Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Zemsta tajemniczego Boryny

Jacek Pawłowski
Połamanie rąk i spalenie samochodu wywiadowcy skarbowemu mieli zlecić trzej oskarżeni w procesie, który po raz drugi rozpoczął się przed Sądem Rejonowym w Ostrołęce 14 stycznia. To pierwsza sprawa o taki czyn w historii ostrołęckiego wymiaru sprawiedliwości.

Pierwszy proces w tej sprawie został przerwany ze względu na chorobę sędzi - przewodniczącej składu orzekającego. Ponieważ zmienił się skład orzekający, zgodnie z prawem przewód sądowy musi się zacząć od początku
Główny oskarżony to Stanisław D. - przedsiębiorca z Kadzidła, uważany za jednego z najbogatszych ludzi w gminie. Poza tym Michał M. - urzędnik kontroli skarbowej z Ostrołęki i Leszek K., właściciel nieistniejącego już baru pod Ostrołęką.
Akt oskarżenia zarzuca Stanisławowi D. i Leszkowi K., że podżegali znanego w okolicy egzekutora długów Piotra Ł. do spalenia samochodu i połamania rąk wywiadowcy skarbowemu (obecnie nie pracującemu) Leszkowi B. Michałowi M. z kolei akt oskarżenia zarzuca wpływanie groźbami na czynności urzędnika państwowego.
Leszek B. występuje w sprawie w charakterze pokrzywdzonego, świadka i oskarżyciela posiłkowego. Jego zeznania wygłoszone przed sądem mogłyby posłużyć za scenariusz do filmu sensacyjnego. Sąd jednak musi ocenić, ile opowieść B. ma wspólnego z prawdą.

Agent skarbowy w Kadzidle

Jest rok 2000. Jesień. Tajny wywiadowca skarbowy Leszek B. (oficjalnie pracownik departamentu dokumentacji skarbowej UKS w Ostrołęce) uzyskuje informację, że należąca do Stanisława D. firma powołała firmy-córki, które, żeby zmniejszyć podatki, generowały sztuczne koszty. Prowadziło to do zmniejszania milionowych należności podatkowych, które powinny były trafiać, a nie trafiały do skarbu państwa od firmy Stanisława D. Dokumenty zgromadzone w Urzędzie Skarbowym wskazywały - jak zeznawał Leszek B. - że podejrzenia mogą być zasadne. Jesienią 2000 roku Leszek B. sporządził wniosek o przeprowadzenie kontroli skarbowej i decyzją dyrektora UKS kontrola w firmie Stanisława D. została wszczęta. Działania kontrolne objęły również dwie spółki-córki.
Kontrola skarbowa nie wykazała, jakoby działalność spółek-córek prowadziła do zaniżania podatków przez firmę. Efektem kontroli był natomiast proces karny, w którym Stanisława D., jego żonę Teresę (przewodniczącą Rady Gminy w Kadzidle) i pracownika firmy skazano nieprawomocnym jak dotąd wyrokiem za posługiwanie się sfałszowanymi fakturami. Fałszerstwo polegało na podpisywaniu faktur przy ich odbiorze przez pracownika firmy imieniem i nazwiskiem właścicieli.
Trwająca w firmie Stanisława D. kontrola skarbowa doprowadziła do ostrych konfliktów w ostrołęckim UKS-ie. Leszek B. nie mógł porozumieć się z inspektorem prowadzącym kontrolę w kadzidlańskiej firmie. Informował przełożonych, że kontroler nie chce mu udostępniać dokumentów dotyczących firmy.
Rok 2000 zbliżał się powoli ku końcowi. Jednego z ostatnich dni roku Leszek B. przyszedł jak zwykle do pracy. Szedł korytarzem urzędu, zobaczył przez uchylone drzwi pracującego w swoim pokoju Michała M. Zajrzał do środka. Zapytał co słychać.
- M. zapytał, dlaczego chcę uziemić (nie wiem czy dobrze pamiętam to słowo) pana D. - zeznawał przed sądem B. - Bardzo mnie to zastanowiło, bo M. w ogóle nie powinien wiedzieć o tym, że ja zajmuję się sprawą pana D. Odpowiedziałem, że nikogo nie chcę uziemić, tylko wykonuję swoje czynności służbowe.
Wtedy M. miał zapytać swojego kolegę - wywiadowcę: "Czy wiesz kto to jest D.? On może wynająć ekipę, która może z tobą zrobić wszystko!"- Gdy Leszek B., występujący w sądzie w charakterze oskarżyciela posiłkowego, przytaczał tę rozmowę, oskarżony M. nerwowo się śmiał i przecierał oczy. Ale oskarżyciel posiłkowy kontynuował swą opowieść.
- Po tych słowach wyszedłem do swojego pokoju. Powiadomiłem o rozmowie z M. swoich przełożonych, bowiem odebrałem jego słowa jako groźbę - mówił B. przed sądem.
Żeby mieć dowód, Leszek B. postanowił nagrać kolegę z pracy, Michała M. Uczynił to tego samego dnia po południu. Zaprosił M. do swojego pokoju i na czas rozmowy włączył ukryty dyktafon. Przed sądem przyznał, że organizując tę drugą rozmowę popełnił wiele błędów. Zachowywał się nerwowo, niepotrzebnie zamknął od środka drzwi swojego pokoju. Zbyt usilnie, jak sam przyznał, starał się naprowadzić rozmowę na temat firmy Stanisława D. Być może dlatego jedyne, co urzędnik skarbowy Michał M. konkretnego powiedział to to, że ekipa, którą może wynająć wpływowy biznesmen z Kadzidła toÉ ekipa prawników. Leszek B. zeznał ponadto przed sądem, że Michał M. w czasie nagrywanej rozmowy był "wstawiony". Dał przy tym do zrozumienia, że nietrzeźwość inspektora M. była normalnym jego stanem w godzinach pracy.
Niezależnie od tego, czy M. był wstawiony i czy słowa przez niego wypowiedziane były groźbami, czy nie, sprawą zainteresowało się Centralne Biuro Śledcze policji powołane do zwalczania zorganizowanej przestępczości.
Taśma z nagraną rozmową wywiadowcy z inspektorem jest jednym z ważniejszych dowodów w procesie. Zanim taśma trafiła do akt sprawy, Leszek B. przesłuchał ją w towarzystwie innego wywiadowcy skarbowego Jacka K. Gdy słuchali nagrania z rozmowy z inspektorem M., przyszedł inny inspektor i koniecznie chciał pójść na wódkę z wywiadowcą K. Wcześniej na wódkę razem nie chodzili, więc K. początkowo się opierał, w końcu przystał na propozycję. W restauracji usłyszał ostrzeżenie, żeby obydwaj uważali, bo coś im obu grozi.
Śledztwo w sprawie gróźb karalnych wobec urzędnika państwowego prowadziło już Centralne Biuro Śledcze.
W 2001 roku obaj wywiadowcy z UKS przyszli do policjantów zajmujących się przestępczością gospodarczą w Komendzie Miejskiej Policji w Ostrołęce, z którymi na co dzień współpracowali. W korytarzu komendy spotkali właściciela firmy windykacyjnej Piotra Ł. Ten rzekł, że ma do Leszka B. pilną sprawę. Umówili się więc na rozmowę w Urzędzie Kontroli Skarbowej w Ostrołęce. Tam Ł. wyznał, że dostał zlecenie na połamanie rąk i spalenie samochodu Leszka B. Pytał, czy B. wie, kto to jest Boryna, bo to właśnie osoba o tym pseudonimie miała zlecić zamach na wywiadowcę skarbowości. Egzekutor Ł. pytany przez wywiadowcę B. miał powiedzieć, że Boryna to właśnie Stanisław D., właściciel firmy z Kadzidła, którą interesowały się służby skarbowe.
Z rozmowy wynikało, że Ł. otrzymał telefon, by stawić się w barze pod Ostrołęką, bo tam miał dostać zlecenie na "robotę". W barze miano mu powiedzieć, że wywiadowca B. męczy przedsiębiorcę D. i że trzeba "prześladowcy" zrobić krzywdę. B. relacjonuje, że Ł. miał dostać za robotę 100-150 tys. zł.
Piotr Ł. miał wycofać się ze zlecenia, ponieważ chodził ze współpracownikiem Leszka B. do jednej klasy. Mówił, że "ze względu na Jacka nie chce tego robić". Ł. stał się więc jednym z ważniejszych świadków w procesie. Ma być przesłuchany na najbliższej rozprawie - w lutym.

Ława teoretycznie niewinnych

Oskarżeni nie przyznają się do winy i odmawiają wyjaśnień przed sądem. Stanisław D. zaprzeczył informacji z akt sprawy, jakoby nosił pseudonim Boryna. Zaatakował też oskarżyciela posiłkowego, że uwziął się na jego rodzinę. Stanisław D. w nieoficjalnych rozmowach uważa się za ofiarę służb skarbowych, które chcą go doprowadzić do ruiny za to, że dobrze idą mu interesy.
Leszek K. również odmawia wyjaśnień, ale złożył przed sądem oświadczenie, że Piotr Ł. (który został wynajęty do zrobienia krzywdy wywiadowcy skarbowemu), usilnie go namawiał, żeby zeznawał przeciwko Stanisławowi D. W zamian za to właściciel baru miał dostać gwarancję, że urząd skarbowy nigdy się do niego nie przyczepi. Propozycja zeznawania przeciw Stanisławowi D. była propozycją nie do odrzucenia. "Jak się nie zgodzisz, będziesz żałował" - miał powiedzieć Ł. Ale Leszek K. nie chciał dać się namówić. Po kilku dniach, w lutym 2001 roku, doszło do napadu z bronią w ręku na jego bar. Jeszcze później drewniany budynek, w którym mieścił się lokal, spłonął doszczętnie. Przyczyną było podpalenie, ale sprawców nie udało się wykryć. Leszek K. uważa, że i napad, i podpalenie mogły mieć związek z tym, że nie chciał zeznawać przeciwko Stanisławowi D.
Oskarżony Michał M. również odmówił składania zeznań przed sądem. W śledztwie natomiast powiedział, że zarzuty mu stawiane to kompletne bzdury. Przyznał natomiast, że zna Stanisława D., to jego kolega, odwiedzają się i telefonują do siebie. Powiedział też w śledztwie, że nigdy nie straszył Leszka B. Ma natomiast swoje zdanie na jego temat i "chce być jak najdalej od niego".
- Leszek - zwrócił się do oskarżyciela posiłkowego - ile lat się znamy? Na jakiej podstawie mogłeś powiedzieć, że ja ci grożę? Oskarżony M. zaprzeczył również, jakoby w czasie krytycznej rozmowy był wstawiony.

Obrona przez atak

Obrońcy oskarżonych podniesionymi głosami próbowali podważyć wiarygodność oskarżyciela posiłkowego. Dopytywali, czy wskutek gróźb pod swoim adresem zaniechał czynności w firmie Stanisława D., czy się ich przestraszył, czy wcześniej kto inny mu groził. Zgodnie z kodeksem karnym groźba jest wtedy karalna, gdy wzbudza uzasadnioną obawę, że zostanie spełniona. Obrońcy pytali, czy oskarżyciel B. leczy się psychicznie. Dowiedzieli się, że tak, ponieważ po zwolnieniu z pracy i wskutek gróźb kierowanych pod swoim adresem B. cierpi na depresję. Obrońcy oskarżonych stwierdzali w treści pytań, że Leszek B., zanim trafił do skarbowości, pracował w Służbie Bezpieczeństwa (tajnej komunistycznej policji politycznej).
Na kolejnej rozprawie ma zostać przeprowadzony dowód z dokumentacji Urzędu Kontroli Skarbowej. Sąd na wniosek obrońców zwrócił się do UKS o udostępnienie dokumentów dotyczących sprawy firmy Stanisława D. Już dziś wiadomo, że część tej dokumentacji stanowi tajemnicę skarbową.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki