Marco Pantani. Legenda włoskiego kolarstwa wciąż żyje w pamięci kibiców

Arlena Sokalska
Arlena Sokalska
Marco Pantani
Marco Pantani Luren Rebours
Udostępnij:
18 lat temu w hotelowym pokoju w Rimini odnaleziono ciało jednego z najwybitniejszych kolarzy w historii. Marco Pantani miał zaledwie 34 lata. Według oficjalnych ustaleń policji popełnił samobójstwo, przyjmując dużą dawkę narkotyków i alkoholu. Jego matka Tonina od początku nie wierzyła w tę wersję i zabiegała o rozpoczęcie nowego śledztwa. Jesienią ubiegłego roku Tonina Pantani dopięła swego. Przedstawiła policji 51-stronicowy raport o ostatnich dniach Pantaniego w Rimini. Według niej ktoś podał kolarzowi zabójczy koktajl. Włoskie władze zdecydowały się wszcząć trzecie śledztwo w sprawie śmierci Pantaniego. Być może dowiemy się więc, jak zmarł ostatni kolarz, który w jednym roku wygrał zarówno Giro d'Italia, jak i Tour de France. Mimo tego, że upłynęło 18 lat od śmierci "Pirata", wciąż jest on obecny w ich sercach i pamięci.

"Marco znałem od zawsze, od urodzenia. Mieszkał w tym samym budynku. Trenowałem wtedy chłopców w klubie im. Fausto Coppiego. Pewnego dnia powiedziałem: Chodź z nami. Wziął więc damski rower swojej mamy i ruszył. Jechał na końcu, ale utrzymywał się za chłopakami na rowerach szosowych. Bardzo mu się podobało. Dojechaliśmy do wiaduktu. Wtedy nagle Marco uniósł się z siodełka i wyprzedził resztę" - tak o początkach kariery Marco Pantaniego opowiada w dokumencie "Pantani, przypadkowa śmierć rowerzysty" jego pierwszy trener Guerrino Ciani. Tak zaczęła się wielka sportowa kariera jednego z największych kolarzy w historii. Zawodnika, którego kochały miliony kibiców. Tych samych, którzy go potem nienawidzili. I tych samych, dla których dziś jest legendą.

"To było coś więcej niż kolarstwo. Pantani to były emocje" - napisał kiedyś Gianni Mura, dziennikarz "La Gazetta dello Sport". Te emocje pozostały do dziś, a budzą je nie tylko wspomnienia wielkich triumfów, ale też historia upadku, a nawet jego tragiczna śmierć.

Narodziny legendy
Ale na początku był tylko on, chuderlawy dzieciak, i jego rower. Ten pierwszy był czerwony. Tak się spodobał młodemu Marco, że ulitował się nad nim dziadek, dołożył pieniędzy i chłopak dostał ukochany sprzęt. Jego mama wspomina, że ciągle go rozkładał, składał i mył w wannie, o co odbywały się wieczne awantury. Przyszły pierwsze sukcesy, pierwsze wygrane Baby Giro, czyli włoski wyścig dla młodszych kategorii wiekowych. Ale żeby stać się legendą, trzeba pokonać mistrza.

Po dwóch latach triumfów zarówno w Giro d'Italia, jak i w Tour de France największą gwiazdą kolarstwa był Bask Miguel Indurain. Z racji postury nigdy nie był świetnym góralem, ale znakomicie jeździł na czas, a w górach męczył rywali równym, mocnym tempem. Do czasu. Na czternastym etapie Giro 1994 wszyscy przecierali oczy ze zdumienia. Kolarz, który tracił ponad sześć minut do lidera, zaatakował 30 km przed metą i samotnie finiszował. Następny dzień tego wyścigu przeszedł do historii kolarstwa. Pantani atakuje na Mortirolo i odjeżdża w takim tempie, że tym, którzy próbują go gonić, praktycznie "odcina prąd". Włoch odrabia straty do rywali i wysuwa się na drugie miejsce w wyścigu. Po tym doświadczeniu Indurain już nigdy więcej nie weźmie udziału we włoskim tourze. Dwa tygodnie później 24-letni Pantani startuje w Tour de France. Co prawda nie wygrywa żadnego etapu, ale szaleje w górach i ostatecznie kończy Wielką Pętlę na trzecim miejscu. Rok później wygrywa na Alpe d'Huez i staje się ulubieńcem tłumów.

Pech prześladuje go całe życie. Jesienią na źle zabezpieczoną trasę wyścigu Mediolan-Turyn wjeżdża samochód i wręcz taranuje kolarza. Obrażenia są tak ciężkie, że nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie chodzić. "To koniec kariery Pantaniego" - krzyczą nagłówki we włoskiej prasie. Na zdjęciach z tamtego okresu widać człowieka, który utracił wszystko. Jest załamany, ale się nie poddaje. Powraca w wielkim stylu. Po wielu miesiącach rehabilitacji w 1997 r. podczas Tour de France znów wygrywa na Alpe d'Huez i Morzine-Avoriaz.

Rok później przychodzą największe sukcesy: najpierw zwycięstwo w Giro d'Italia, potem w Tour de France. Kolarstwo ma nowego króla. Kibice go kochają. Pantani nie kalkuluje, atakuje zawsze, czasem wiele kilometrów przed metą. Jego jazda na Galibier, która zapewniła mu zwycięstwo w całym wyścigu, przeszła do legendy.

Takich legendarnych zwycięstw w jego karierze było wiele, ale to było szczególne. Padał lodowaty deszcz i było upiornie zimno. - Jechaliśmy w małej grupce, było nas może dziesięciu, góra piętnastu. Pantani zaatakował, odjechał i to dało mu zwycięstwo w wyścigu. Teraz w tamtym miejscu stoi pomnik, który o tym przypomina. Można powiedzieć, że widziałem to z bliska i poczułem na własnej skórze - wspomina Dariusz Baranowski, były kolarz, obecnie komentator Eurosportu, który w tamtym wyścigu wywalczył 12 miejsce. Co w Pantanim było takiego szczególnego, dopytuję. - Chyba tylko on jeździł w ten sposób, że nawet na stromych podjazdach trzymał kierownicę za dolny chwyt, tak to nazywamy w gwarze kolarskiej. W górach zawodnicy zazwyczaj trzymają chwyt górny, mają ręce na klamkach, na hamulcach. Dolnego używają głównie sprinterzy na płaskich finiszach. Tak go zapamiętałem, jak atakuje w górach, trzymając kierownicę niczym sprinter na finiszu - opowiada.

Pantani rozpoczął etap z Galibier, mając cztery minuty straty do lidera, skończył z przewagą sześciu. To był dziwny Tour de France w związku z tzw. aferą Festiny i strajkiem kolarzy, którzy protestowali przeciwko aresztowaniu ich kolegów. Ale dziś tamte historie są mniej pamiętane niż wyczyn Pantaniego: dublet, czyli wygrana w Giro i w Tourze.

Z nieba do piekła
Marco Pantaniego znaleziono martwego 14 lutego 2004 r. w Rimini, dziesięć miesięcy po tym, jak ukończył Giro d'Italia. Ale Pantani wtedy już nie był tym samym kolarzem, który kiedyś porywał tłumy. Nie wygrał żadnego etapu, choć i tak cały wyścig ukończył na 14. miejscu. Ta śmierć była szokiem dla wszystkich. Sekcja zwłok wykazała w jego organizmie obecność dużej ilości kokainy i alkoholu.

Upadek Pantaniego nastąpił kilka lat wcześniej. To był dwudziesty etap 82. edycji Giro d'Italia, zakończony w Madonna di Campiglio. Wtedy Pantani był liderem wyścigu, miał na koncie wygrane trzy górskie etapy i praktycznie zwycięstwo w kieszeni. Mimo to na podjeździe do Madonna "Pirat", bo tak go nazywano z racji kolczyka w uchu i charakterystycznej bandany na głowie, uniósł się z siodełka, w charakterystyczny sposób pochylił do przodu i ruszył samotnie w górę. Wygrał po raz kolejny.

Wieczorem przyszła wstrząsająca informacja: poziom hematokrytu w jego krwi przekroczył 52 proc. Zgodnie z ówczesnymi przepisami oznaczało to dwutygodniowe odsunięcie kolarza od ścigania. Testów na EPO jeszcze wtedy nie było, ale naukowcy ustalili, jak zachowuje się organizm sportowca, który je przyjmuje. Lider wyścigu został więc z niego wykluczony. Pantani zniknął na wiele miesięcy, podobno to wtedy po raz pierwszy sięgnął po narkotyki. Niedawny idol milionów ludzi stał się persona non grata. Dziś powiedzielibyśmy, że stał się obiektem hejtu.

Próbował się podnieść. W 2000 r. na Mont Ventoux wygrał z Lance'em Armstrongiem. Ale wiele osób uważało, że Amerykanin dał mu zwyciężyć. Sam Pantani miał poczucie, że Armstrong z niego kpi podczas jazdy. I tak triumf stał się kolejną rzeczą, która go dołowała.

Jest w tym pewien paradoks. Nikt wtedy nawet nie przypuszczał, że ze Pantani zderzył się z największym oszustem w historii kolarstwa. Czy Pantani brał EPO? Tak, potwierdziły to po latach analizy próbek pobranych m.in. podczas Tour de France 1998. Ale mistrzem tego procederu stał się Armstrong. To on stworzył całą tę dopingową machinę. Dlaczego to akurat Pantani zapłacił za całą tę erę kolarstwa, którą dziś nazywa się EPOką?

Nie był rzecz jasna aniołkiem, ale jak wspomina jego matka, już po podpisaniu swojego pierwszego zawodowego kontraktu przeżył załamanie nerwowe. Chciał zrezygnować ze ścigania, mówił, że zawodowe kolarstwo to mafia. Prawdopodobnie właśnie wtedy po raz pierwszy kazano mu przyjąć doping. A on był tylko zwyczajnym, prostym chłopakiem, który najszybciej ze wszystkich potrafił wjeżdżać pod górę. I chciał zwyciężać.

Pomniki Pantaniego
Czy dziś, gdy kolarstwo jest inne, historia włoskiego wspinacza mogłaby się potoczyć inaczej? Pewnie tak. Ekipy bardziej dbają o zawodników, zatrudniają psychologów. Nie ma przyzwolenia na doping, a zmasowane kontrole wszystkich kolarzy również poza zawodami sprawiają, że jest proceder niesłychanie trudny. Być może też dziś Pantani byłby jednym z wielu kolarzy, którzy są dobrzy w górach. Nie uciekałby rywalom sto kilometrów przed metą, by zdobywać wielominutową przewagę. Ale z pewnością nadal porywałby tłumy, bo jeździłby równie brawurowo jak kiedyś.

Od dwudziestu trzech lat nikomu nie udało się powtórzyć jego osiągnięcia - wygrać jednym roku Giro d'Italia i Tour de France. Taki cel wyznaczali sobie w ostatnich latach m.in. Chris Froome czy Alberto Contador. Dla Hiszpana, który zakończył karierę kilka lat temu, Pantani to legenda i idol z młodości. W dniu, w którym Pantani kończyłby 45 lat, Contador napisał na Twitterze: "Dziś wspominam Pantaniego, jedną z osób, dzięki którym pokochałem kolarstwo".

Co roku Giro d'Italia usiane jest jego pomnikami. Oropa, Montecampione, Mortirolo, Aprica, Madonna di Campiglio to miejsca, gdzie wciąż wspomina fantastyczną jazdę Pantaniego, a kibice na trasie stoją w koszulkach Mercatone Uno, zaś na asfalcie wypisują słowa "Marco", "Pantani", "Pirata".

"Zacząłem dla zabawy. Potem kolarstwo stało się moim zawodem. Doznałem wielu upokorzeń, ale też dzięki niemu wiele razy byłem bardzo szczęśliwy" - powiedział u schyłku kariery. I życia.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Marco Pantani. Legenda włoskiego kolarstwa wciąż żyje w pamięci kibiców - Polska Times

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Agnieszka
To smutne, że nikt nie potrafił mu pomóc. Gdy czytalam ten artykuł miałam łzy w oczach.
Więcej informacji na stronie głównej Tygodnik Ostrołęcki
Dodaj ogłoszenie