MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Zielona karta

Magdalena Mrozek
Pierwszego listopada rozpoczęła się loteria wizowa. Wraz z nią zabiły mocniej pełne nadziei serca tysięcy Polaków, że być może tym razem spełni się ich amerykański sen o pieniądzach, domu na przedmieściu i obywatelstwie kraju, z którym liczą się wszystkie inne. Formularz zgłoszenia, które weźmie udział w losowaniu wizy, zwanej potocznie "zieloną kartą" można od trzech tygodni znaleźć w Internecie na stronie www. dvlottery.state.gov. I wyłącznie tą drogą tzn. pocztą elektroniczną należy je do końca grudnia wysłać, załączając fotografię cyfrową. Zakłady fotograficzne w Ostrołęce reklamują się już z taką usługą, a znajomi pożyczają aparaty cyfrowe. Szanse na wizę mają wszyscy, jak na milion w totolotku.

Nie wiedzieliśmy, że loteria jest za darmo

Już w pierwszym tygodniu swoje zgłoszenie przesłali państwo Kaczyńscy z Ostrołęki - Małgorzata, Jarosław i Łukasz. Czwarty raz.
- Mieliśmy więcej nie wysyłać, bo podobno do trzech razy sztuka a nam się nie udało. Ale na początku października przyśniło mi się, że wylosowaliśmy wizę. Ten sen był bardzo sugestywny, długo po nim czułam wszystkie emocje i pamiętałam szczegóły, nawet takie, jaki kolor miały kafelki w obu łazienkach naszego nowego domu. Oboje z mężem pracowaliśmy, mieliśmy ładny, duży samochód, synowi podobała się amerykańska szkoła - opowiada o marzeniach, które ziściły się na razie tylko we śnie Małgorzata, czterdziestotrzyletnia urzędniczka.
Namówiła męża, by spróbowali znowu. Zwłaszcza że oprócz kolejnego zawodu, niczym więcej nie ryzykują. Ale o tym dowiedzieli się dopiero niedawno.
Głowa rodziny, pan Jarosław mówi, że dotychczas korzystali z usług pośrednika z ogłoszenia, który za wypełnienie i wysłanie formularzy trzyosobowej rodziny policzył w ubiegłym roku 150 zł.
- Nie mieliśmy pojęcia, że udział w loterii nic nie kosztuje. W tym roku sprawy dopilnował syn. Z Teleexpresu dowiedzieliśmy się o stronie w internecie. Łukasz ściągnął z niej wszystkie szczegóły a potem wypełnił zgłoszenie i wysłał z kawiarenki internetowej.
Państwo Kaczyńscy przyznają, że mają teraz wątpliwości czy fakt, że do tej pory nie wygrali to po prostu nieprzychylność losu, czy może nieuczciwość pośrednika, który za ich marzenia zainkasował gotówkę, ale nie dał szansy im się spełnić.

Chętnie zamienię biurko na mopa

Jarosław ma czterdzieści pięć lat. Z wykształcenia jest technikiem elektronikiem. Od półtora roku pracuje jako ochroniarz. Trzy lata temu po zawale trafił na rentę.
- Nie było wyjścia, trzeba było dorobić do renty niższej o połowę niż moje dotychczasowe zarobki. Zwłaszcza że najstarszy syn Artek myślał o studiach.
Artek do Stanów się nie wybiera. Zbyt dużo wysiłku kosztowało go dostanie się na wymarzoną uczelnię i utrzymanie się na niej. Jest na drugim roku finansów i bankowości w Poznaniu.
Kaczyńscy z goryczą w głosie opowiadają czego udało im się dorobić w ciągu ich dwudziestotrzyletniego wspólnego życia. Sześćdziesięciometrowe mieszkanie w pełnoletnim bloku, sześcioletnie małe auto, które przy zakupie w połowie kredytowali, meble oraz sprzęt AGD i RTV, który także spłacali w ratach i podżyrowana pożyczka byłych już przyjaciół rodziny, którą Jarosław przypłacił zdrowiem.
- W tej chwili nie stać nas na wysłanie drugiego dziecka na studia. A Łukasz ma już siedemnaście lat i całkiem nieźle się uczy. Nie mam sumienia powiedzieć mu, że prawdopodobnie będzie musiał poszukać pracy i studiować zaocznie - bezradnie rozkłada ręce Małgorzata.
Przygniotła ich polska rzeczywistość. Twierdzą, że nie potrafią sobie dać z nią rady i łudzą się wyjazdem do Stanów.
- Przynajmniej jednego byłbym pewien, że tam gorzej nie będzie a w Polsce niestety wiem, że będzie. Może jestem za mało zaradny i dlatego nie potrafię swojej rodzinie zapewnić takiego bytu, jaki kiedyś żonie obiecywałem, ale nie potrafię ani kombinować ani kraść. Uczciwą i ciężką pracą dorobiłem się najpierw długów a zaraz potem choroby.
Małgorzata nie wstydziłaby się zamienić urzędowego biurka z komputerem na ścierkę i mopa.
- Wiem, że w biurze by mnie nie posadzili, ale przynajmniej za pracę dostałabym pieniądze, za które można żyć a z dwóch wypłat jeszcze coś odłożyć.
- Wśród kobiet, które ze mną pracują dwie co roku podczas urlopu wyjeżdżają do pracy do Włoch i do Francji. Opłaca im się, bo przywożą pięć naszych pensji. Za granicą jadą na ścierce a potem głowy wysoko zadzierają, bo mają za co wyremontować mieszkanie, kupują nowe graty, zarabiają dzieciom na studia. Reszta zazdrości i jadowicie komentuje. Chyba właśnie od tej głupoty i zawiści ludzkiej najbardziej chciałabym się uwolnić.

Nie boją się zacząć od zera

Kaczyńskich nie przeraża ani bariera językowa, ani przede wszystkim to, że musieliby właściwie zacząć swoje życie od zera.
- Ludzie na Zachodzie nie przywiązują się tak do miejsc jak my - dzieli się obserwacjami Jarosław. Zmieniają pracę, przeprowadzają się. Żyją, bawią się a nie wegetują. Tak mi się przynajmniej wydaje. Może to obrazek z telewizji, ale chciałbym przekonać się o tym sam. Nikt ze znajomych, którzy wyjechali do Ameryki, do kraju nie wrócił. Przysyłają swoje zdjęcia przy kolejnym samochodzie, z wakacji. Roześmiani, a Polacy śmieją się szczerze dopiero, gdy sobie wypiją, albo jak sąsiadowi nieubezpieczony samochód złodzieje ukradną, czy coś z mieszkania wyniosą.
W Polsce, jak mówią, ludzie w ich wieku czekają już na wnuki, czterdziestoparolatków uważa się za niezdolnych do przekwalifikowania na nowe stanowiska i z pewnością nie jest to wiek do meblowania życia no nowo.
- Ameryka daje równe szanse, tym którzy nie boją się ciężkiej pracy a nie tylko tym, którzy mają znajomości i znaleźli się w odpowiednich układach politycznych.
Jarosław i Małgorzata twierdzą, że jeśli wylosują wizę, bez żalu spieniężą wszystko co posiadają i jak najszybciej będą chcieli opuścić kraj na zawsze. Nie mają zbyt dużej rodziny, a i tak kontakty są mało serdeczne.
- Wszyscy wszystkiego sobie zazdroszczą. Brat ma swoją firmę przewozową, ale nie znalazło się w niej miejsce dla męża. Zresztą może to i lepiej. On jeździ nowym samochodem, żona ma swój, pobudowali dom, wakacje spędzają za granicą, ale ludziom, którzy na nich zarabiają zalegają z wypłatami, albo płacą w ratach.

Natchnął ich film w telewizji

Gromadzkich do udziału w loterii wizowej natchnął los bohaterów filmu dokumentalny emitowanego w telewizyjnej dwójce pt. "Zielona karta".
Twierdzą, że nie brakuje im odwagi i gdyby tylko mieli szczęście w losowaniu, bez zastanowienia spakowaliby walizki.
- W Ostrołęce żyjemy z dnia na dzień. Z lękiem czy praca, która dziś jest będzie też jutro. Nie sądzę, że w Stanach żyłoby nam się łatwiej, na pewno jednak inaczej - mówi Anna, trzydziestodwuletnia fryzjerka.
W Chicago mieszka od siedmiu lat przyjaciółka Anny. Do USA wyjechała osiem lat temu. Teraz jest tam właścicielką salonu piękności.
- Trzy lata temu udało mi się Monikę odwiedzić. Zobaczyłam jak jej się tam wiedzie. Nie mogłam uwierzyć, że dziewczyna z małej wioseczki spod Kadzidła tak świetnie się urządziła. Ma stałe klientki, które przychodzą raz w tygodniu nie tylko, żeby uczesać włosy, ale i poplotkować. Pieniądze na zakład zarobiła w niecałe dwa lata. Na podobny musiałabym zapożyczyć się i spłacać go kilka kolejnych lat a potem dopiero zarabiać - twierdzi Anna.

Bill Gates za ladą

Mąż i siedmioletnia córka Anny już uczą się angielskiego.
- W sklepie, gdzie pracuję koledzy przezwali mnie Billem Gatesem i żartują, że za kilka lat znajdą moje nazwisko na liście najbogatszych ludzi świata - opowiada Michał Gromadzki. - Pytają ile garaży wybuduję w nowym domu. Puszczam te złośliwości mimo uszu i wkuwam słówka. Kto wie może się przydadzą.
Anna żałuje, że wysłaniem formularza pochwaliła się swojej sąsiadce.
- Była oburzona i powiedziała, że nie powinniśmy się pchać do Ameryki skoro oboje z mężem pracujemy. Odbieramy szansę komuś, kto jest w większej potrzebie - opowiada. - Ona chyba myśli, że wylosowanie zielonej karty jest równoznaczne z otrzymaniem domu z basenem, samochodu i posady za kilkadziesiąt tysięcy dolarów.
Michał wie, że to on musiałby pierwszy wyjechać.
- Zacząłbym jak wszyscy, od roboty u kontraktora. Nie boję się ciężkiej pracy, ale chyba nie zniósłbym, gdyby inni traktowali mnie jak "głupiego Polaczka". Gdybym nie bał się niepewnej przyszłości w Polsce, to wolałbym tu zostać. A w Unię, chociaż głosowałem na "tak", nie wierzę. Po co mi kupować tu samochód skoro nie stać mnie na jego utrzymanie a do tego jeszcze zdrożeje benzyna. Przez następne pięć lat będę spłacać trzypokojowe mieszkanie. Paranoja. Poza tym chcielibyśmy z żoną mieć jeszcze jedno dziecko, ale jak tu sobie na nie pozwolić, kiedy ledwo wiążemy koniec z końcem?

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki