Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Marzenie Marka ziściło się w Wyszkowie

anek
Reprezentacja ośrodka w piłce nożnej, która na ostatnich zawodach wywalczyła piękny puchar. W środku w czarnym golfie - kierownik ośrodka Stanisław Knobloch. Pozostali to podopieczni
Reprezentacja ośrodka w piłce nożnej, która na ostatnich zawodach wywalczyła piękny puchar. W środku w czarnym golfie - kierownik ośrodka Stanisław Knobloch. Pozostali to podopieczni A.Kowalewska
Kiedyś grupa mieszkańców chciała przepędzić Monar z miasta. Dziś mało kto wyobraża sobie Wyszków bez tego ośrodka.

Jeszcze kilka lat temu nie do pomyślenia byłoby w Wyszkowie, aby matka oddała swoje dziecko pod opiekę narkomana z Monaru, bo tak mówiono o pacjentach ośrodka. Dziś niejedna matka przyprowadza tu dzieci na hipoterapię i dogoterapię (czyli leczenie niepełnosprawnych z wykorzystaniem koni i psów). Ci sami ludzie, którzy na początku lat 90. budowali barykady przed narkomanami, dziś jedzą razem z nimi pieczone na ognisku kiełbaski
Nie ma chyba w Wyszkowie imprezy, w której pacjenci ośrodka Monaru by nie uczestniczyli i której nie wspieraliby organizacyjnie. Ośrodek po latach zabiegów i starań na stałe wrósł w wyszkowski pejzaż, działa prężnie, z korzyścią zarówno dla podopiecznych placówki, jak i dla wyszkowian.
Początki tej współpracy były jednak bardzo trudne, choć wielu wolałoby dziś o tym nie pamiętać. Dzisiaj Jagoda Władoń, reprezentująca wyszkowski ośrodek, wiceprzewodnicząca zarządu głównego Monaru i bliska współpracownica założyciela tej organizacji Marka Kotańskiego z całą mocą powtarza kilkakrotnie, że "to nasz, wyszkowski Monar". Jednak dużo wody w Bugu musiało upłynąć, nim tak rzeczywiście się stało. Na przeszkodzie stanęły: strach, niewiedza, niezrozumienie i nietolerancja. To one powodowały budowanie barykad, protesty i demonstracje mieszkańców Wyszkowa, gdy Polska usłyszała o AIDS. Dziś na szczęście Wyszków ma je za sobą, a członkowie Monaru oceniają, że niewiele jest tak otwartych i przyjaznych im małych społeczeństw.

Nie spaleni na stosie

Czym jest Monar

Mlodzieżowy ruch na rzecz przeciwdziałania narkomanii - Monar, to dzieło Marka Kotańskiego. Zmarły dwa lata temu Kotański już jako nastolatek zajmował się pomocą potrzebującym. W czasie studiów działał w Ruchu Młodych Wychowawców, który opiekował się sierotami i młodzieżą dotkniętą patologiami społecznymi. Jako student trzeciego roku rozpoczął pracę terapeuty w szpitalu psychiatrycznym przy ul. Dolnej w Warszawie i izbie wytrzeźwień. Zaczął też interesować się osobami uzależnionymi od narkotyków. To właśnie dzięki niemu w komunistycznej Polsce, już na początku lat 80. zaczęto głośno mówić o problemie narkomanii - problemie, którego oficjalnie nie było.
Pracując w szpitalu psychiatrycznym w Garwolinie na oddziale dla narkomanów zerwał z tradycyjnymi sposobami, ich leczenia, bo były nieskuteczne. Stworzył tam i poddał terapii pierwsze grupy, które nazwano "społecznościami", a także dał początek systemowi leczenia uzależnionych od narkotyków "Monarowi".
Podczas dziewiętnastu lat istnienia "Monaru" Marek Kotański stworzył 24 centra leczenia uzależnionych, 25 punktów konsultacyjnych, schronisko dla aktywnych narkomanów. Czterdzieści procent pacjentów Monaru już nigdy nie wraca do nałogu. To jeden z najwyższych wskażników skuteczności leczenia na świecie!
Te efekty udało się osiągnąć tylko dzięki zastosowaniu głównej zasady terapii: pacjenci leczą się sami. Leczenie trwa dwa lata. Na początku jest nowicjat. Uzależniony staje się członkiem społeczności złożonej z ludzi takich jak on sam. Następnie przechodzi przez uniewinnienie. Grupa musi o nim wiedzieć wszystko, nawet rzeczy, których on sam nie przyznałby przez samym sobą. Lekarstwem w centrach jest ciężka praca i "duch Monaru", braterstwo i surowość zasad. Marek Kotański rozwinął również system pomocy dla osób opuszczających więzienia, działający już od siedmiu lat i również przez nikogo nie finansowany. Dzięki Kotańskiemu powstał również Markot - sieć ośrodków zajmujących się bezdomnymi.
W naszym regionie znajdują się cztery ośrodki Monaru: w Wyszkowie, Ostrołęce, Lipiance koło Goworowa oraz w Przasnyszu.

Monarowcy zawitali do Wyszkowa w 1983 roku, najpierw do Pałacyku Skarżyńskich. Po pierwszym etapie ciszy, pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy zaczęły do ludzi docierać pierwsze sygnały o śmiertelnej chorobie, która nieodmiennie kojarzona była z narkomanami i homoseksualistami, nad ośrodkiem zawisły czarne chmury. Okoliczni mieszkańcy zbuntowali się przeciwko bombie z opóźnionym zapłonem, którą im zafundowano - tak wówczas traktowali ośrodek dla narkomanów. Rzeczywiście Monar chciał w nim umieścić osoby zarażone wirusem HIV. Były, więc barykady, blokady, demonstracje, wyzwiska, a nawet spalony dach na stajni w ośrodku. Był mur, który oddzielił chorych, od zdrowych. Mur niewiedzy i nietolerancji.
Wtedy w Polsce jeszcze niewiele wiedziano o AIDS. Pierwszego nosiciela HIV zarejestrowano w 1985 roku, pierwszy zakażony narkoman zarejestrowany został trzy lata później. Polska u schyłku komunizmu nie bardzo wiedziała jak sobie radzić z nosicielami HIV i chorymi na AIDS. Rękę do nich wyciągnął Marek Kotański. Chciał znaleźć dla nich dom, w którym mogliby razem mieszkać, wspierać się wzajemnie i korzystać z opieki lekarskiej. Wszędzie jednak, gdzie "Kotan" próbował założyć Dom Nadziei, sąsiedzi ostro protestowali nie przebierając w środkach. W Głoskowie pod Piasecznem okoliczni mieszkańcy siłą przepędzili zarażonych i ich opiekunów. Wybili szyby w ośrodku i wrzucali do wnętrz płonące kukły. W Wyszkowie również nosiciele wirusa zostali przepędzeni.
"W 1990 r. w Wyszkowie przetrenowaliśmy pierwsze ścieżki zdrowia. W szpalerze rozwścieczonych zdrowych, poganiani szturchańcami i stekiem wyzwisk, pędziliśmy do milicyjnych radiowozów, uciekając przed »społecznością lokalną«, która nie wyraziła zgody na budowę Domu Nadziei dla nosicieli HIV" - wspominał po latach Marek Kotański na łamach "Gazety Wyborczej" ("Przyczółki niemożliwego", GW nr 280, 2 grudnia 1996). Od tamtych wydarzeń minęło czternaście lat. Czas płynie i goi rany.
- Ja właściwie nie dziwię się reakcji tych ludzi wtedy, bo powodowała nimi niewiedza, strach przed nieznanym, obawa o życie swoje i najbliższych - wspomina Jagoda Władoń. - To, co wiedzieli o chorobie, niekoniecznie musiało być prawdą. Wpadli w panikę. Wtedy, na przełomie 80. i 90. czuliśmy się tu intruzami. Jednocześnie wiedzieliśmy, że nie jest to niechęć do konkretnych ludzi, ale do zjawiska, bo każdy problem, gdy mu się nada ludzką twarz, przestaje być taki straszny. Postanowiliśmy więc zmienić strategię działania. Tam, gdzie miały powstawać nowe ośrodki, najpierw przygotowywaliśmy lokalną społeczność, a tam, gdzie już istniały, jak w Wyszkowie, zainicjowaliśmy szerokie akcje edukacyjne.
Ta zmiana nastawienia spowodowała przełom w kontaktach ośrodka z mieszkańcami. Wiedza zaczęła obalać mury.
- Zrozumieliśmy, że to my musimy wyjść do mieszkańców z inicjatywą, pokazać, że nie jesteśmy straszni, niebezpieczni, że jesteśmy takimi samymi ludźmi, że możemy robiąc coś dla siebie zrobić coś dla nich, że tylko wtedy przestaniemy być dla nich obcy. Stąd pojawiły się takie inicjatywy, jak hipoterapia, dogoterapia, wspólne imprezy plenerowe, zajęcia z młodzieżą, szkolenia dla pedagogów itp. - mówi Jagoda Władoń. Dziś po latach matki bez obaw pozostawiają swoje niepełnosprawne dzieci pod opieką pacjentów ośrodka, a podopieczni Monaru wspierają organizację praktycznie wszystkich plenerowych imprez w mieście i ciągle proponują wyszkowianom jakieś nowe inicjatywy. Od 1989 roku dzierżawią od miasta część kuźni, stajnię dworską w kompleksie pałacowym przy 3 Maja, które zostały przystosowane do potrzeb ośrodka i których dzierżawę przedłużono w tym roku o kolejne trzy lata oraz obiekty przy ulicy Komunalnej, oddane im przez miasto w dzierżawę na piętnaście lat. Były praktycznie ruiną, ale solidna i wytrwała praca podopiecznych ośrodka sprawiła, że powstaje tam sympatyczny, zadbany i ciepły zakątek.

Duch "Kotana"

Tyle jesteś wart, ile potrafisz dać z siebie innym - dowodził założyciel Monaru Marek Kotański. Jego idea żyje w jego ośrodkach i ludziach w nich mieszkającycch.
- Marek zawsze nam powtarzał, że nadejdą kiedyś czasy, kiedy ludzie zrozumieją, że wszyscy sobie jesteśmy nawzajem potrzebni. I to się stało - mówi wiceszefowa Monaru. - Dziś, kiedy widzę jak nasi pacjenci czule obejmują niepełnosprawne dzieci, sadzają na koniach, asekurują i dbają o nie, mam wrażenie, że sen się ziścił. Wielkie marzenie Marka Kotańskiego stało się rzeczywistością, choć jeszcze kilkanaście lat temu, gdyby ktoś mi powiedział, że tak właśnie będzie, nie uwierzyłabym mu.
To za radą "Kotana" walczyli w Wyszkowie o to, by postrzegano ich jak dobrych sąsiadów, od których pożycza się chleba i gawędzi wieczorem na ławce. Nic na siłę. Spokojnie i systematycznie włączali się w wyszkowskie życie.
- Pamiętam, gdy jakiś czas temu byłam tu w Wyszkowie, wtedy jeszcze tu nie pracowałam, na współorganizowanych przez nas zawodach jeździeckich, patrzyłam na tę wspaniałą zabawę, na to, jak nasi pacjenci pieką na grillu kiełbaski dla wyszkowian, jak się wspólnie bawią. I nie mogłam uwierzyć, że jednak się udało, że ci sami ludzie, którzy kiedyś nas nie chcieli dziś traktują nas jak swoich i nawet sa skłonni bronić naszej obecności tutaj - cieszy się Jagoda Władoń.

Monarowska rodzina

Obecnie w ośrodku przebywa pięćdziesięciu sześciu pacjentów. Przyjechali z różnych stron Polski. Zasada jest bowiem taka, że nie jest się leczonym w miejscu zamieszkania. To nie miałoby sensu bez wyrwania z uzależnionego środowiska. Terapia to nie żadne czary, nie ma w niej nic tajemniczego, jak sądzą niektórzy. To po prostu ciężka, prawie dwuletnia, praca nad powrotem do normalności. Najpierw zdiagnozowanie przyczyny uzależnienia, potem jej eliminacja, uczenie podstawowych funkcji życiowych, samodzielności, powrotu do normalnego życia, nauka jak normalnie żyć bez narkotyków.
- Tak naprawdę pomaga grupa, która jest zwierciadłem dla każdego ze swoich członków, w której jak w zwierciadle widać problemy i rozterki. Każdy potrzebuje indywidualnego planu leczenia, realizowanego jednak przez grupę - wyjaśnia Jagoda Władoń.
Blisko 90 procent narkomanów to dzieci nadopiekuńczych rodziców. Nadopiekuńczych w tym sensie, że przez cały dzień goniący za groszem, żeby dziecku niczego nie brakowało rodzice po powrocie do domu wieczorem ganiają po domu, by swoje dziecko we wszystkim wyręczyć, bo mają poczucie winy, że je zaniedbują. I choć fizycznie jest ono zadbane, emocjonalnie nie. Niesamodzielne, zagubione, odnajduje się w świecie dragów. Żeby przywrócić je światu, trzeba nauczyć je samodzielności. I tego, że świat nie kręci się tylko wokół nich. I trzeba nauczyć narkomana kochać. Temu przede wszystkim służą zwierzęta w ośrodku.
To najprostsza forma, by obudzić w człowieku uczucia, emocje. Dać mu zwierzę, żeby się nim opiekował, był za nie odpowiedzialny, kochał je.
- Najpierw, więc daliśmy naszym pacjentom konie i psy. Potem, gdy już coś się w nich obudziło, oddajemy im pod opiekę niepełnosprawne dzieci. Dla wielu z nich, gdy trzymają na koniu niepełnosprawne dziecko, to pierwszy akt odpowiedzialności i troski o drugiego człowieka, to niezwykłe uczucie bycia potrzebnym, bycia podporą dla innej osoby, zwłaszcza, gdy jest mała, chora, bezbronna. Leczą się więc wzajemnie - mówi Jagoda Władoń.
Zajęcia z hipoterapii czy dogoterapii są w wyszkowskim Monarze nieodpłatne. Ponadto weekendy w Monarze obfitują w niezwykłe imprezy dla dzieci z Ośrodka Szkolno-Wychowawczego, Dziennego Centrum Aktywości.
Chcą pokazać, że są otwarci, że mogą być pomocni i potrzebni.
Ośrodek pomaga byłym narkomanom również w znalezieniu pracy, uczy jej szukania. Podopieczni uczestniczą szkoleniach osobowościowych i zawodowych.
- Negocjujemy z ogromną, światową firmą produkującą urządzenia grzewcze cykl szkoleń dla naszych podopiecznych, mieliśmy szkolenia sieci supermarketów dla sprzedawców. Uczymy, jak szukać pracy, jak się zaprezentować, jak stawić czoła rzeczywistości po opuszczeniu ośrodka - mówi wiceszefowa Monaru.

Pomagając innym, pomagasz sobie

Wyszkowski Monar nie ogranicza się jednak tylko do przywracania do życia i normalności uzależnionych, prowadzi też szeroko rozumianą profilaktykę. Wspólnie ze szkołą sztuk walki Kobra Mirosława Osytka prowadzi Integracyjną Szkołę Sztuk Walki, w której integruje się młodzież z ośrodka z wyszkowską i która jest dla tej trudnej wyszkowskiej młodzieży, która niekiedy stoi na granicy uzależnienia, albo przed wyborem - wziąć czy nie.
- Z jednej strony chcielibyśmy zaopiekować się tą młodzieżą, która jest emocjonalnie zaniedbana przez zaganianych życiem rodziców, która jest na najlepszej drodze do uzależnienia, która gdzieś się gubi. Temu służy między innymi szkoła sztuk walki, czy wspólna nauka w Centrum Kształcenia Ustawicznego. Nasza inicjatywa umożliwia wielu młodym ludziom z Wyszkowa, którzy nie są naszymi pacjentami, ale są na jakimś zakręcie swojego życia, terapię i kapitał na przyszłość - mówi kierownik ośrodka Stanisław Knobloch. A to tylko kilka przykładów działalności profilaktycznej Monaru.
Z drugiej strony ośrodek szkoli pedagogów, wychowawców, osoby pracujące na co dzień z młodzieżą, rodziców jak przeciwdziałać narkomanii, jak ją rozpoznawać.
- Chcemy w każdej chwili służyć miastu fachową wiedzą na temat problemu, który jest problemem poważnym i wszechobecnym, zapobiegać patologii. Za kilka minut czeka mnie takie właśnie spotkanie na temat przeciwdziałania narkomanii - mówi Stanisław Knobloch. Być może już w przyszłym roku uda się na tyle zaadaptować obiekt, by uruchomić tu planowane centrum szkoleniowe dla terapeutów z całej Europy Środkowo-Wschodniej.

Monar ekologiczny

Działalność Monaru to także liczne projekty proekologiczne i związane z nimi nadzieje na unijne pieniądze. Wiele wskazuje na to, ze już w przyszłym roku uda się ośrodkowi uruchomić nowe ekologiczne źródło energii - kolektory słoneczne. Przeszedł im koło nosa projekt hodowli ginących polskich gatunków zwierząt, bo czas dzierżawy obiektów przy 3 Maja, ustalony przez miejską radę na trzy lata okazał się za krótki, by można było dostać dofinansowanie. Ale w przyszłym roku zaczyna się inny projekt - wymiany młodzieży z zagranicą skierowany nie tylko do podopiecznych, Monaru, ale do całej wyszkowskiej młodzieży. Niepowtarzalna szansa, by zobaczyć świat, nauczyć się języka.
- O tym, jak bardzo wrośliśmy w wyszkowską rzeczywistość może świadczyć choćby fakt, że wielu naszych pacjentów po opuszczeniu ośrodka zostaje tu, w Wyszkowie, tu podejmuje pracę, zakłada rodzinę i nie wraca w rodzinne strony. Dochodzą do wniosku, że tu jest ich dom - mówi Jagoda Władoń.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki