MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Powinienem zginąć na miejscu, albo wykrwawić się w karetce... Co przeżywa rodzina po wypadku, a o czym się nie pisze

Jarosław Staśkiewicz/nto
JAR
Ale żyję - mówi Jarosław Parkitny z Domecka. - I opowiem o tym, co przeszedłem przez ostatnie sześć miesięcy

Notatka z internetowego wydania nto z 17 czerwca: "Wypadek pod Strzelnikami. Kierowca w ciężkim stanie. Daewoo tico wypadło z drogi i uderzyło w drzewo. Kierowcę ze złamaniami i ciężkimi obrażeniami wewnętrznymi pogotowie zabrało do szpitala w Brzegu. Do wypadku doszło około 9.00 na drodze krajowej nr 94 na wysokości miejscowości Strzelniki. - Według relacji świadków 53-letni kierowca tico (mieszkaniec powiatu opolskiego) wyprzedzał kilka samochodów, kiedy zobaczył nadjeżdżające z przeciwka auto - mówi Bogusław Dąbkowski, rzecznik Komendy Powiatowej Policji w Brzegu. - Kierowca wrócił na swój pas, ale prawdopodobnie zrobił to zbyt gwałtownie i stracił panowanie nad pojazdem".

- Czyta się takich notatek codziennie do diabła i trochę - mówi dziś Jarosław Parkitny. - Ktoś gdzieś się rozbił i trafił do szpitala. Co potem się z nim działo, co przeżywała rodzina? O tym już się nie pisze. Ja sam ponad 20 lat jeździłem autem i trzaskałem tyle kilometrów, że szkoda gadać. Setki tysięcy! Ale będąc zdrowym, młodym i pięknym, nie bierze się pod uwagę, że i ciebie może to spotkać.
widocznie mi się śpieszyło

To on jest 53-latkiem z tico. Pół roku po tamtym wypadku przysłał do redakcji list. Ku przestrodze - jak napisał - posiadaczom daewoo tico, matizów, cinquecento, seicento, fiatów 126p. I jeszcze z podziękowaniami: strażakom, lekarzom, pielęgniarkom i rehabilitantom z pięciu szpitali, obsłudze karetek, znajomym, przyjaciołom, rodzinie...

Co się wtedy stało? Pan Jarosław wie tyle, ile świadkowie powiedzieli policjantom. Bo mózg człowieka świetnie przechowuje informacje, ale też potrafi zablokować do nich dostęp. Panu Jarosławowi zablokował tak, że nie pamięta nawet ostatnich dni przed wypadkiem.

- Normalna rzecz, tak jest na pewno lepiej dla zdrowia psychicznego poszkodowanego, bo to mało przyjemne przeżycie - mówi Bartosz Parkitny, syn pana Jarosława.

Wie, co mówi, bo sam jest ratownikiem medycznym i naoglądał się w życiu rozbitych samochodów i rannych. - Wtedy wróciłem z nocki, a ojciec wyjechał do pracy około 9. Już o 11 mieliśmy telefon od lekarza z pogotowia, z którym kiedyś pracowałem, i który skojarzył nazwisko taty.

Wiadomo, że po wyjściu z domu Parkitny pojechał do supermarketu budowlanego w Opolu. Wiadomo, bo znaleziono przy nim fakturę, a w samochodzie po wypadku walały się kupione rurki pcv. Z Opola jechał do Brzegu, gdzie od tygodnia zarobkował, remontując mieszkanie w starej kamienicy.
- Widocznie na tyle mi się śpieszyło, że pod Strzelnikami podjąłem się wyprzedzania. Ktoś ze świadków mówił, że jak zacząłem wyprzedzać ciężarówkę, to przed nią zobaczyłem kolejną - opowiada kierowca, przestawiając na stole piloty od telewizora. Większy to ciężarówka, mniejszy - jego tico.

- Tam było lekko z górki, a tu był łuk w prawo. Kiedy byłem już przed ciężarówką, wróciłem na swój pas. Ale zbyt ostro poszedłem, złapałem pobocze i później już nic nie można było zrobić. Nie raz mi się zdarzyło, że pojazd wyprzedzany przyśpiesza i kto wie, czy ta ciężarówka też tak nie zrobiła. Jak było, trudno teraz powiedzieć. Ale pal licho, nie dociekam. Żyję!

Można mówić o cudzie: przykryty śniegiem wrak na podwórku Parkitnych przypomina zgniecioną puszkę sardynek.

- Lewą stroną zatrzymał się na drzewie, tu widać złamany słupek między przednimi a tylnymi drzwiami - ojciec z synem pokazują zdjęcia na komputerze. - Cały słupek schował się do środka auta i cud, że nie uderzył w ojca głowę. Gdyby drzewo trafiło w przednie drzwi...

- Dach jest wgnieciony do środka, ale na głowie nie miałem nawet siniaka - pan Jarosław dziwi się jeszcze dziś. - Potem żona znalazła w samochodzie tylko dwie krople krwi. Nie wiadomo, skąd poleciały.
Reszta to były obrażenia wewnętrzne. Połamany obojczyk, połamane żebra, pęknięta śledziona, rozdarta przepona, przebite płuco.

Na miejscu policja, strażacy, pogotowie. Z karetki prosto na blok operacyjny Brzeskiego Centrum Medycznego. Składają obojczyk, chirurg zaszywa przeponę, wycina śledzionę. Ale coś jest nie tak: w śródpiersiu pojawia się krew. Okazuje się, że to z pękniętej aorty.

Trzeba operować, ale to nie takie proste: otwarcie klatki piersiowej pacjenta grozi - przy jego obrażeniach - zgonem na stole. Można wprowadzić stent-graft (czyli specjalną rurkę zabezpieczającą i wzmacniająca uszkodzony fragment aorty) przez tętnicę udową, ale taką operację można przeprowadzić we Wrocławiu. A w tamtym szpitalu akurat jest problem ze sprzętem.
Pozostaje któryś z ośrodków na Górnym Śląsku.

- Tylko że lekarze w Brzegu bali się, że tato nie przeżyje tak długiego transportu. Aorta to największe naczynie krwionośne - jak się rozerwie, to 20 sekund i po człowieku. Wystarczy jakaś dziura na drodze, gwałtowne hamowanie karetki.

Jarosław Parkitny: - Helikopter odpadał, bo procedury zbyt długo trwają. Patowa sytuacja. Rodzina usłyszała: nie możemy nic zrobić. I pewnie wykrwawiłbym się, czekając na poprawę. Ale nie mam pretensji - rozumiem, że lekarze wolą unikać ryzyka.

W szpitalach straciłem 20 kg
Szczęście w nieszczęściu, że Bartosz jest ratownikiem. Uruchomił swoje kontakty i udało się załatwić transport. Najpierw do Opola, a po nocy spędzonej na intensywnej terapii na Witosa - do Katowic. Dwóch anestezjologów czuwało całą drogę i szczęśliwie dotarli do szpitala na katowickim Ochojcu, gdzie już czekał zespół gotowy operować. Potem kilkanaście dni w śpiączce farmakologicznej, wybudzanie i tak długo oczekiwane przez rodzinę zdanie: - Będzie dobrze.
Ale to nie koniec.

- W Katowicach na tomografii komputerowej wyszedł udar głowy. Nie wiadomo skąd - mówi Bartek.
Był też problem z lewą ręką (lekarze musieli odciąć tętnicę ramienną), która jeszcze długo, jeśli w ogóle, nie będzie w pełni sprawna. Pojawiło się w niej tętno, ale nie jest dobrze ukrwiona i szybko marznie.
- W szpitalach straciłem 20 kilogramów. Wyglądałem wtedy jak prawdziwy dziadek - pan Jarosław pokazuje pierwsze po powrocie do domu zdjęcie. Na małej kartce ma też wypisane wszystkie szpitalne pobyty: Brzeg - 3 dni, Opole - 1 doba, Katowice - 16 dni, Opole - 39 dni. Do tego trzeba doliczyć wiele tygodni rehabilitacji: na Wodociągowej w Opolu i w szpitalu w Ozimku.

- Podczas rehabilitacji trzeba było mnie powstrzymywać, tak rwałem się do ćwiczeń. Po prostu wiedziałem, po co to robię. Trochę to górnolotnie brzmi, ale dostałem drugą szansę od życia i staram się ją wykorzystać - mówi dziś Parkitny.

Codziennie łykam garść leków
17 grudnia minie pół roku od wypadku. ZUS już dłużej chorobowego wypłacać nie będzie. Jest nawet gorzej, tych pieniędzy pan Jarek jeszcze nie powąchał.

- Księgowy z firmy, w której pracuję, zgubił moje zwolnienia lekarskie. Musiałem jeździć po szpitalach i je odtwarzać - opowiada.

Te kilka miesięcy to również wyzwanie dla żony i dorosłych dzieci Parkitnego. Najpierw noce w szpitalu i trudne rozmowy z lekarzami, którzy po operacji nie chcieli udzielać informacji ("Rozpaczać będzie pani później" - usłyszała płacząca pani Elżbieta od chirurga w Brzegu).

Potem wyjazdy do Katowic. Do tego utrzymanie domu w sytuacji, gdy głowa rodziny, zamiast zarabiać, musi przechodzić kosztowną rehabilitację.

- Jeszcze teraz codziennie łykam garść drogich leków, na które z trudem znajdujemy pieniądze - mówi pan Jarosław. - Żona pracuje w służbie zdrowia i przynosi 1500 zł. Dajemy sobie radę dzięki pomocy rodziny i dzięki temu, że kiedyś trochę dóbr zgromadziłem. Na te leki, na jedzenie starcza, ale wnuki w tym roku nie dostały ode mnie nawet lizaka na Mikołaja. Mam nadzieję, że wynagrodzę im to na Gwiazdkę, bo podobno pieniądze z ZUS-u już poszły konto.

- Nie da się ukryć, że bez zarobków taty podupadliśmy finansowo - przyznaje Bartek. - Żyjemy od pierwszego do pierwszego. Przeżyliśmy to też psychicznie, zmienił się za to sposób patrzenia na rodzinę i wzajemną pomoc. Mnie nie ominęła depresja, bo nie dość, że pracuję w szpitalu, to przez dwa miesiące spędzałem tam jeszcze większość wolnego czasu. Wakacji nikt z nas nie miał.
najgorzej z pracą

Co dalej? Pan Jarosław złożył podanie o świadczenie rehabilitacyjne (ZUS przyznaje je na okres od 3 do 6 miesięcy) i lada dzień spodziewa się wezwania na komisję, a potem skierowania na dalszą rehabilitację. - Nie można odmówić, nawet jak trzeba będzie pojechać na drugi koniec Polski. I możliwe, że tych świąt w domu nie spędzę. Ale pojadę, bo zdrowie jest najważniejsze.

Jest już po konsultacjach neurologicznych i kardiologicznych. Może chodzić, jeździć autem, ale jest słaby i wciąż zdarzają mu się zawroty głowy.

Co z pracą? Z wykształcenia jest nauczycielem fizyki, ale od 15 lat zajmuje się budowlanką. - Zaczynałem od hydrauliki, dzisiaj robię praktycznie wszystko - przypomina.

- Tylko czy ojciec będzie mógł wrócić do pracy? Jeśli to będą lekkie zajęcia, to tak. Ale do cięższych robót nie bardzo się nadaje. Bo z powodu przebitego płuca wydolność oddechowa jest mniejsza, przy tym stencie niewskazane są też skoki ciśnienia. Najlepiej, jakby poszedł pracować do biura.

- Ale czas jest taki, że o jakąkolwiek pracę jest trudno - wzdycha ojciec. - Jestem w tej kategorii, jak to się mówi, 50 plus, a zostało mi jeszcze 12 lat do emerytury. I prawdopodobnie nie będę mógł zrezygnować z budowlanki. Tylko że teraz to mogę parę rurek zmienić, ale żeby już grzejniki montować - to wymaga fizycznego wysiłku. Na pewno nie wejdę na rusztowanie czy na drabinę, żeby szpachlować sufit - jedną ręką się nie da. Gdybym z ZUS-u jakąś grupę inwalidzką dostał, choćby czasową, byłoby łatwiej o robotę.

Tico stoi pod płotem, bo Parkitny nie załatwił jeszcze spraw związanych ze złomowaniem: - Przykryłem je plandeką, żeby mnie w oczy nie kłuło. W życiu nie wsiądę do takiego malucha. Takie małe pojazdy praktycznie nie chronią kierowcy - cienka blacha, cienkie drzwi.

Teraz jeździ chryslerem, który miał także przed wypadkiem. Dlaczego wtedy wsiadł do tico?
- Duży van pali kilkanaście litrów gazu, a małe daewoo - 6-7 litrów. Chciałem zaoszczędzić na dojazdach na tę fuchę do Brzegu. Skutki tych paru sekund będę odczuwał jeszcze wiele lat. A pewne rzeczy do końca życia pozostaną niezabliźnione.

nto

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki