Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Zaczęło się od topornego składaka

Anna Suchcicka
Jarosław Sadkowski
Jarosław Sadkowski A. Suchcicka
Na początku lat 90. Kross to był maleńki sklep, teraz firma zatrudnia niemal 700 osób, a jej ubiegłoroczny przychód wyniósł 125 milionów złotych.

Kiedy Zbigniew Sosnowski na początku lat 90. otwierał w Przasnyszu maleńki sklep z rowerami, szczytem marzeń miłośników jednośladów był rometowski składak. - Wówczas w Polsce wszystkie towary były bardzo poszukiwane, ale warunki, które proponowali ówcześni polscy producenci rowerów - Romet i Apollo były na tyle korzystne, że w ten biznes warto było wejść - tak wspomina tamte lata Jarosław Sadkowski, współwłaściciel Krossu.
Sklepy Krossu szybko pojawiły się także w innych miastach północno-wschodniej Polski, m.in. w Szczytnie, Płocku, Ostrołęce. Przasnyska firma zawdzięcza swój rozwój modzie na rowery górskie. Dzięki niej chłonność rynku rowerowego wzrosła o 30-40 proc. Oprócz rowerów Rometu i Apolla w sklepach i hurtowniach Krossu, zaczęły się pojawiać tańsze i ładniejsze, ale gorsze jakościowo, rowery importowane. Klienci chętnie je kupowali.
W 1994 roku do sieci sklepów dołączyły hurtownie, a dwa lata później szefowie przasnyskiej firmy doszli do wniosku, że przestaną się rozwijać, jeśli nadal będą tylko pośrednikiem, ograniczonym przez importerów i producentów rowerów.
Wnioski przerodziły się w działanie. Zamiast gotowych rowerów, firma zaczęła importować z Włoch części, które były montowane w Przasnyszu. Na początku linia montażowa mieściła się w małym magazynie, a składaniem zajmowało się czterech zapalonych kolarzy. To właśnie wówczas na polskim rynku pojawił się produkt firmowy Kross, ale marka Kross nie pojawiła się do dziś.
- W pierwszych latach dopiero uczyliśmy się montażu, doboru komponentów i szukaliśmy odpowiednich dostawców - opowiada Sadkowski. - Po roku doświadczeń wprowadziliśmy stałą markę Grand.
Dlaczego Kross kwitł, gdy Romet upadał? Zdaniem Jarosława Sadkowskiego, ówcześni producenci i importerzy za bardzo oddalili się od rynku. Pracowali z hurtowniami, a nie z klientami i bezpośrednie informacje z rynku przestały do nich docierać. Natomiast Kross, który miał swoje własne sklepy, doskonale wiedział czego potrzebują klienci.
Podstawą wyboru asortymentu firmy stały się gwiazdy - rowery, które się najlepiej sprzedawały. Szefowie Krossa, uzbrojeni w wiedzę o gustach swojego klienta, polecieli do Tajwanu, kraju uważanego za kolebkę producentów rowerów. Szybko doszli do wniosku, że z tajwańskich części można zrobić znacznie ciekawsze rowery. Do współpracy zaprosili tajwańską firmę ABC. Firma ta odpowiadała za dostawy, dobór jakościowy i potrafiła zrobić wycenę modelu w dziesięć minut. Ta ostatnia umiejętność była dla polskich biznesmenów niemal szokiem. W Romecie na wycenę modelu trzeba było czekać o wiele dłużej, nieraz kilka miesięcy.
Pierwsze kontenery z Tajwanu dotarły do Przasnysza w styczniu 1996 roku. Na części czekały już linie montażowe kupione we Włoszech i nowy magazyn.
W ten sposób Kross zaczął własną produkcję, ale nie zrezygnował z rowerów od innych dostawców. Dzięki takiej polityce mieli w sprzedaży nawet 600 modeli rowerów. - Wówczas w Polsce gusta były bardzo różne, w Siedlcach sprzedawało się co innego niż w Ostrołęce, a w Przasnyszu co innego niż w Białymstoku - tak tłumaczy tę różnorodność Sadkowski.
Przygoda Krossu z Tajwanem skończyła się, gdy firmy tajwańskie, ze względu na koszty produkcji, zaczęły przenosić swoje fabryki do Chin. Polska firma postanowiła wówczas poszperać głębiej w Azji. Zaczęły się wyjazdy do Chin, Japonii, Singapuru, Indii... I tak to wygląda do dziś. Gros importu nadal pochodzi z Dalekiego Wschodu. Polskie jest tylko ogumienie i siodełka oraz produkowane przez Kross ramy i obręcze.
Walka o polski rynek zaczęła się od zatrudnienia czterech handlowców. Każdy z nich codziennie ruszał do pracy samochodem, wypełnionym po brzegi rowerami. Każdy z handlowców miał narzucone cele sprzedaży w poszczególnych regionach i na tych regionach wojował. - Od początku chcieliśmy docierać z produktem bezpośrednio do sklepów, pomijając hurtownie i różnego rodzaju pośredników - wspomina Sadkowski. - Oczywiście czasem trzeba było iść na układy, bo na jakimś obszarze był tak silny dystrybutor, że lepiej było na początku zacząć z nim handlować, a dopiero z czasem nawiązywać bezpośrednie kontakty z poszczególnymi sklepami.
Dziś rowery z Przasnysza kupują Holendrzy, Anglicy, Szwedzi, Niemcy, w tym roku umowy eksportowe opiewają na 240 tys. sztuk. W 2005 roku firma chce sprzedawać milion rowerów (obecnie 650 tys.).
- Mamy dosyć wysokie zakusy i duży zapał, a zainteresowanie ze strony klientów z zagranicy wciąż rośnie - przyznaje Sadkowski i podkreśla, że w czasach, gdy produkcja w Chinach staje się mało elastyczna, a klient kapryśny, duży dobry producent, spełniający wszystkie wymogi unijne, będący na miejscu, od którego można wszystko kupić w ciągu dwóch tygodni, jest wygodniejszym dostawcą.
Ponadto szefowie Krossu doskonale wiedzą, że każdy kraj ma innego klienta, że w Anglii bardzo dobrze sprzedaje się rower różowy, w Niemczech i Francji - biały, w Niemczech - duże masywne rowery, we Francji i Anglii - górale, w Anglii - składak, a wyłącznie w Holandii - damka holenderska wyglądająca jakby została wyprodukowana 50 lat temu.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki