Póki sąd nas nie rozłączy

Tygodnik Ostrołęcki
sxc.hu
Nie zdążyliśmy się z byłym mężem dotrzeć - swoją historię małżeńską opowiada pani Iwona z gminy Rzekuń. - On zaraz po naszym ślubie musiał pomagać ojcu w gospodarstwie. Jego rodzina była dla niego zawsze ważniejsza niż ja. Odeszłam od niego, będąc w ciąży.

Para próbowała się jeszcze porozumieć. Bezskutecznie. Poszli w końcu do sądu.

- Mój adwokat wnioskował, aby były mąż dał mi 2 tysiące złotych na wyprawkę dla dziecka. Kiedy urodziłam, ojciec dziecka przyniósł mi dwa komplety ubranek, dwie pieluchy i rożek. Tylko tyle. Wielki tatuś... - wspomina z żalem.

Od tamtego czasu minęło 16 lat.

- Dostaję około 300 złotych alimentów na syna - mówi pani Iwona. - Żyjemy w bardzo skromnych warunkach. Kiedyś były mąż nas odwiedził. Stwierdził, że wtedy był niedojrzały, niegotowy na małżeństwo. Ale teraz na wszystko jest za późno.
Krzysztof i jego była żona, zanim wzięli ślub w maju cztery lata temu, byli parą osiem lat. Mogłoby się wydawać, że to mnóstwo czasu, by się dobrze poznać. W przypadku 28-letniego dziś Krzyśka było jednak inaczej.

- Okazało się, że mamy inne spojrzenie na małżeństwo, inne pojęcie rodziny - mówi mężczyzna. - Zaczęliśmy się oddalać od siebie. Ja w dodatku nie miałem wtedy pracy. Byłem w kryzysie. Ona dostała pracę, poznała nowych znajomych.

Zanim podjęli decyzję o rozwodzie, próbowali się porozumieć.

- Pojechaliśmy do psychologa do Warszawy. To była bardzo długa rozmowa. Każdy z nas mógł powiedzieć, co myśli, co czuje. Nie można było przerywać drugiej osobie. To naprawdę fajna sprawa. Polecam. Psycholog nas wcześniej nie znał. Był więc osobą obiektywną. Przyjaciele czy rodzina na pewno trzymaliby którąś ze stron - stwierdza Krzysztof, który proponuje parom w kryzysie również inne rozwiązanie: - Dla osób wierzących wyjściem może być też rozmowa z księdzem, który specjalizuje się w tego typu sprawach.

Krzysztof i jego była żona podjęli decyzję o rozstaniu.
- Rozwiedliśmy się w zgodzie, bez orzekania o winie. Po 10 minutach było po sprawie. Do przyjemnych przeżyć rozwód na pewno nie należy - zaznacza nasz rozmówca.

Paweł z Ostrołęki wziął ślub w 2010 roku z wielkiej miłości.

- Znajomi od początku twierdzili, że z moją wybranką jest coś nie w porządku. Ale ja nie słuchałem, byłem zaślepiony - wspomina.

Pierwsze spięcia między małżonkami wystąpiły, kiedy pojawił się temat dziecka.

- Moja żona, która pochodzi z innego miasta, oznajmiła, że nie urodzi dziecka, bo nic w Ostrołęce nie ma. Zmieniłem wtedy zapisy u notariusza. Niedługo potem dowiedzieliśmy się, że zostaniemy rodzicami.

Sielanka trwała do narodzin potomka w 2013 roku.

- Kiedy syn przyszedł na świat, teściowa zaczęła buntować moją żonę. Mówiła, żeby sprzedać mieszkanie w Ostrołęce, a kupić w mieście rodzinnym żony. Nie chciałem sprzedawać mieszkania. Powiedziałem, że chcę, by było ono dla syna. Niedługo po tym żona zaczęła informować policję, że znęcam się nad nią fizycznie i psychicznie - wspomina Paweł.

Ich sprawa rozwodowa ciągnie się już niemal rok. Walka jest intensywna. Ofiarą tego konfliktu jest dziecko.

- Sąd pozwolił mi się widywać z synem tylko w pierwszy i trzeci weekend miesiąca, po trzy godziny w sobotę i trzy godziny w niedzielę, tylko w obecności jego matki - mówi rozgoryczony mężczyzna. - Jak mam budować relację z synem, kiedy widzę go tylko dwanaście godzin w miesiącu?

Argumentem, by Paweł nie przebywał z malcem sam na sam, było to, że jest osobą niepełnosprawną. Kilkanaście lat temu był ofiarą poważnego wypadku.

- Przed rozwodem nie przeszkadzało żonie, że opiekuję się dzieckiem, kiedy ona wyjeżdżała do pracy. Dopiero teraz to przeszkadza? - pyta z żalem.

O swojej sytuacji poinformował rzecznika praw dziecka.

- Obiecał mi pomóc - Paweł mówi z nadzieją w głosie. - Chciał, bym przesłał mu ostatnie orzeczenie sądu i orzeczenie o mojej niepełnosprawności. Z sądu zażądał wszystkich akt sprawy. Chciałbym mieć normalne kontakty z dzieckiem... Na razie cieszy mnie, że sprawa o znęcaniu została umorzona.

Pomoże mediator

Niektórzy próbują ratować niszczejące małżeństwo. Mogą wówczas skorzystać z pomocy mediatora rodzinnego. Jest nim m.in. Katarzyna Staszczuk, wiceprezes fundacji „Promyk” w Ostrołęce.

- Jeśli neutralna osoba wysłucha obu stron, często dochodzi do zgody, przebaczenia albo uratowania małżeństwa - mówi Katarzyna Staszczuk. - Aby doszło do mediacji, jej uczestnicy nie mogą mieć zdiagnozowanego uzależnienia od alkoholu lub choroby psychicznej. Najpierw rozmawiam z małżonkami razem, jeśli oczywiście się na to zgodzą, a potem osobno. Rozmawiam też z dziećmi. Jeśli kontakt z nimi jest utrudniony, przygotowuję program wychowawczy dla rodziców ze wskazówkami jak mają postępować w stosunku do swoich dzieci.

Małżeństwo może skorzystać z mediacji w fundacji „Promyk” raz w tygodniu, podczas sesji jedno lub dwugodzinnej. Takie spotkania ze specjalistą mogą potrwać i kilka miesięcy.

- Od 1 czerwca zapraszamy na bezpłatne konsultacje w zakresie mediacji rodzinnych w fundacji „Promyk” - dodaje Katarzyna Staszczuk. - Będą trwać od poniedziałku do soboty. Trzeba się na nie tylko wcześniej zapisać (nr tel.: 29 714 26 58 lub 506 754 402 - red.).

Dziecko: karta przetargowa

Mediacją rodzinną zajmują się też wolontariusze z ostrołęckiego Koła Terenowego Komitetu Ochrony Praw Dziecka. Interesantów przyjmują w Klubie Oczko przy ul. Sikorskiego.

- Zgłaszają się do nas osoby w trakcie rozwodu lub po nim - opowiada przewodnicząca ostrołęckiego koła Teresa Mielnicka. - Interesuje nas głównie ochrona praw dziecka.

A z tym nie jest najlepiej.

- Dziecko zawsze w takiej sytuacji będzie pokrzywdzone - tłumaczy nasza rozmówczyni. - Staje się płaczliwe, nieufne, nerwowe, wycofane albo wręcz agresywne, opuszcza się w nauce. Często jest kartą przetargową w rękach rodziców. Jedno kupuje mu zabawki, starając przeciągnąć je na swoją stronę, drugie zapewnia różne atrakcje, w tym samym celu. Dziecko czuje się wówczas zagubione. Boi się wręcz okazać uczucia jednemu z rodziców, aby drugi nie zarzucił mu, że kocha bardziej mamusię lub tatusia. Małżonkowie muszą pamiętać, że nie będą już żoną i mężem, ale zawsze będą mamą i tatą. Ale są w tak ostrym konflikcie, że nie podejrzewają, że można się spotkać i zrobić coś wspólnie dla dziecka. Okazuje się jednak, że po spokojnej rozmowie z nami, drugą stroną jest to możliwe. To są takie nasze małe sukcesy.

Wszystko zależy od dobrej woli

Gdy już nic nie pomoże, małżonkowie idą do sądu.

- Największym problemem jest emocjonalny ciężar prowadzenia tego typu spraw. Rozwodzący się ludzie potrzebują nie tylko adwokata, ale też psychologa, który przeprowadzi ich przez ten koszmar. Często nie radzą sobie ze swoimi przeżyciami. Czasem przedmiotowo traktują dzieci, równolegle prowadzone są sprawy karne, czasem majątek jest tłem całego konfliktu - przyznaje ostrołęcki adwokat Medard Deptuła.

Ile potrwa sprawa rozwodowa, zależy od wielu czynników. Może zakończyć się po jednej, dwóch rozprawach, ale może też trwać nawet dwa lata. Z reguły jest dłuższa, gdy rozwodzący żądają orzeczenia winy drugiej strony.

- Tak naprawdę wszystko sprowadza się do dobrej woli - tłumaczy Medard Deptuła. - Gdy jest zgoda, każdy spór można w miarę szybko rozwiązać.

Rozwód kościelny

Część par idzie o krok dalej: ubiega się o unieważnienie sakramentu małżeństwa.

- Nie ma czegoś takiego jak rozwód kościelny. Takim określeniem posługujemy się wprawdzie potocznie, ale taki termin nie jest obecny w prawie kanonicznym, bo ślub zawierany przed Bogiem nie może być zerwany przez człowieka - mówi oficjał Sądu Biskupiego Płockiego, ks. Tadeusz Kozłowski. - Można natomiast stwierdzić, jeżeli nie zostały spełnione pewne warunki, że małżeństwo nigdy nie istniało, a tym samym jest nieważne. Mowa tu o tak zwanych „przeszkodach kanonicznych”. Jest to zbiór czynników, które mogą być podstawą aby orzec „rozwód kościelny”. Musimy odpowiedzieć na pytanie, czy przed ślubem któraś ze stron nie miała jakiegoś poważnego obciążenia. Mogą to być różnego rodzaju aberracje psychiczne, nałogi jak narkomania czy hazard lub jakiś inny poważny związek. Podstawą unieważnienia może być także podstępne wprowadzanie w błąd. Najczęściej jednak badanie nieważności małżeństwa jest związane z niezdolnością jednej ze stron do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich z przyczyn natury psychicznej. Nie chodzi jednak tu tylko o choroby psychiczne, ale też o narkomanię, alkoholizm, problemy seksualne i niepłodność.

W minionym roku na terenie diecezji płockiej złożono ponad 100 wniosków o unieważnienie małżeństwa. W tym roku, tylko do końca kwietnia, takich wniosków było ponad 50.

- Liczba wniosków rośnie lawinowo, jest to m.in., skutkiem uproszczeń wprowadzonych w tym zakresie przez papieża (dekret obowiązuje od grudnia 2015 roku). Dotychczas, od złożenia wniosku do pierwszej wokandy, trzeba było czekać od 1,5 roku do 2 lat, i jedna trzecia złożonych wniosków kończyło się negatywnie. Każdy taki wniosek jest wnikliwe rozpatrywany, bo na swoje sumienie trzeba wziąć wielką odpowiedzialność - mówi ks. Kozłowski.

- Zwykle wnioski składają małżonkowie młodzi stażem, którzy dowiadują się o drugiej stronie pewnych informacji w pierwszym tygodniu czy miesiącu małżeństwa, a nawet - w dniu ślubu. Ale o „ rozwód kościelny” starają się także osoby, które od wielu lat są w innych związkach, a teraz zapragnęły uregulowania swojego życia. Kościelne unieważnienie małżeństwa to dla osoby wierzącej akt ostatecznego zerwania z przeszłością, możliwość pełnego uczestniczenia w życiu Kościoła, a także możliwość ponownego zawarcia związku małżeńskiego w kościele.

Żyjemy w czasach narcyzmu
Psycholog Marcin Florkowski: Badano związek długości życia z małżeństwem. Okazuje się, że statystycznie najdłużej żyją osoby biorące ślub. Krócej żyją pary bez ślubu, jeszcze krócej - statystycznie oczywiście - single. Najkrócej żyją rozwodnicy. To oznacza, że wzięcie ślubu ma bądź to bardzo dobre skutki (jeśli małżeństwo jest udane) bądź bardzo złe (jeśli jest nieudane). Dlaczego ślub jest lepszy niż życie na kocią łapę? Prawdopodobnie dlatego, że podnosi poziom jednego z ważnych kleszczy związku - zaangażowania. Zaangażowanie (obok bliskości psychologicznej i namiętności) jest jednym z ważnych czynników przedłużających trwanie związku i motywujących do naprawiania go zamiast zmieniania.

Badania pokazują też, że większość ludzi na świecie marzy o tym i wierzy w to, że spotka na swojej drodze osobę, z którą spędzi resztę życia w szczęściu. Można powiedzieć, że jest to jedno z ważnych pragnień większości ludzi. Rozstanie się lub rozwód jest więc w tej perspektywie zawsze porażką. Przecież nie po to ludzie się wiążą ze sobą, aby się rozstawać.
Dlaczego więc ludzie się łatwiej rozstają? Tu pasują chyba najbardziej teorie socjologiczne. Dobrze przedstawia to chyba zdanie z filmu: „Dawniej gdy coś się psuło, to naprawialiśmy, a dzisiaj wyrzucamy i kupujemy nowe”. Konsumpcyjne nastawienie do świata ma znaczenie dla spostrzegania wartości związków międzyludzkich - wymieniamy je tak jak zmywarki. Jeśli chodzi o socjologię, to są głosy, że żyjemy w czasach narcyzmu - ludzie zainteresowani są bardziej sobą niż innymi. Tu warto dodać, że „indywidualne szczęście” jest stosunkowo nową wartością - dwieście lat temu dla większości ludzi na naszej planecie nie była to istotna wartość, którą w życiu należy się kierować. Ludzie wcale nie myśleli: „Co mam robić, aby być szczęśliwym, bo bycie szczęśliwym jest najwyższą wartością”. Dzisiaj wielu tak myśli. No a skoro jest najwyższą wartością, to relacje międzyludzkie z taką wartością oczywiście przegrywają. Objawem jest mniejsza motywacja do dbania „o nas” niż do dbania „o siebie” = rozwody.

Jeśli chodzi o powody rozwodów, to w czołówce są zdrady małżeńskie, nałogi (alkoholizm) i tak zwana różnica charakterów (cokolwiek miałoby to oznaczać). Ludzie często chcą dbać o związek, ale po prostu nie wiedzą jak to zrobić. Np. nie umieją być szczerzy - mówić o intymnych kwestiach, zwierzać się, otwierać, słuchać partnera, być zainteresowanym jego wnętrzem. Nie umieją też konstruktywnie rozwiązywać konfliktów (nie słuchają itp.).

Jeśli chodzi o dzieci, to z rozwodami najlepiej radzą sobie małe dzieci i te po maturze. Najgorzej w wieku szkolnym. Tak czy inaczej, dzieci lepiej wychodzą na tym, że skonfliktowani rodzice się rozstają niż „dla dobra dzieci” są razem i ciągle się kłócą lub trwający konflikt ukrywają (np. w milczeniu itp.). Czy jest sposób, aby rozstać się bez cierpienia dzieci? Nie ma. Dzieci zawsze będą cierpieć. Można co najwyżej starać się zredukować szkody.

Droga do kościelnego rozwodu
1. Wizyta w kurii
Chcąc wziąć rozwód kościelny, musimy się udać do siedziby kurii w naszej diecezji. Tam składamy wniosek o unieważnienie małżeństwa. Za złożenie takiej skargi nie płacimy.
2. Znalezienie świadków
W skardze musimy podać: imię i nazwisko, adres, parafię oraz nazwisko panieńskie małżonki. Opisujemy w niej również przebieg naszego dotychczasowego małżeństwa i podajemy minimum trzech świadków. Powinny to być nasze najbliższe osoby, które znają nas oraz współmałżonka. Będą potem świadczyć o powodach, przez które chcemy się rozwieść, np. niezgodności charakterów czy zdradzie jednego z małżonków. Do dokumentów dołączamy też akt małżeństwa.
3. Powołanie Sądu Biskupiego
Nieważność związku może stwierdzić jedynie tzw. Sąd Biskupi. Jest to kilku duchownych diecezji. To oni będą decydować o unieważnieniu małżeństwa i przesłuchiwać świadków.
4. Postępowanie rozwodowe
Po złożeniu wniosku, w ciągu kilkunastu dni w siedzibie kurii rozpoczyna się postępowanie rozwodowe i przesłuchiwani są świadkowie podani przez obie strony. Wtedy też przychodzi czas zapłaty za pracę Sądu Biskupiego. W zależności od parafii wynosi ona 1000-1500 zł. W czasie postępowania Sąd Biskupi powołuje spośród siebie dwóch duchownych. Jeden szuka argumentów za unieważnieniem małżeństwa, rolą drugiego jest natomiast sprzeciwianie się takiej decyzji. Ich argumenty są analizowane przez Sąd Biskupi. Czas tego postępowania ma teraz wynosić 45 dni (przed decyzją papieża Franciszka - nawet 2 lata!).
5. Ostateczny wyrok
Ostatecznie Sąd Biskupi wydaje wyrok I instancji. Aby jednak decyzja ta była prawomocna, potrzebne jest jeszcze jej potwierdzenie drugim wyrokiem. Jest to tylko formalność, ale zajmuje kolejnych kilka tygodni. Dopiero wtedy małżeństwo zostaje unieważnione i otrzymujemy od kurii specjalne świadectwo tego aktu. Informacje, że mamy taki akt do odebrania, dostajemy telefonicznie.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie