Świadectwo lekarza: Uzdrowiła mnie modlitwa [WIDEO]

Redakcja
5 lutego 2015 roku Pan Bóg wcisnął w moim komputerze reset. Wszystko wyzerował. W jednej chwili z maratończyka, triathlonisty stałem się niezdarny jak dziecko - wspomina Krzysztof Tyburczy, specjalista medycyny ratunkowej.

Lekarz niedawno obchodził drugą rocznicę wydarzenia, które całkowicie zmieniło jego życie.

Krzysztof Tyburczy to lekarz z Białegostoku, który pomaga pacjentom również w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym w Ostrołęce oraz jeździ w karetkach ostrołęckiego Meditransu.

- Gdyby ktoś powiedział mi co się wtedy wydarzy, to bym nie uwierzył i pewnie bym się przestraszył - wspomina nasz rozmówca. - Byłem na urlopie w Austrii, czwarty dzień. Zjeżdżałem na nartach i nagle urwał mi się film. Kiedy obudziłem się po utracie przytomności, zobaczyłem swoją córeczkę i synów. Spytałem, co mi się stało. Moja córka Diana mówiła, że byłem nieprzytomny. Zapytałem jakie mam źrenice i czy coś mi cieknie z uszu. Wtedy Diana z przerażeniem spojrzała i powiedziała: „Tata, ale ty już o to pytałeś”.

Krzysztof Tyburczy to lekarz z Białegostoku, który pomaga pacjentom również w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym w Ostrołęce oraz jeździ w karetkach ostrołęckiego Meditransu.

- Gdyby ktoś powiedział mi co się wtedy wydarzy, to bym nie uwierzył i pewnie bym się przestraszył - wspomina nasz rozmówca. - Byłem na urlopie w Austrii, czwarty dzień. Zjeżdżałem na nartach i nagle urwał mi się film. Kiedy obudziłem się po utracie przytomności, zobaczyłem swoją córeczkę i synów. Spytałem, co mi się stało. Moja córka Diana mówiła, że byłem nieprzytomny. Zapytałem jakie mam źrenice i czy coś mi cieknie z uszu. Wtedy Diana z przerażeniem spojrzała i powiedziała: „Tata, ale ty już o to pytałeś”.

- Zadawał cztery pytania: Co się stało, gdzie jest mama, bo wtedy jej z nami nie było, jakie ma źrenice, czy nic mu z uszu nie leci i czy ma prosty język - wspomina córka Krzysztofa Tyburczego. - Po tych pytaniach stwierdzał, że nic mu nie jest. I tłumaczył mi, że jest lekarzem. Po czym mówił, że jedziemy dalej. Na szczęście nie dawał rady, bo pewnie nie udałoby mi się go powstrzymać. I za chwilę znów pytał o to samo, w sumie pewnie jakieś dziesięć razy. Uznałam, że trzeba mu cierpliwie odpowiadać i tak robiłam. W końcu przyjechał skuter śnieżny i go zabrali.

- Przewieziono mnie do szpitala - wspomina Krzysztof Tyburczy. - Położono mnie, po wykonaniu RTG czaszki i tomografii głowy, na oddział. Okazało się, że miałem 12-milimetrowego krwiaka. Myślałem, że gorzej być nie może, ale jednak było gorzej... Po dwóch godzinach leżenia w szpitalu straciłem władzę w prawej ręce i nodze. Nie potrafiłem ruszyć ani ręką, ramieniem, kolanem, ani stopą. Od tego momentu liczę moje nowe życie...

Lekarza przewieziono do kliniki w Innsbrucku. Tam przeszedł operację.

- Kiedy się obudziłem po operacji, potrafiłem zrobić tylko ruch kciukiem. Pozostałe palce, nadgarstek, łokieć, bark były bezwładne - opowiada.

Jako doświadczony lekarz, w takim stanie doskonale rozpoznawał co się dzieje z jego ciałem. Dziś opowiada o tym językiem specjalisty.

- Najbardziej przeżywałem, że kość - tzw. guz kulszowy - wbijała mi się w skórę, bo nie było napięcia pośladków. Leżąc na plecach, nie potrafiłem się przerzucić na prawy bok, ani na lewy. Nie potrafiłem pójść do ubikacji. Nie potrafiłem się wykąpać, umyć zębów. I tak sobie leżałem - wspomina.

W tym stanie jego myśli zaczęły się zwracać ku sprawom ostatecznym.

- W mojej wieloletniej pracy lekarskiej potrafiłem wyczuć śmierć - mówi. - Leżąc na oddziale intensywnej terapii w szpitalu w Austrii, czułem, że jest gdzieś blisko. Nie bałem się. Prosiłem tylko Boga, że albo niech mnie zabierze, albo niech mnie uzdrowi. Bałem się, że zabierze mi mowę, że będę tylko leżał, że nie będę miał żadnego kontaktu z moją rodziną, że będę dla nich wielkim ciężarem. Takie najbardziej emocjonalne zdarzenie z mojego pobytu w Innsbrucku, to było spotkanie z dziećmi. Gdy tamtejsi lekarze zasugerowali, że mogą się ze mną pożegnać i cała trójka płakała nad moim łóżkiem, zupełnie mnie rozkleiła - wspomina Krzysztof Tyburczy.

To nie jest jednak tylko wspomnienie. Te emocje czasem wracają...

- Kilka tygodni temu miałem na swoim oddziale podobną sytuację. Kiedy zobaczyłem młodą kobietę, rocznik 72, z udarem krwotocznym i dwie córki nad nią płaczące, zupełnie się rozkleiłem. Musiałem wyjść z sali. Nie wytrzymałem psychicznie - przyznaje.

Wracając pamięcią do tego co działo się z nim w Innsbrucku, przywołuje inną sytuację. W odróżnieniu od „pożegnania z dziećmi”, ta nie rozkleiła go, wręcz przeciwnie - przyniosła ukojenie.

- To była spowiedź, zdawałem sobie sprawę, że prawdopodobnie ostatnia w moim życiu - wspomina. - W szpitalu udzielał mi jej polski ksiądz, który tam studiował. Wtedy już mówiłem z trudem, jąkałem się, ten ksiądz pomagał mi odmówił pokutę. Godząc się z Bogiem, poczułem spokój.

Jak sam go dziś określa, nieracjonalny.

- Czemu taki spokój? - pytałem siebie. Czemu, mając trójkę nieodchowanych dzieci, czuję taki spokój?

- Nie rozumieli, dlaczego nie wybucham, dlaczego się nie załamuję - wspomina. Ale przecież zna to także z lekarskiego doświadczenia. - Każdy człowiek w takim stanie, z ciężką chorobą, ma kryzys; prędzej czy później wybucha. A ja po prostu się modliłem. Kiedy leżałem na oddziale, wszystkie rzeczy przestały mieć znaczenie. Prosiłem tylko żonę, teraz nazywam ją aniołem, o różaniec. Dziś mogę powiedzieć, że to najlepszy lek uspokający jaki istnieje. Modlitwa daje taki spokój!

Szybko okazało się jednak, że Pan Bóg nie ma zamiaru Krzysztofa Tyburczego jeszcze zabierać do siebie.

- W pewnym momencie zaczęły się dziać dziwne przypadki. Kiedy mówiłem któryś raz „Zdrowaś Maryjo”, zacząłem ziewać. I podczas ziewania zacząłem podnosić chorą rękę. To był taki odruch, zawsze w połowie zdrowaśki ręka mi się podnosiła. To mobilizowało mnie do dalszej modlitwy - opowiada.

Krzysztof Tyburczy zrozumiał, że jego życie zaczyna się od nowa. I w tym nowym życiu, prosił Boga o rzeczy, które wcześniej były zupełnie naturalne, bądź zupełnie abstrakcyjne.

- Prosiłem Pana Boga wtedy o trzy rzeczy: żebym mógł jeździć na wózku, żebym mógł sam skorzystać z toalety i żebym mógł się samodzielnie wykąpać.

Doktor Tyburczy dziś wie też, że powrót do zdrowia zawdzięcza nie tylko własnej modlitwie.

- Moja żona w międzyczasie poinformowała przyjaciół i rodzinę o moim stanie, z prośbą o modlitwę - mówi.

Zdaniem lekarza, nie przypadkiem pojawił się wtedy w klinice w Innsbrucku polski ksiądz.

- Już dwa tygodnie po operacji pojechałem na wózku na mszę. A pięć dni później zapukałem do niego do zakrystii na własnych nogach. Wprawiłem go tym w osłupienie.

W osłupienie Krzysztof Tyburczy wprawiał też, tempem rehabilitacji, lekarzy. Także w niej pomagała mu modlitwa.

- Przez cały czas rehabiltacji dużo się modliłem, za siebie, a także za współlokatorów, bo chrapali i nie dawali mi spać - wspomina dziś z uśmiechem.

Więcej w papierowym wydaniu Tygodnika Ostrołęckiego

Wideo

Dodaj ogłoszenie