Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Zarobić na odpoczynku

Anna Suchcicka
Łazienka z wodą podgrzewaną promieniami słońca u Zbyszyńskich
Łazienka z wodą podgrzewaną promieniami słońca u Zbyszyńskich Fot. A. Suchcicka
Dwie rodziny z Olsztyna postanowiły przeprowadzić się na podprzasnyską wieś, by zająć się agroturystyką. Państwo Romanowie swoją przyszłość wiążą z hodowlą koni, państwo Zbyszyńscy z gastronomią.

Łazienka z wodą podgrzewaną promieniami słońca u Zbyszyńskich
(fot. Fot. A. Suchcicka)

Agroturystka w powiecie przasnyskim nie jest popularna. Gospodarstw tego typu jest zaledwie kilka. Wprawdzie w przasnyskim nie brakuje zacisznych zielonych miejsc, ale brakuje zachęty instytucji i rad doświadczonych osób. Ma to zmienić cykl szkoleń o agroturystyce, które organizuje przasnyskie starostwo. Pierwsze odbyło się w piątek 11 lipca. My postanowiliśmy sprawdzić, jak tworzy się wiejską turystykę nie teoretycznie na sali wykładowej, ale w praktyce - we wsi Fijałkowo w gm. Przasnysz, gdzie od wiosny w dwóch zagrodach trwają intensywne prace porządkowe i budowlane. Państwo Romanowie i Zbyszyńscy, zanim podjęli decyzję o życiu na wsi, zadbali o swoje przygotowanie merytoryczne i jeszcze jako mieszczuchy ukończyli szereg agrosturystycznych kursów i szkoleń. Teraz postawili wszystko na jedno kartę i zdecydowali się oszczędności swojego życia zainwestować w konie, łąki i zaplecze noclegowo-gastronomiczne dla przyszłych gości. Tadeusz Roman wrócił do Fijałkowa na ojcowiznę, a jego olsztyński przyjaciel Marek Zbyszyński kupił po sąsiedzku stare siedlisko. Obydwaj panowie zaczęli przed miesiącem od wielkiego sprzątania. Do pracy zakasały rękawy cale rodziny - w efekcie u Romanów goście już mogą pojeździć na koniach i bryczką, a w zagrodzie Zbyszyńskich obok starej drewnianej chaty wyrosły fundamenty pokoi gościnnych. Rodzina Romanów od pokoleń hoduje konie: pociągowe, rekreacyjne i sportowe. Ale Tadeusz, mimo że rósł w gospodarstwie pełnym koni, znał tylko wynikającego z tego faktu obowiązki. - Jako dziecko miałem dosyć koni, może dlatego, że na wsi nie ma pojęcia czasu wolnego, a rolnicy starszej daty - do których należy także mój ojciec, nie rozumieją, że ktoś po całym dniu pracy może mieć ochotę pojeździć na rowerze, pojechać na basen, pograć w tenisa albo pojeździć konno. W gospodarstwie taty praca nie miała końca, mnie to bardzo zniechęcało - opowiada Tadeusz Roman, który nie wiązał swojego dorosłego życia z końmi. By być jak najdalej od sposobu życia rodziców, najpierw poszedł do szkoły zawodowej na kierunek elektromechanik pojazdów samochodowych, potem skończył technikum i w 1989 r. wyprowadził się do Olsztyna, tam skończył studia na Akademii Rolniczo-Technicznej i zaczął pracować w wydawnictwie jako szef sprzedaży. Tak było do kwietnia. Tadeusz Roman uciekł do miasta, ale nie uciekł od koni. - Któregoś roku pojechałem do Czech i tam poznałem młodych ludzi działających w klubie jeździeckim. Dzięki nim poznałem przyjemność obcowania z końmi, a nie jak w domu, tylko pracę przy koniach - wspomina Tadeusz Roman. Wyjazd do Czech miał także dalsze konsekwencje, Tadeusz zapisał się do olsztyńskiego ośrodka jeździeckiego i ukończył kurs instruktorski. - W moim życiu wszystko jest przez konie, żonę poznałem przez konie, i do Fijałkowa wróciłem przez konie - podkreśla Tadeusz Roman i wyjaśnia, że jego żona pracowała na obecnym Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w katedrze hodowli koni. Gdy miłość do koni dojrzała, Tadeusz zaczął marzyć o hodowli koni sportowych, ale zdaje sobie sprawę, że zanim będzie z tego chleb musi szukać innych dochodów. - Klacz chodzi w ciąży 11 miesięcy, a by sprzedać konia za dobre pieniądze, trzeba go hodować 4-5 lat - oblicza Tadeusz, który na razie postawił na rekreację i hipoterapię. Pierwsi goście już się pojawiają, na razie są to znajomi i znajomi znajomych. - Ten sezon zostawiam na rozruszanie. Wolę trochę poczekać niż ściągać ludzi w nieprzygotowane miejsce - mówi Tadeusz, który wie, że zła opinia szybko się rozchodzi i trudno ją zmienić. Tadeusz wrócił na ojcowiznę także z powodów czysto ekonomicznych: - Chciałem kupić ziemię na Mazurach, jakieś 30-40 km od Olsztyna, ale w tej chwili ziemia tam jest strasznie droga. Za 50 tys. zł nie kupię tam nawet 20 ha gołej ziemi, a te same pieniądze zainwestowane tutaj będą widoczne. Po drugie na Mazurach takich gospodarstw są tysiące, w przasnyskim - kilka. Razem z rodziną Romanów do Fijałkowa przybyli Zbyszyńscy. Marek Zbyszyński, który zostawił w Olsztynie mieszkanie własnościowe i handel, jest z zamiłowania kucharzem. Miłość do gotowania chce połączyć z zarabianiem. - Spędziłem w mieście czterdzieści parę lat, drugie tyle chcę spędzić tutaj - twierdzi Marek Zbyszyński i z wielkim entuzjazmem oprowadza nas po starym siedlisku w Fijałkowie. - Jest już wiata, kibelek, i prysznic na zewnątrz oraz fundamenty pod pokoje - wskazuje. - W tym sezonie nie zdążę już chyba przyjąć gości, bo technologia nie pozwala na tak szybkie stawianie budynków, ale od następnego roku na spragnionych odpoczynku będzie czekać pięć pokoi z łazienkami, sala kominkowa, duże oczko wodne i dobra kuchnia. Czy rodzinie Zbyszyńskich i Romanów uda się pogodzić zainteresowania, marzenia i ekonomię - sprawdzimy za rok.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki