Prof. Stanisław Zięba: - By nie powtarzał się dramat rynku pozornej nadprodukcji

Lucyna Talaśka-Klich
Prof. Zięba był gościem Forum Rolniczego "Gazety Pomorskiej" w październiku 2017 roku
Prof. Zięba był gościem Forum Rolniczego "Gazety Pomorskiej" w październiku 2017 roku Tomasz Czachorowski, pixabay, AGW
Udostępnij:
Z prof. Stanisławem Andrzejem Ziębą, byłym ministrem rolnictwa i gospodarki żywnościowej, ekonomistą rozmawiamy o sytuacji gospodarstw, zagrożeniach i perspektywach.

Rozmawiałam niedawno z producentami trzody chlewnej, którzy twierdzą, że coraz częściej czują się jak wyrobnicy wykorzystywani przez koncerny. Co prawda, gospodarze skupieni w grupach producenckich mogą liczyć na nieco wyższe stawki w skupie trzody, ale i tak zarabiają mniej niż np. właściciele chlewni w Niemczech, czy w Danii, bo tamtejsi rolnicy często są współwłaścicielami przetwórni. Co można zrobić, żeby im pomóc?

Polska jest trzecim krajem w Unii Europejskiej pod względem liczebności pogłowia świń, przy dużym rozproszeniu stad, a więc niekorzystnej strukturze, słabej integracji poziomej i niedostatecznej pionowej, a także zapóźnionym zapleczu genetyczno-hodowlanym. Słabości strukturalne, technologiczne i logistyczne (przy rosnącej w ostatnich latach dywersyfikacji stad). I tak z jednej strony bardzo powoli rozwijają się trzodowe gospodarstwa typu farmerskiego i ich nowoczesne fermy, a z drugiej strony wzrasta liczba drobnych chlewików, zwłaszcza w małych i mikro gospodarstwach wschodnich i południowo - wschodnich rejonów kraju. Ogólnie jednak sektor produkcji świń znamionuje wciąż ogólnie niedostateczny poziom konkurencyjności i wzrasta dystans do wysokiego standardu i zwiększanej jednostkowej skali tej produkcji w szeregu krajów Unii Europejskiej.

Prof. Stanisław Zięba: - By nie powtarzał się dramat rynku pozornej nadprodukcji

Podkreślam, że największą słabością sektora jest rozdrobnienie stad świń w gospodarstwach rolnych, ich nikła siła ekonomiczna i technologiczne zacofanie. Ilustracją dramatycznej sytuacji rozdrobnionego chowu i hodowli świń jest to, że od 1 do 10 sztuk w chlewie statystycznego gospodarstwa rolnego znajduje się aż prawie połowa całego krajowego pogłowia tych zwierząt. I w tym obszarze przede wszystkim należy odnajdywać sposoby na absolutnie konieczną odmianę istniejącego stanu rzeczy. Eurostat podaje, że np. w Danii średnie stado świń wynosi 1100 sztuk, w Hiszpanii ok. 380, Niemczech ponad 260 sztuk, w Polsce nie sięga 30.

Stąd nakładcza produkcja trzody w gospodarstwach kooperujących z dużymi (jak na polskie stosunki) koncernami mięsnymi jest wciąż skalą marginalną (ok.15 proc.) i niezależnie od tego czy w opiniach przeważają krytyczne konotacje czy pozytywne, ten system nakładczej produkcji w globalnym potencjale nie przekracza udziału liczonego w kilkunastu procentach.

Wielu rolników zauważa, że chów nakładczy zaszkodził produkcji wieprzowiny w naszym kraju. Mądry Polak po szkodzie? Nie można było tego przewidzieć, że polskie chlewnie zapełnią się duńskimi lub niemieckimi warchlakami?

Jedno nie ulega wątpliwości - efektywność ekonomiczna tego systemu została dostrzeżona przez samych hodowców kiedy zdecydowali (przecież dobrowolnie) wiązać produkcję świń z ubojniami kilkudziesięciu dużych zakładów mięsnych.

Dla rozwoju tej formy nakładczej produkcji, pomoc dla hodowców świń musi być bardziej niż dotąd odczuwalna i wieloraka - począwszy od dostępu do tanich kredytów i środków produkcji, poprzez dobre doradztwo, w tym zwłaszcza ekonomiczne, ułatwienia inwestycyjne i wpieranie grup producentów, ograniczenie ogromnej biurokracji, kończąc na niezbędnym rozwoju infrastruktury okołoprodukcyjnej.

Prof. Stanisław Zięba: - By nie powtarzał się dramat rynku pozornej nadprodukcji

Przetwórnie w Polsce kupują sporo mięsa z importu, co obniża ceny w skupie. Czy nie należałoby ograniczyć tego importu?

Polskie rolnictwo cierpi na chroniczną chorobę braku jednolitej, spójnej wizji, strategii i programu przebudowy strukturalnej i innowacyjnej modernizacji rolnictwa, w tym wiodącego kierunku, jakim jest produkcja wieprzowiny. Wobec przedłużającego się kryzysu i wieloletniej stagnacji potencjału produkcyjnego już w 2008 roku, jako przewodniczący Rady Gospodarki Żywnościowej, pisałem do ówczesnego ministra rolnictwa Marka Sawickiego: „staraniem Rady oraz Krajowej Rady Izb Rolniczych, Federacji Związków Producentów Rolnych, zakładów mięsnych oraz Związku Hodowców Świń powołano zespół, który wypracował szereg propozycji unormowania warunków rozwoju oraz stabilizacji rynku podaży i popytu wieprzowiny. Wiele ze zgłoszonych konkretnych propozycji rozwiązań jako absolutnie niezbędne wymaga zaangażowania odpowiedzialnych służb resortowych, by nie powtarzał się dramat rynku pozornej nadprodukcji żywca wieprzowego. Środowisko producenckie obawiało się bowiem kolejnego cyklu zaburzeń, co rodzi zagrożenie kolejnymi protestami i niepokojami społecznymi.

Zobacz też: Rekordowe przychody z eksportu polskich produktów rolno-spożywczych. Zobacz, które produkty dają Polsce miliardy euro

W tej sytuacji - pisałem - zwracam się o wydanie stosownych dyspozycji dla systemowego uregulowania warunków produkcji i stabilizacji rynku wieprzowiny, w czym deklaruję gotowość pomocy Rady. Pan minister M. Sawicki odpowiedział mi: „jeśli Rada oczekuje od ministra kreatywności to wątpię czy jest mi w ogóle potrzebna”.

Otóż w tym klimacie politycznym RGŻ nie była ministrowi potrzebna, czego dowiodło jej rozwiązanie. Termometr został zbity, poprawa warunków produkcji nie została podjęta, a import wieprzowiny nadal wzrastał, co obniżało ceny skupu, pogłębiło nieopłacalność produkcji i zwiększało chłopską frustrację. W kolejnych latach wprawdzie nieznacznie, ale zmniejszała się produkcja krajowa żywca wieprzowego. Obecnie roczna produkcja tego mięsa nie przekracza 1,5 mln ton.

Polska administracyjnymi instrumentami ograniczyć nie może importu wieprzowiny z krajów UE. Jest bowiem uczestnikiem jednolitego europejskiego rynku, w związku z tym obowiązuje bez wyjątków swobodny w całej przestrzeni gospodarczej Wspólnoty przepływ towarów, osób, usług i kapitału.

Podobnie jest ze zbożami, które wjeżdżają do Unii także z Ukrainy. Co prawda, Ukraińcy nie otrzymują unijnych dopłat, ale i tak koszty produkcji mają niższe, choćby w związku z jakością gleb, warunkami klimatycznymi. Nasi rolnicy boją się tej konkurencji. Słusznie?

Specyficznym precedensem jest ustanowienie kontyngentów na import do Polski zbóż z Ukrainy. Otóż Polska produkuje corocznie ok. 30 mln ton zbóż. Ukraina 2 razy więcej i dużo taniej ze względu chociażby na o wiele lepsze gleby i klimat. Np. w dobrym 2013 roku Ukraina zebrała ponad 63 mln. ton zbóż, tj. ponaddwukrotnie więcej niż Polska. Względy polityczne w UE zdecydowały o otwarciu rynku unijnego dla zbóż ukraińskich. Ale tylko Polska wywiązuje się z nałożonego obowiązku. Odbywa się to kosztem żywotnych interesów polskich rolników. Import zbóż z tego kraju w ilości ok. 180 tys. ton w 2017 roku spowodował spadek cen rynkowych, a gospodarstwa zbożowe stanęły w obliczu braku opłacalności produkcji i poważnych kłopotów ekonomicznych.

Żyjemy w globalnej wiosce i dlatego rolnikom tłumaczy się, że od sytuacji producentów mleka w Nowej Zelandii zależy los właścicieli polskich obór. Czy to nie przesada? A może w ten sposób świat usprawiedliwia spekulacje na rynkach żywności?

W szybko globalizującej się światowej gospodarce rolnictwo i produkcja rolna podlega także regułom globalizacji i postępującej liberalizacji handlu produktami rolnymi, w tym mlekiem i jego przetworami. Unia Europejska zlikwidowała kwotowanie produkcji mleka, innymi słowy odstąpiła od reglamentacji rynku mleka oddając go wolnemu rynkowi. Likwidacja limitów produkcyjnych jak dotąd nie spowodowała spadku ani produkcji, ani opłacalności produkcji mleka, a natomiast dała kolejny impuls wzrostowi efektywności (nastąpił wzrost stad jednostkowych, unowocześniono technologię, podniesiono jakość, zintegrowano ściślej hodowców z zakładami przetwórczymi w spółdzielczym systemie organizacji produkcji. Te działania zwiększyły konkurencyjność polskiego sektora mleczarskiego sytuując go w czołówce europejskiej. Polska obecnie jest największym w UE eksporterem serów.

A jak to jest z polskim drobiarstwem? Kurczaki z naszego kraju trafiają na wiele stołów nie tylko w Unii Europejskiej, są cenione za jakość i niską cenę. Nie ma co ukrywać, że niejeden właściciel kurników zbankrutował, ale najlepsi przetrwali i radzą sobie świetnie. Gdzie tkwi tajemnica tego sukcesu?

Niewątpliwie dużymi sukcesami w polskim rolnictwie ma prawo szczycić się drobiarstwo. Tajemnica sukcesu jest „tajemnicą poliszynela”, bowiem tkwi ona przede wszystkim w mentalności tej licznej, wykształconej grupy zawodowej doskonałych fachowców, kreatywnych drobiarzy, którzy odstąpili od stereotypów, skoncentrowali produkcję w dużych, nowoczesnych fermach i sięgnęli odważnie po kredyty inwestycyjne, angażując środki w innowacyjne systemy hodowli i chowu drobiu. W pierwszym okresie po integracji Polski z UE wykorzystali ofertę pomocową z UE, zainwestowali i zintegrowali pionowo w nowoczesnych obiektach hodowlę i chów kurczaków, indyków, kaczek i gęsi. Zintegrowana produkcja, zbudowana holistycznie - począwszy od surowca, poprzez zaplecze genetyczno-hodowlane, paszowe, logistykę, przetwórstwo i łańcuch dystrybucyjny - przyniosła efekty wyprzedzające producentów drobiu z innych krajów UE, zajmując ścisłą czołówkę w wolumenie produkcji, opłacalności, jakości, zapewnieniu obfitości rynku krajowego, przy równoczesnym wzrastającym dynamicznie eksporcie. Produkcja drobiarska rozwija się w Polsce (w tempie dwucyfrowym) - najszybciej spośród krajów UE. Wolumen produkcji mięsa drobiowego przekroczył poziom 2,200 tys. ton, z czego ponad połowę sprzedano za granicę.

Prof. Stanisław Zięba: - By nie powtarzał się dramat rynku pozornej nadprodukcji

Coraz więcej małych gospodarstw próbuje przejść na produkcję żywności ekologicznej. Jednak ci, którzy już produkują bez chemii twierdzą, że problemem w Polsce jest wciąż zbyt mała liczba przetwórni ekologicznych. Dlaczego tak jest, jeśli żywność bio jest coraz bardziej poszukiwana przez konsumentów?

Specyfika strukturalna polskiego rolnictwa, przy wyróżniającym ją rozdrobnieniu, paradoksalnie zapewniła dosyć sprzyjające warunki dla rozwoju ekologicznej produkcji żywności. Nie bez znaczenia mają tu relatywnie największe subwencje budżetowe od szeregu lat wspierające te systemy produkcji. Trzeba jednak dostrzec zarówno skalę gospodarczą, jak i ograniczenia dla pozycji rynkowej tej produkcji. Otóż sytuuje się ona wciąż na marginesie dużych nowoczesnych sieci handlowych i hurtowni. Drobne sklepiki, bazary i targowiska są obszarem, gdzie sytuuje się ekologiczna produkcja żywności. Dopiero w ostatnich latach przebija się do klientów dużych sieci dyskontów i supermarketów. Wciąż brakuje integracji pionowej, jako że w kraju nieliczne są zakłady przetwórstwa surowców typu BIO. Segment rynku tych produktów będzie zyskiwał stopniowo na znaczeniu, co pozwoli na zwiększenie potencjału ekonomicznego i ukształtowaniu się równolegle do głównego nurtu dystrybucji segmentu drogiej, ale poszukiwanej przez zasobniejsze portfele tzw. „zdrowej żywności”. Cudzysłów ma dezawuować pojęcie „zdrowej żywności”, bowiem jeśli jest niezdrowa nie jest żywnością, lecz trucizną.

W polskim rolnictwie mamy jeszcze niewykorzystany potencjał?

Bez wątpienia polskie rolnictwo ma ogromny, niewykorzystany potencjał. Składają się na niego zarówno czynniki przyrodnicze, jak i tzw. antropogeniczne. W tych ostatnich wymieniłbym przede wszystkim grunty odłogujące (ok. 1,5 mln ha) w wyniku głównie niestabilnej polityki strukturalnej i tkwiące głęboko w genomie polityków awersji do dużych gospodarstw i przedsiębiorstw rolnych.

Kolejnym niewykorzystanym potencjałem jest hodowla i chów trzody chlewnej. Jeśli uwzględnić, że przez 3 ostatnie dekady utrzymuje się stagnacja w wolumenie produkcji, a w tym czasie wszystkie liczące się kraje UE koncentrowały i integrowały się z przemysłem mięsnym oraz modernizowały fermy świń, to polskie gospodarstwa (w których jest po kilka świń) stają się europejskim skansenem. Nic prawie nie uczyniono (poza kreatywnymi, młodymi hodowcami, którzy bez wsparcia państwa zaryzykowali inwestycje w trzodę chlewną) by zbliżyć ten sektor do duńskiego, niemieckiego, francuskiego czy chociażby hiszpańskiego. Podobnie sytuacja kształtuje się w segmencie zbóż, gdzie wyższe plony przynosi tylko lepsza dla produkcji pogoda. Standard produkcji nie wykazuje postępu w okresie wielolecia.

Duży potencjał tkwi w obszarze technologii, techniki i struktury produkcyjnej. Polska należy do tych krajów, które na badania i rozwój (B+R) przeznaczają zaledwie 0,5 PKB. Jest to kompromitujące zaniechanie wspierania przez państwo przemian modernizacyjnych polskiego rolnictwa. I tylko specyficzne dziedziny, jak drobiarstwo, mleczarstwo, sadownictwo i działy specjalne wybiły się głównie o własnych, endogenicznych siłach na nowoczesność.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Materiał oryginalny: Prof. Stanisław Zięba: - By nie powtarzał się dramat rynku pozornej nadprodukcji - Gazeta Pomorska

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Tygodnik Ostrołęcki
Dodaj ogłoszenie