wyprawie - zaznacza.

Wiedziała za to żona pana Zdzisława.

- Żona była przeciwna tej podróży - przyznaje ostrołęczanin.- Martwiła się bardzo, że będę podróżował sam, do tego w nocy. A syn, gdy do mnie zdzwonił, zapytał z troską, gdzie zamierzam nocować. Odparłem, że będę szukał jakiejś kwatery. Syn mnie w tym szybko wyręczył i pojechałem do hotelu, w którym zarezerwował mi pokój. Jak doprowadziłem się do porządku i zjadłem obiad, padłem ze zmęczenia. Następnego dnia obudziłem się przed 5.00, poszedłem na odsłonięcie obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej i zrobiłem jeszcze 16 km po Częstochowie.

Ale zanim ponownie wsiadł na rower, postanowił go wyczyścić. Poszedł więc do myjni. Samochodowej, oczywiście.

- Tam powstał problem: urządzenia nie były przystosowane do tak małego pojazdu - śmieje się rowerzysta. - Ale w końcu rower mi umyli. Jak go wyprowadziłem, kierownik myjni spytał kto mi ten rower mył. Wskazałem odpowiednią osobę, a szef zawołał tego pana i mówi: „ten rower nie jest dobrze umyty. Trzeba go jeszcze wytrzeć do sucha”. I tak zrobili. Zażyczyli sobie za usługę 5 zł, zapłaciłem dychę. Późnej odwiedziłem serwis rowerowy, gdzie nasmarowali mi łańcuch, sprawdzili ciśnienie w kołach i podciągnęli tylny hamulec.

I tak przygotowany, Zdzisław Piotrowski ruszył w drogę powrotną (po dwóch dniach pobytu w Częstochowie).

- W czwartek, 4 sierpnia, o godz. 11.00 wyruszyłem do Ostrołęki, a w piątek o 11.00 byłem w domu. Wracając, jechałem przez Most Siekierkowski w Warszawie. Widziałem tam… dziki. W drodze powrotnej dwa razy się zatrzymałem. Kryzys mnie dopadł przed Wyszkowem. Ale do Wyszkowa dojechałem, zjadłem cztery małe bułeczki i kontynuowałem podróż do Ostrołęki. W całej tej wyprawie ucierpiał mój tyłek - śmieje się sympatyczny mężczyzna.

Uniknął też, na szczęście, awarii.

Zdzisław Piotrowski ma 59 lat. Jest dyspozytorem w Miejskim Zakładzie Komunikacji w Ostrołęce, ponadto instruktorem nauki jazdy (przyznaje, że bardzo to lubi - red.). Lubi jeździć rowerem, ale jeździ turystycznie a nie wyczynowo i jakoś szczególnie się do wyprawy na Jasną Górę nie przygotowywał.

Wypad do Częstochowy to dla niego…

- Przygoda życia - mówi z przekonaniem. - Nie wiem, czy wielu ludzi w moim wieku odważyłoby się na taką wyprawę. Zresztą znajomi mnie pytają: nie bałeś się tak jechać w nocy? Może i się trochę bałem, ale strach mnie nie paraliżował. Jechałem, także przez las. Spokojnie, własnym tempem. To był dla mnie czas na rozmyślania. W towarzystwie jest raźniej i pewnie bezpieczniej, ale tu miałem całkowitą swobodę. Choć rozumiem, że żona się bała o mnie.

Pan Zdzisław ma kolejne „rowerowe marzenia”.

- Pojechałbym sobie dalej, gdzieś w Polskę, np. do Zakopanego. Niebawem jedziemy na wesele właśnie do stolicy Tatr. Pomyślałem, że mógłbym się tam wybrać rowerem, a pozostali członkowie rodziny pojechaliby samochodem, z bagażnikiem rowerowym. Ale żona ostro zaoponowała. A ja już nawet sprawdziłem, że trasa rowerowa do Zakopanego wynosi 524 km samochodem, czyli ok. 600 rowerem. Chętnie bym się w taką podróż wybrał. Nawet jestem gotów zainstalować żonie w telefonie taką specjalną aplikację, żeby w każdej chwili widziała, gdzie jestem - uśmiecha się Zdzisław Piotrowski.

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Życzę powodzenia w osiągnięciu celu. I prosze mi wierzyć, chcieć to móc. Ja w zeszłym roku zrobiłem samotnie Zakpane - Hel i naprawdę warto. Ludzie po drodze przyjaźnie nastawieni do tak zakręconego spędzania wolnego czasu i zawsze pomogą. Proszę próbować, bo... jak nie teraz to kiedy?

Pozdrawiam.

Krzysztod Gągorowski
G
Gość

Moje gratulacje panie Zdzislawie.NIedawno poznalem pana.......spoko z pana instruktor......pozdrawiam

 

G
Gość

Gratulację za determinację i hart ducha :) I sądzę, że Pan Zdzisław jednak zdecyduje się na kolejny przystanek rowerowy- Zakopane czego mu serdecznie życzę i aby dojechał bez problemów  :) 

Dodaj ogłoszenie