MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Dzień Matki i mamy adopcyjne. Te, które urodziły w sercu

Mateusz Czajka
Mateusz Czajka
Rozmawiamy bez znieczulenia z matkami adopcyjnymi o historiach ich macierzyństwa. Często zaczyna się ono… żałobą, po tym, że nie mogą same urodzić dziecka. Ta rana może jednak być początkiem pięknej przygody – czasem trudnej i bardzo wymagającej. Opisywane historie są w pewnym stopniu subiektywne – mówią o historiach konkretnych matek adopcyjnych, ich mężów i dzieci.

Spis treści

Matki adopcyjne – macierzyństwo często zaczyna się od rany

Macierzyństwo adopcyjne często zaczyna się raną. Jak mówi Andrzej Łabądź, dyrektor ośrodka adopcyjnego „Szansa” w Bytomiu, niemal wszystkie adopcje dotyczą małżeństw. Zdecydowana większość z nich zmaga się z problemem bezdzietności.

— Najczęściej po ślubie dowiadują się po roku po dwóch, czy po czterech, pięciu, że nie mogą mieć dziecka. Przyczyny mogą leżeć po obu stronach lub po jednej stronie – mówi dyrektor.

Istotne jest tu słowo „przyczyna”, ponieważ niektórzy mogą czuć się „winni” takiego stanu rzeczy. Wiele małżeństw naprawdę mnóstwo czasu spędziło u lekarzy. Tylko te pary, które zmagają się z bezpłodnością lub częstymi poronieniami, wiedzą, ile za nimi nieprzespanych nocy, łez, czasem może nawet kłótni lub milczenia. To oczywiście uderza w tożsamość niektórych. Zadają sobie pytania: „jaką jestem kobietą, skoro nie umiem dać życia?” „Jakim mężczyzną, skoro nie umiem spłodzić potomka?”

— Wszystkie takie sytuacje niosą ze sobą zawsze jakiś bagaż emocjonalny. Szczególnie te trudne rzeczy nie przychodzą łatwo. I to był też taki proces pogodzenia się, pewnej żałoby. To jakby poczucie straty czegoś, czego nigdy nie będzie – biologicznie urodzenia dziecka. Był to proces, w czasie którego korzystałam z pomocy innych osób. Poszłam też na warsztaty rozwoju osobistego „12 kroków ku pełni życia”, które też mi pomogły przepracować swoją tożsamość – dzieli się z nami pani Magda.

Dodaje także, że istotne było dla niej przepracowanie tego również na poziomie duchowym przy wsparciu kapłana.

Żałoba dotyczy także mężczyzn

Bywa, że czas na pogodzenie się z brakiem możliwości urodzenia dziecka nie jest czymś łatwym. Problem z płodnością niejednokrotnie dotyczy mężczyzn.

— Mój mąż jest z tych osób, które o tym nie mówią, natomiast wydaje mi się, że on bardzo odczuł, że nie jest „prawdziwym mężczyzną”. To było dla niego trudne, a ja mu w tym nie pomagałam. Długo nam zajęło oswojenie się z tematem. Kosztowało to nas dużo emocji. To nie było tak, że dowiedzieliśmy się o tym, że nie ma szans na dzieci biologiczne i od razu myśleliśmy o adopcji. Zakończyliśmy leczenie i nie robiliśmy nic przez kilka lat. Dopiero jak nam się ten temat samoistnie „wygasił”, to ruszyliśmy temat adopcji – dzieli się z nami pani Weronika.

Choć teraz twierdzi, że wspomniane kilka lat zostały stracone w kontekście rodzicielstwa, dodaje, że może tak musiało być. Podobnie, jak pani Magda, używa określenia „żałoba” na oswojenie się z myślą o niemożliwości urodzenia dzieci.

Adopcja a rodzeństwo

Nie każda adopcja dotyczy par, które mają problem z płodnością. Czasem pod swój dach przyjmuje się dzieci mimo tego, że już samemu się urodziło. Bywa także i tak, że dzieci adoptuje się, gdy mają już kilkanaście lat. Tak było w przypadku pani Aleksandry i jej męża. Pod swój dach przyjęli dziewczynkę w wieku 12 lat, kiedy ich biologiczna córka była o około dwa lata starsza. W ich wypadku procedura adopcyjna trwała 3 lata.

— Nasza starsza córka długi czas czekała na rodzeństwo. W momencie, kiedy już adoptowaliśmy Maję, ona była już na takim etapie, że chyba tego do końca nie potrzebowała. Myśmy się też jej pytali o zgodę, rozmawialiśmy z nią dużo i nie było to już dla niej takie łatwe. Ona trochę nie wiedziała, jak do Mai podejść, bo Maja się wychowywała przez ostatnie 3 lata, zanim ją adoptowaliśmy, w rodzinnym domu dziecka, a dopiero w wieku 9 lat została zabrana z biologicznej rodziny. Z jednej strony była jeszcze bardzo dziecinna, bo w domu dziecka była najstarsza, a reszta dzieci była o kilka lat młodsza – mówi pani Aleksandra.

Nieco inaczej było u pani Weroniki. Przyjęła ona dwoje dzieci w wieku około dwóch lat – najpierw syna, a potem cztery lata później - córkę.

— Bartek bez żadnego poważnego problemu zaakceptował fakt, że ma siostrę. Tak jakby po prostu wstał rano i siostra była. Wiadomo, że wcześniej jeździliśmy kilka razy, żeby się z nią poznać, bo to nie jest tak, że dziecko się z dnia na dzień dostaje. Parę miesięcy nam minęło na zapoznawaniu się – dzieli się z nami pani Weronika.

Poczuć się mamą

— Na początku córka mówiła do nas "ciociu", "wujku" - jeszcze przed adopcją, gdy była przez dwa miesiące u nas w pieczy. Daliśmy jej wolność, żeby sama poczuła, kiedy może mówić do nas „mamo”, „tato. Na początku to „mamo” było dla mnie trudne. Ja musiałam się sama do tego przyzwyczaić. Teraz czuję się już mamą na 100%. – mówi mama nastoletniej Ani pani Aleksandra.

Choć to niełatwe, mówi, że kropką nad „i” był dla niej moment, gdy umarła biologiczna matka córki. Dziś nastolatka ma kontakt ze swoją starszą siostrą, choć pani Aleksandra przyznaje się do tego, ze czuje nieco obaw z tym związanych. Różne systemy wartości, podejście życia, zasady… Pierwsze spotkanie z dzieckiem czasem bywa bez fajerwerków, czasem towarzyszą mu silne emocje – nie ma reguły.

— Powiem tak: z synem, który był pierwszy, wydaje mi się, że była miłość od pierwszego wejrzenia, ale też jakby okoliczności były inne, bo myśmy czekali na dziecko z mężem 10 lat. Myśmy byli tak spragnieni, że miłość po prostu była od razu. Natomiast w przypadku córki już było troszkę inaczej. Myślę, że było to bardziej takie „obwąchiwanie” się. Z drugiej strony już było najbardziej naturalnie, no bo byliśmy też doświadczeni przy pierwszym, adoptowanym dziecku - mówi pani Weronika.

Pierwszy Dzień Matki

Zapytaliśmy o przeżywanie Dnia Matki. Pani Weronika mówi, że teraz jakoś specjalnie nie celebruje tego dnia.

— Dla mnie większe znaczenie chyba tak naprawdę miał pierwszy Dzień Matki, kiedy już po tych dziesięciu latach czekania nagle się okazało, że mogłam jakiś laurkę dostać, potem chodzić na przedstawienia do przedszkola. To było duże przeżycie i jakieś takie wzruszenie. Natomiast potem, myślę, że już człowiek do tego podchodzi trochę inaczej. Szczerze powiedziawszy, to o adopcji żeśmy więcej rozmawiali w momencie czekania na dziecko niż później. Potem to tak naprawdę się trochę zaciera. Ja już jestem na takim etapie, że jakby mnie ktoś pytał o panu bóle porodowe, to jestem w stanie opowiadać, co mi się działo w czasie ciąży, bo zupełnie nie pamiętam, że w tej ciąży nie byłam – śmieje się pani Weronika.

Opowiedz mi o mojej mamie...

U pani Danuty świętuje się w najbliższym gronie dzień adopcji. Jest ciasto, ale i przez lata niełatwe rozmowy. Jak podkreśla jednak nasza rozmówczyni – były one bardzo ważne dla jej dzieci. Choć oboje zadawały pytania, to obecnie w wieku, kiedy dojrzewają lub wkraczają w dorosłość, jedno szuka kontaktu i informacji o biologicznej rodzinie, drugie tego nie chce.

— Człowiek jest wdzięczny za to dziecko biologicznym rodzicom, czuję się nim obdarowany. W stosunku do biologicznych rodziców czuję raczej współczucie, bo nie wiem, w jakiej sytuacji trzeba być, żeby doszło do porzucenia. To musi być bardzo trudna sytuacja i jakaś dramatyczna historia – dzieli się pani Danuta.

Co jednak czuje matka, kiedy musi opowiedzieć o tym, że matka biologiczna nie stanęła na wysokości zadania? Złość, współczucie? Dzieci zadają niełatwe pytania.

— Dzieciom chyba się w tym momencie mocno współczuje i próbuje się chyba złagodzić ten komunikat i tak tłumaczyć jakoś trochę tych biologicznych rodziców, że to musiało być coś trudnego. One gdzieś tam czują żal do nich. Czasami jest artykułowany drastycznie, czasami delikatnie. Najczęściej mówiłam, że bardzo niewiele wiem na ten temat. To trudne życiowo sytuacje albo wręcz patologiczne i z tym się trzeba liczyć. Najtrudniejsze jest to, że zdarza się, że nasze dzieci nie wierzą do końca w naszą miłość. Jakby podważają ją cały czas, nie dowierzają. Czasami są to rany, których nie do końca daje się zalać miłością – opowiada pani Danuta.

Dodaje także, że nieocenionym wsparciem w rodzicielstwie był dla niej maż. Ceni bardzo jego spokój i chłodne spojrzenie na sytuację. Choć dzieci nie raz wchodziły w trudne sytuacje, alkohol. Pomocą dla niej był także psychiatra, który... sam miał adoptowane dzieci. Pomógł zrozumieć, że pewne spory i trudności mają swoje korzenie w pierwotnym odrzuceniu. Choć czasami bywało ciężko, to pani Danuta podkreśla, że nie żałuje decyzji o adopcji. Spośród rodzin, z którymi się skontaktowaliśmy, tylko w jednym wypadku ktoś nie podjąłby ponownie takiej samej decyzji (ta osoba nie chciała się jednak wypowiadać w artykule).

Wychodzenie na prostą

O wychodzeniu na prostą opowiedziała nam również pani Weronika. Miała ona pewne porównanie: adoptowała (w odstępie czasu) dwuletnie dzieci. Z córką nie było większych problemów. Zanim została przyjęta i skierowana do adopcji, była w dobrze się nią zajmującej rodzinie zastępczej. Syn miał trudniejszy start, ponieważ do czasu adopcji zdążył być u biologicznych rodziców, placówce i z powodu zdrowia kilka razy w szpitalu. Miał problem z nawiązywaniem więzi – zbyt łatwo ufał ludziom i bez zmrużenia oka mógłby pójść z kimkolwiek np. z placu zabaw.

— Syn miał też problemy zdrowotne, spowodowane głównie zaniedbaniami. Większość rzeczy nam się udało wyciągnąć i wypracować – dodaje mama.

— Jeżeli bierzesz trzyletnie dziecko, które nigdy wcześniej nie miało prawidłowej wzorców wychowawczych, a przede wszystkim nie było kochane, nie było na rączkach, to trzeba teraz mu kolejne dwa lata poświęcić, dopieścić, trzeba mieć blisko siebie. Tata z mamą muszą jak najdłużej z nim przebywać i to powoduje radykalne zmiany. Dziecko osiąga w wieku sześciu lat taki poziom rozwoju, że potem z przyjemnością oddaje się je do szkoły i tam zyskuje średnie lub lepsze wykształcenie i w klasie uczy się dobrze – twierdzi dyrektor ośrodka adopcyjnego „Szansa”.

Dodaje, że niejednokrotnie do adopcji trafia dwuletnie, trzyletnie dziecko, które nigdy w życiu nie na rękach matki, tylko było „popychadłem” albo leżało w łóżeczku. Przechodziło z rąk do rąk. Cała umiejętność rodziców i cel szkolenia polega na tym, żeby matki i ojcowie adopcyjni to zrozumieli. Szkolenie ma też, oprócz umiejętności wychowawczych, rozwinąć inne cechy i umiejętności. Jedną z najdelikatniejszych rzeczy jest kwestia motywacji. Istnieje cienka granica między tym, że "chcę mieć dziecko", a "chcę być dla dziecka".

— Kwestia motywacji to najdelikatniejsza strona zadań ośrodka adopcyjnego, który ma właściwie przygotować rodzinę w trakcie szkolenia na przyjęcie dziecka. W trakcie rozmów indywidualnych z rodziną poznajemy, diagnozujemy i badamy te motywacje, dlatego, że chcemy wiedzieć, jakie dziecko tam może trafić – mówi dyrektor Andrzej Łabądź.

Podkreśla, że niektórzy są tak złaknieni ojcostwa i macierzyństwa, że bez zastanowienia chcą przyjąć każde dziecko. Inni mocno się namyślają – z różnych względów – dla kogo otworzyć swój dom.

— Na szkoleniu mówimy, że co z tego, że możesz wziąć dwuletnie dziecko super zdrowe, kiedy to dziecko w wieku pięciu lat może zachorować i odwrotnie: weźmiesz dziecko chore, nadpobudliwe, po przejściach w wieku dwóch lat, ale dwuletnia praca spowoduje, że super wyprowadzisz to dziecko, uczestnicząc w zajęciach terapeutycznych, kontaktując się z lekarzami i tak dalej – dodaje dyrektor.

Droga do szczęścia bywa długa...

Niejednokrotnie trzeba długo czekać na dziecko. I nie chodzi tu o same procedury, szkolenia itp. Pewnym mitem jest to, że wiele dzieci w Polsce czeka na adopcję. Owszem, sporo z nich czeka, ale na rodziny zastępcze. W Polsce sądy nie są zazwyczaj skore do pozbawiania praw rodzicielskich rodziców i skierowania dzieci do nowych domów.

— Niektórzy, chcąc nam powiedzieć komplement, mówią, że Agatka jeszcze nie wie, jaką jest szczęściarą, że znalazła takich rodziców. A my uważamy, że jest inaczej: to my doświadczyliśmy niesamowitego szczęścia, że w tym całym "systemie" odnaleźliśmy właśnie Agatkę. Teraz już wiemy, dlaczego ta droga musiała być taka trudna... przez trzy ośrodki adopcyjne – dzieli się z nami pani Karolina, która wraz z mężem niedawno adoptowała kilkumiesięczna córeczkę.

Imiona bohaterek naszego reportażu oraz ich dzieci zostały zmienione.

Nie przeocz

Zobacz także

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Dzień Matki i mamy adopcyjne. Te, które urodziły w sercu - Dziennik Zachodni

Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki