Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Żandarm zastrzelił człowieka

Anna Suchcicka Jacek PawŁowski
Ponad sto osob zebralo się w Przasnyszu w sobotę 7 czerwca w miejscu, gdzie zginął Mirosław Ścięgaj
Ponad sto osob zebralo się w Przasnyszu w sobotę 7 czerwca w miejscu, gdzie zginął Mirosław Ścięgaj Fot. A. Suchcicka
Funkcjonariusz żandarmerii wojskowej z Ciechanowa zastrzelił 25-letniego mieszkańca Przasnysza. Do zdarzenia doszło w nocy z piątku na sobotę 6/7 czerwca. Co do okoliczności tragedii, nie ma jasności - świadkowie twierdzą co innego, policja co innego, a prokurator wojskowy milczy. Śmierć młodego człowieka wywołała poruszenie w Przasnyszu. Zastrzelony w przeszłości popadał w konflikty z prawem, był karany przez sąd. Znajomi i rodzina twierdzą, że ostatnio się ustatkował, a zginął bez powodu.

W piątkowy wieczór 6 czerwca 25-letni Mirosław Ścięgaj wybrał się z kolegami na dyskotekę. W drodze kupili kilka piw i przysiedli na murku przy miejskim rynku. Mirek wyróżniał się z grupy swoją posturą (dwa metry wzrostu, ćwiczył na siłowni) i koszulką z napisem HWDP (skrót ten odczytywany jest jako "h... w d... policji" albo łagodniej: "chcę wstąpić do policji").
Pół godziny po północy obok siedzących na murku przejeżdżał wolno radiowóz. Do tego momentu wersje zdarzeń świadków i policji są podobne. Potem zaczynają się różnić.

Zgasły latarnie

Wersja wydarzeń wg policji, przekazana Polskiej Agencji Prasowej przez rzecznika prasowego mazowieckiej policji komisarza Tadeusza Kaczmarka: "Z powodu awarii zgasły uliczne latarnie. Znajdująca się w pobliżu grupa mężczyzn wszczęła awanturę. Ktoś wezwał policję informując, że kilku mężczyzn wybija szyby w sklepach (objechaliśmy miejskie uliczki wokół rynku, ale wybitych szyb nie dostrzegliśmy - przyp. aut.). Na miejsce przyjechała policja i żandarmeria wojskowa. Na widok radiowozu jeden z mężczyzn zaczął zachowywać się agresywnie. Ignorował wezwania policjantów, by się uspokoił. Gdy policjanci chcieli go zatrzymać, podjął próbę ucieczki i przyjął pozycję atakującą. Wtedy do interwencji przystąpił patrol żandarmerii. W zamieszaniu padł strzał z broni służbowej jednego z funkcjonariuszy żandarmerii. Stało się to w chwili czynnej napaści na funkcjonariusza".
Przasnyska policja potwierdziła, że wskutek interwencji policji i żandarmerii wojskowej został zastrzelony 25-latek. Kapitan Ireneusz Szeląg z Prokuratury Garnizonowej w Warszawie w jednym zdaniu poinformował, że jest prowadzone śledztwo w sprawie zastrzelenia człowieka przez oficera żandarmerii wojskowej z Ciechanowa. W Przasnyszu bowiem nie ma żandarmerii, choć jest jednostka wojskowa.

Napis na koszulce

Z kolegami i znajomymi zastrzelonego rozmawialiśmy w sobotę między 17.30 a 18.30 na ulicy 3 Maja. Dokładnie w miejscu, gdzie leżały zwłoki zastrzelonego Mirosława Ścięgaja, stanęły lampki w kształcie krzyża. Rząd płonących zniczy ustawiono również przy wjeździe na ulicę. Wąską przestrzeń między kamienicami wypełnili ludzie. Przyszło około stu osób.
- Zaczęło się od tego, że była dyskoteka w Parkowej - opowiada 23-letni Dariusz Kuchciński. - Wracaliśmy z dyskoteki i usiedliśmy sobie pod sklepem na murku. Podjechała policja i zaczęła się czepiać Mirka za koszulkę HWDP, którą miał na sobie. Wyszło do niego dwóch policjantów i dwóch żandarmów, później podjechała jeszcze ochrona dyskoteki. No i zaczęli gonić Mirka. Policjant rzucił pałką, po czym wystrzelił bez ostrzeżenia w powietrze.
Kuchciński twierdzi, że nie zachowywali się głośno, siedzieli spokojnie, choć Mirek, który policji nie kochał, bo miał z nią wielokrotnie do czynienia, nie wytrzymał i zademonstrował funkcjonariuszom swój napis na koszulce.
- Mirek uciekł - kontynuuje Kuchciński. - Potem znowu chciał przyjść tam, skąd uciekł, ale złapali go policjanci, okrążyli go razem z żandarmerią. No i już wtedy Mirek podniósł ręce do góry, zatrzymał się i poddał się. Jeden z żołnierzy wtedy podszedł i strzelił mu w tył głowy. Mirek przewrócił się. Chciałem mu pomóc. Mówiłem policji, żeby zadzwonić po pogotowie. Jeden z policjantów powiedział do mnie wtedy, że on ma kaprys i nie będzie dzwonił. Nikt z nas nie mógł do niego podejść, bo cały czas nas odpychano. I ja za to wczoraj znalazłem się na komendzie. Zdaniem policji ja zakłócałem wtedy porządek. A ja tylko krzyczałem, żeby mu pomogli. Jeden z policjantów badał mu puls stopą, butem. Przytknął mu but i sprawdzał czy jeszcze żyje. Mirek nie był święty, to prawda, ale skoro wczoraj nic nie zrobił, to do czegoś takiego w ogóle nie powinno dojść - uważa Kuchciński.
- To było morderstwo - stwierdza kategorycznie Tomasz Jeliński i dopowiada, że policja zawsze była na Mirka cięta, bo Mirek się policji nie bał.
Dariusz Kuchciński twierdzi, że słyszał, jak po strzale żandarma, jeden policjant do drugiego powiedział: "jakby co, to on cię uderzył z głowy". Razem z Kuchcińskim tej nocy zostało zatrzymanych jeszcze trzech młodych mężczyzn - świadków zdarzenia, którzy, jak twierdzi Kuchciński, zakłócali ciszę nocną krzykiem o pomoc.
Świadkowie nie mogą się nadziwić także dalszemu biegowi wypadków. Pogotowie na pokonanie kilku ulic potrzebowało aż pół godziny. Brat zastrzelonego Zdzisław Ścięgaj precyzyjnie dodaje, że lekarz stwierdził zgon o godz. 0.39. Dyżurna pogotowia powiedziała nam, że zgłoszenie od policji dotarło o godz. 0.35 i karetka była na miejscu po 2-3 minutach.
- Przyjechało pogotowie i chyba z 50 policjantów, zabrali kolegów Mirka do suki, a zabitego zostawili samego na ulicy, jak psa - relacjonuje brat, który został powiadomiony o zdarzeniu przez telefon i natychmiast przybiegł na miejsce razem z matką. - Leżał tak chyba ze dwie i pół godziny, dopiero potem przyjechał prokurator, policja, straż...
Na miejscu znalazła się również była żona Mirosława Ścięgaja, Agnieszka Ścibek. Formalnie byli rozwiedzeni, ale jak twierdzi żona, utrzymywali kontakty. Łączyła ich trzyipółletnia córka.
- Wczoraj wieczorem wyszłam z koleżanką na piwo do restauracji Parkowej, gdzie miała być dyskoteka - opowiada Agnieszka Ścibek. - Około północy zgasło światło na tej ulicy. Piętnaście minut wcześniej rozmawiałam przez telefon z mężem, powiedział że jest w drodze do Parkowej i za jakieś piętnaście minut powinien tam być. Nie wpuszczono go jednak do środka, bo na całej ulicy zgasło światło i drzwi do dyskoteki zostały zamknięte. My wyszłyśmy z dyskoteki. Szłyśmy do domu, rozmawiałyśmy z kolegą i w pewnym momencie zobaczyłyśmy, że ktoś biegnie. Był to mój mąż, a za nim biegł policjant i żandarm. Nasz kolega pobiegł za nimi, a ja też poszłam z koleżanką, zobaczyć co się stało. Gdy doszłam po trzech minutach na ulicę 3 Maja, policja nie chciała mnie wpuścić. Jednak przeszłam i podeszłam do niego i spytałam policjanta "co z nim?", policjant wręcz chamskim tonem powiedział mi "no pulsu to on już od dawna nie ma". Byłyśmy tam razem obie cały czas przy nim. Karetka przyjechała po jakiejś półgodzinie. Chyba oni zawiadomili pogotowie, bo gdy pytałam policjanta, gdzie jest karetka, to powiedział mi, że w drodze. Lekarzowi badanie zajęło może dwie sekundy i nie mówiąc nic, pojechał sobie. W tym momencie policja też pojechała. Zostawili go po prostu samego z nami na ulicy. Za jakieś dziesięć minut znowu przyjechała policja z panią prokurator. Zaczęli wyganiać nas stamtąd mówiąc, że szukają łusek. Poszukali może z dziesięć minut, potem przyjechała straż, zmyła krew z jezdni i polała ulicę wodą. Dzisiaj, gdy zajęła się tym prokuratura z Warszawy, przyjechali i szukali od nowa.
Agnieszka Ścibek mówi, że nie wiedziała wówczas w jaki sposób zginął jej były mąż. Dopiero gdy unosiła głowę leżącego na chodniku, stwierdziła, że ma on z tyłu dziurę.
- Jak zadzwoniłyśmy na pogotowie, to pani z pogotowia powiedziała mi przez telefon, że ją to nie interesuje, bo stwierdzono zgon - mówi towarzysząca wówczas Agnieszce Ścibek, Anna Kowalska. - Myśmy zadzwoniły, bo oni odjechali i on leżał tam z nami tak długo, że nie wiedziałyśmy co zrobić. Chciałyśmy, żeby go karetka stamtąd zabrała, a pogotowie powiedziało, że policja się tym zajmuje. Zadzwoniłam więc na policję, a policjant odpowiedział: "proszę w tej sprawie do nas nie dzwonić" i odłożył słuchawkę. Dopiero później przyjechał policjant z panią prokurator.

Głupia śmierć

- Za taką koszulkę policja w Przasnyszu zabija ludzi! - krzyczy i płacze brat zastrzelonego rozpościerając t-shirt z literami HWDP. - Tak, on jest, a raczej był, recydywistą, kryminalistą - brat nie może powstrzymać łez - ale za to co zrobił odsiedział swoje i był obywatelem, jak każdy inny. To najgłupsza śmierć jaką znam, zginał za napis na koszulce. Pogrzeb Mirka, będzie manifestacją przeciwko policji. Każdy z nas będzie miał koszulkę z napisem HWDP. Najwyżej nas powystrzelają - krzyczy Zdzisław Ścięgaj.
Brat twierdzi, że policjanci się na Mirka uwzięli. - Wyszedł z więzienia na warunkowe zwolnienie i osiem miesięcy żył normalnie, ale policja nie mogła przeżyć, że on jest na wolności.
- Oni mu powiedzieli, że na ulicy mu nawet nie wolno splunąć, bo będzie siedział - dopowiada matka.
Matka Mirosława Ścięgaja opowiada nam, że w przeszłości miała poważne kłopoty z wychowaniem syna.
- Moje dzieci miały ojca alkoholika, a ja musiałam pracować, żeby je utrzymać - mówi Jadwiga Ścięgaj. - Wagarował w szkole, ale jak go przypilnowałam, to znowu zaczął chodzić. Pamiętam, że bardzo się zbuntował, gdy nie zdał z czwartej do piątej klasy podstawówki. Wówczas zaczęły się z nim poważne kłopoty. On był wyrośnięty jak na swój wiek i powiedział mi: "mama, ja do przedszkola znowu nie będę chodził". Był znacznie większy od swoich rówieśników, a rok młodsza klasa to były dla niego zupełne dzieci. Wówczas znowu przestał chodzić do szkoły. Zaczął przebywać ze starszymi kolegami, w końcu trafił do pogotowia opiekuńczego w Ostrołęce. Chciał iść do technikum samochodowego, ale trafił do zawodówki. Zaczęły się jakieś włamania, w końcu trafił do poprawczaka. Były z nim kłopoty w młodym wieku, ale nie aż tak by kogoś zabił czy śmiertelnie pobił - mówi matka. - Tego nie było, on miał takie głupie wybryki. Ale teraz od kilku miesięcy był już spokój, nie przychodził pijany do domu, nie przychodził późno, chodził codziennie po dziecko do przedszkola...
Rozemocjonowani ludzie mówią jeden przez drugiego. Chcą nagłośnić sprawę, bo, jak twierdzą, inaczej zostanie jej ukręcony łeb. Zawiadomili o zdarzeniu TVN.
- Jak to się nie zakończy jak trzeba, to będzie drugi Słupsk, jak za Czaję (w 1999 roku, gdy policjant zabił pałką kilkunastoletniego kibica Przemysława Czaję, doszło w Słupsku do kilkudniowych zamieszek - przyp. red.). Nie może tak być, że zginął człowiek, który miał nieodpowiednią koszulkę i pił piwo. Przecież mogli go zatrzymać rano w domu, nie trzeba strzelać - nie mogą się nadziwić koledzy Mirosława Ścięgaja.
W sobotę po południu zgromadzeni ludzie znaleźli na chodniku przy ulicy 3 Maja pocisk z pistoletu. Michał Kubiszewski, który zawiadomił policję o znalezisku uważa, że pocisk ten został wystrzelony w czasie nocnego zajścia.
- Zadzwoniłem na policję i powiedziałem, że w sprawie zdarzenia z nocy znalazłem pocisk. Oddzwoniono zaraz do mnie i policjant pyta z jakiego zdarzenia, więc mówię z jakiego zdarzenia, no to on pyta: "gdzie pan stoi" to ja mówię, że w miejscu zdarzenia na ulicy 3 Maja 10. Policjant na to odpowiedział "aha", czy "uhmm". Podszedł do tego tak obojętnie. Ja zapytałem co mam z tym zrobić, czy kopnąć ten pocisk, czy pójść sobie, to on się obruszył i coś takiego powiedział "słuchaj koleżko" i coś tam dalej, a ja nie jestem dla niego żadnym koleżką! - obrusza się Kubiszewski, którego ubodło zwłaszcza, że policjant go "tykał".
Za kwadrans osiemnasta po pocisk przyjechali policjanci. Jeden z nich nachylił się nad leżącym na chodniku pociskiem.
- No i jak pan myśli, co to jest? Może jakiś kamyk? - nie wytrzymał Kubiszewski.
- Pocisk - odpowiada policjant.
- Pocisk? Pewnie wasz! - powiedział ktoś z tłumu. - Mordercy!
- Kto mordercy? - spytał policjant.
- Wy!
- My? Czego wy od nas chcecie?
- Co my chcemy?! Co wy chcieliście od młodego chłopaka, że go zabiliście?
- Kto przyjmował ode mnie telefon? - znowu pyta Kubiszewski.
- Dyżurny - odpowiada policjant.
- A nazwisko dyżurnego można prosić?
- Woźniak.
- To proszę przekazać panu Woźniakowi, że nie jestem z nim na ty i "koleżko" niech do mnie nie mówi. Może pan przekazać?
- Mogę.
Policjanci postali chwilę nad leżącym na chodniku pociskiem, po czym podnieśli go i odjechali.
- Gołymi łapami go wziął! - oburzają się świadkowie.
W sobotę przed dziewiętnastą, pomstując na policję, ludzie zaczęli się rozchodzić z miejsca dramatu

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki