Cudem uniknęli śmierci

Jarosław Sender
W jednym momencie cała czwórka upadła na podłogę. Nie wiedziałam do kogo podbiec najpierw. To było straszne - Beata Rasińska ociera z oczu łzy. - Zaciągnęłam ich nieprzytomne, ciężkie ciała do pokoju teściowej, tam nie było zabójczego tlenku węgla, bo teściowa czuła się dobrze. Otworzyłam drzwi i okna, wezwałam pogotowie. Tak bardzo się bałam...

Państwo Beata i Grzegorz Rasińscy mieszkają w Obrębie (gm. Przasnysz), w starym, małym domu. Prowadzą gospodarstwo, mają czwórkę dzieci: 18-letnią Roksanę, 15-letnią Sylwię, 13-letniego Tomka i 10-letniego Arka. W osobnym pokoju mieszka także mama pana Grzegorza. Z panią Beatą rozmawialiśmy 7 stycznia, dzień po tragicznych wydarzeniach.

- Czułam, że wydarzy się coś złego - wyznaje pani Beata. - Kiedy nadchodzi styczeń zawsze boję się, że stanie się jakaś tragedia, tak jest co roku. Styczeń to feralny miesiąc. W styczniu zmarła moja mama, moja bratowa, wszyscy z mojej rodziny umierają w styczniu. Dlatego tak panicznie boję się początku roku. No i miałam rację. Na szczęście nie wydarzyło się najgorsze.

Obudził ją potworny ból

Do zatrucia tlenkiem węgla doszło w środę nad ranem.

- Dzieci i mąż spali w jednej części domu, ja z najmłodszym synem spałam w pokoju po drugiej stronie, podobnie jak teściowa. Obudziła mnie najstarsza córka, Roksana, która resztkami sił weszła do pokoju i przewróciła się - opowiada drżącym głosem pani Beata. - Powiedziała, że potwornie boli ją głowa i klatka piersiowa, jest jej niedobrze, nie może otworzyć oczu. Myślałam, że się czymś zatruła. Otworzyłam okno, dałam jej się napić, poszłam także otworzyć okno w jej pokoju. Wtedy przebudziły się dzieciaki. Sylwia, jak tylko usłyszała, że jej siostra źle się czuje, od razu do niej pobiegła. To niezwykle wrażliwa dziewczyna, bardzo się przejęła. Wstali wszyscy. Nikt się nie skarżył na złe samopoczucie - mówi ze zdziwieniem pani Beata.

Padali jedno po drugim

Nagle, po kilkunastu minutach pan Grzegorz, Sylwia i Tomek upadli na podłogę i stracili przytomność. Także Roksana.

- To było okropne. Wszyscy upadli w jednym momencie, nie wiedziałam kogo ratować najpierw. A przecież jeszcze dziesięć minut wcześniej nie skarżyli się na żaden ból - pani Beata nie potrafi tego zrozumieć. Pomimo szoku działała jednak szybko i sprawnie. - Zatargałam całą nieprzytomną czwórkę do pokoju teściowej, która mieszka z drugiej strony domu. Czuła się dobrze, podobnie jak ja i Arek, stwierdziłam więc, że tu będą bezpieczni. Otworzyłam okna, drzwi, zadzwoniłam po pogotowie. Domyśliłam się, że to musi być zatrucie czadem. Dwa ambulanse przyjechały bardzo szybko. Zjawiła się także straż pożarna.

- Cztery osoby trafiły na oddział naszego szpitala z powodu zatrucia tlenkiem węgla. Trójka dzieci została na obserwacji - poinformował nas w środę dyrektor szpitala, Jerzy Sadowski. Pan Grzegorz wypisał się na własne życzenie. Dzieci jednak musiały zostać dłużej w szpitalu.

- Podają im kroplówki i tlen, bo nie mają jeszcze zadowalających wyników krwi - mówi z przejęciem pani Beata.

Teraz gaszą piec na noc

- Piec na miał kupiliśmy cztery lata temu. Do tej pory nic podobnego się nie wydarzyło - kręci głową pani Beata. - Kilka lat temu kupiliśmy także plastikowe okna. Zdaję sobie sprawę, że wtedy wentylacja jest mniejsza, bo okna są szczelne, jednak nikt z nas nawet nie pomyślał, że może się zdarzyć coś podobnego. Mąż zamówił już czujniki mierzące stężenie tlenku węgla.

Pani Beata zdaje sobie sprawę jak wiele szczęścia miała ona i jej rodzina. Nie daje jej spokoju tylko jedna myśl. Ciągle rozpamiętuję wydarzenia ze środy.

- Czasem zastanawiam się co by było gdybym wstała kilka godzin później i okazałoby się, że trójka moich dzieci i mąż nie żyją, a ja zostaję tylko z najmłodszym Arkiem. Co byśmy wtedy zrobili? Jak byśmy wtedy dalej żyli? - pyta przejęta. - Jaki to przypadek lub sama nie wiem co, że wszystkie dzieci się przebudziły, że wstał mój mąż. Nie potrafię tego wytłumaczyć. I przyznaje, że natychmiast poczyniono zmiany w domu.

- Przeczyściliśmy kominy, nie będziemy już palić w nocy w piecu. Przed pójściem spać będziemy go gasić. Nie zmarzniemy, a będziemy spać spokojnie. Pierwsza noc była okropna, właściwie nikt nie zasnął, nawet Arek się bał. Teraz najważniejsze jest, aby dzieci zdrowe wróciły ze szpitala, być może już w sobotę będziemy znowu razem.

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

a
admys
Taki piec powinien mieć własny chwyt powietrza spoza budynku. Tylko wtedy jest pewność, że tragedia się nie wydarzy.
Dodaj ogłoszenie