Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Wystrzeliła Flinta na koniec lata

(mm)
Na koncert do Ostoi przyszło dwa tysiące ludzi
Na koncert do Ostoi przyszło dwa tysiące ludzi A. Wołosz
Koncert Eweliny Flinty i jej zespołu zakończył letni sezon w ostrołęckiej i kurpiowskiej karczmie Ostoja. Finalistkę pierwszej edycji "Idola" przyszło zobaczyć i usłyszeć na żywo około dwóch tysięcy ostrołęczan. Tak licznej publiczności na biletowanej imprezie w Ostoi nie przyciągnęła dotąd żadna z muzycznych gwiazd. Ile osób piosenek słuchało za płotem trudno policzyć, ale zapewne niewiele mniej niż na ogrodzonym placu przed plenerową sceną.

- Tylu ludzi tam idzie, jakby Michael Jackson przyjechał - usłyszeliśmy od kierowcy jednej z taksówek podążających w stronę placu, na którym miał odbyć się koncert. Rzeczywiście około 19.00 w stronę nowego mostu zewsząd szły grupy młodzieży i właściwie tylko w tę jedną stronę kursowały taksówki.
- Ciekawe jak będzie ubrana i czy zaśpiewa na żywo? - zastanawiała się przed bramką przy której można było jeszcze kupić bilet Karina Gąsiewicz, gimnazjalistka.
W ręce trzymała zeszyt, w którym miała nadzieję, że artystka złoży swój podpis.
- Nie kupiłam sobie płyty, bo jest za droga, ale moje ulubione piosenki "Goniąc za cieniem", "Żałuję" "Przeznaczenie" kolega ściągnął dla mnie z Internetu.
Zajmowanie miejsc jak najbliżej sceny zaczęło się od razu po otrzymaniu od ochroniarza stempelka na ręku. O dziwo, w pierwszych rzędach, zazwyczaj zajetych przez najgorętszych fanów, stanęły wcale nie kolejne wcielenia dzieci kwiatów, czy chociażby rockmeni (gatunki, w których Ewelina się porusza), ale młodzieńcy witający się "yo" - w spodniach z mocno opuszczonym krokiem i smyczami na szyjach.
Ci nieco starsi, bądź stateczniejsi ostrołęczanie, nastawieni na fonię, nie wizję, zajęli miejsca przy stołach pod strzechą w maneżu.
Zanim Flinta dotarła do Ostrołęki, publiczność rozgrzewały Kamienne Ogrody z Makowa. Tym, którzy poczuli niedosyt ich mocnego grania (występ trwał około pół godziny) Mariusz Kleczkowski, właściciel karczmy, obiecuje dłuższy koncert.
Instalacja zespołu Flinty trwała wyjątkowo krótko, co niestety jest rzadkością na wielu miejskich koncertach. Dzięki temu pełniący obowiązki konferansjera Mariusz Kubeł nie musiał opowiadać o swoim pękniętym sandale, jak rok temu niejaki Frank (przed koncertem O.N.A. na stadionie).
- Ewelina, Ewelina! - piszcząc wywoływały wokalistkę z samochodu na scenę nastolatki. Kiedy Flinta już się na niej pojawiła, została na prawie dwie godziny. Występ zaczęła i zakończyła tym samym utworem - "Goniąc za cieniem". Po trzech kawałkach figla spłatało przywiezione aż z Opola nagłośnienie.
- I co? Pewnie chcecie, żebym zaczęła opowiadać kawały? - Ewelina zagaiła rozmowę z publicznością. - Nic z tego, mam w zespole samych facetów i dlatego znam same świńskie dowcipy - usprawiedliwiła się córka organisty z Jasienia.
- Cieszę się, że przyszło was tu aż tyle, zwłaszcza, że wstęp jest płatny - wykorzystała za to przerwę na podziękowania.
Oprócz piosenek z pierwszej indywidualnej płyty "Przeznaczenie" Ewelina zaśpiewała kilka starych sprawdzonych przebojów - m.in. Tiny Turner i Allanah Myles i, co tu kryć, właśnie w tych, wykonanych z niesamowitym pazurem, można było usłyszeć siłę i możliwości głosu. Nietrudno się więc domyślić, że jej własna płyta jest dużym kompromisem z wydawcą - BMG, co w rozmowie z nami Flinta przyznaje, chociaż dość ostrożnie.
Po koncercie, zakończonym trzema piosenkami na bis, gwiazda i towarzyszący jej zespół posilali się w karczmie regionalnymi przysmakami. Między jedną a drugą łyżką żurku dawała autografy i fotografowała się ze swoimi fanami.
Dzień po koncercie Mariusz Kleczkowski zdradził nam, że Ewelinie Flincie bardzo przypadła do gustu ostrołęcka publiczność, zwłaszcza jej żywiołowość. Niezależnie od podziwu dla żywiołowości ostrołęczan, wykonawcy zainkasowali honorarium w wysokości 8 tys. zł.

Rozmowa z Eweliną Flintą
Jestem wciąż tą samą dziewczyną

Twoja płyta "Przeznaczenie" jest jednym z najlepiej sprzedających się obecnie wydawnictw fonograficznych w Polsce. Na ile jest Twoim pomysłem a na ile kompromisem z wydawcą - BMG?
- Ta płyta jest na pewno moja, dlatego, że przede wszystkim brzmi rockowo. Wiem oczywiście, że krążą na jej temat różne opinie, ale przyznam szczerze - nie specjalnie mnie to w tej chwili interesuje. Bardzo się z niej cieszę, zwłaszcza, że udało mi się przemycić na niej kilka rzeczy, które lubię. Faktem jest, że wszyscy muzycy nagrywający w "wielkiej piątce", czyli największych firmach fonograficznych godzą się na pewne kompromisy, nawet największe gwiazdy. Muzyk, artysta podchodzi do wytworu swojej pracy inaczej, niż wydawca, dla którego to produkt, na którym zarabia się pieniądze. Nie jest to dla mnie nic bardzo dziwnego i szokującego, bo miałam i mam świadomość, że te firmy istnieją po to, żeby zarabiać pieniądze na sprzedawaniu płyt.
Nie masz już dość etykietki z napisem "Ewelina Flinta z Idola"?
- Mam, ale na szczęście to już powoli coraz bardziej się zaciera. Jestem wciąż tą samą dziewczyną, z sześciotysięcznego miasteczka. Nabrałam jednak jeszcze więcej pewności siebie, ale w zdrowym tego słowa znaczeniu. Staram się jak najlepiej wykorzystać czas, kiedy tyle osób interesuje się tym co robię, gramy wiele koncertów. To wszystko mnie bardzo podbudowuje i sprawia, że naprawdę chcę śpiewać i nigdy z tego nie rezygnować.
Czy ktoś uczył Cię jak poruszać się w szołbizie?
- Nie, ale szybko poznałam główną zasadę - będziesz twardym, albo miej twardy tyłek. Szołbiznes to naprawdę dobra szkoła życia.
Jak traktują Cię starzy wyjadacze sceny, nie docinają, że jesteś gwiazdą z castingu?
- Rzeczywiście niektórzy tak mówią. Wydaje mi się jednak, że takie ocenianie mnie jest bardzo krzywdzące. W tej chwili coraz trudniej jest się przedrzeć na rynku. Tym, którzy zaczynali karierę dwadzieścia, trzydzieści lat temu, było znacznie łatwiej. Zupełnie inaczej wyglądał rynek muzyczny, nie trzeba było na nim szukać miejsca dla rocka. Poza tym ceniło się to, co ktoś potrafi, a nie jakie ma znajomości.
RozmawiaŁa Magdalena Mrozek

Jestem wciąż tą samą dziewczyną

Ewelina Flinta, finalistka I edycji "Idola", wystąpiła w Ostrołęce 6 września

(fot. A. Wołosz)

Rozmowa z Eweliną Flintą

Twoja płyta "Przeznaczenie" jest jednym z najlepiej sprzedających się obecnie wydawnictw fonograficznych w Polsce. Na ile jest Twoim pomysłem a na ile kompromisem z wydawcą - BMG?
- Ta płyta jest na pewno moja, dlatego, że przede wszystkim brzmi rockowo. Wiem oczywiście, że krążą na jej temat różne opinie, ale przyznam szczerze - nie specjalnie mnie to w tej chwili interesuje. Bardzo się z niej cieszę, zwłaszcza, że udało mi się przemycić na niej kilka rzeczy, które lubię. Faktem jest, że wszyscy muzycy nagrywający w "wielkiej piątce", czyli największych firmach fonograficznych godzą się na pewne kompromisy, nawet największe gwiazdy. Muzyk, artysta podchodzi do wytworu swojej pracy inaczej, niż wydawca, dla którego to produkt, na którym zarabia się pieniądze. Nie jest to dla mnie nic bardzo dziwnego i szokującego, bo miałam i mam świadomość, że te firmy istnieją po to, żeby zarabiać pieniądze na sprzedawaniu płyt.
Nie masz już dość etykietki z napisem "Ewelina Flinta z Idola"?
- Mam, ale na szczęście to już powoli coraz bardziej się zaciera. Jestem wciąż tą samą dziewczyną, z sześciotysięcznego miasteczka. Nabrałam jednak jeszcze więcej pewności siebie, ale w zdrowym tego słowa znaczeniu. Staram się jak najlepiej wykorzystać czas, kiedy tyle osób interesuje się tym co robię, gramy wiele koncertów. To wszystko mnie bardzo podbudowuje i sprawia, że naprawdę chcę śpiewać i nigdy z tego nie rezygnować.
Czy ktoś uczył Cię jak poruszać się w szołbizie?
- Nie, ale szybko poznałam główną zasadę - będziesz twardym, albo miej twardy tyłek. Szołbiznes to naprawdę dobra szkoła życia.
Jak traktują Cię starzy wyjadacze sceny, nie docinają, że jesteś gwiazdą z castingu?
- Rzeczywiście niektórzy tak mówią. Wydaje mi się jednak, że takie ocenianie mnie jest bardzo krzywdzące. W tej chwili coraz trudniej jest się przedrzeć na rynku. Tym, którzy zaczynali karierę dwadzieścia, trzydzieści lat temu, było znacznie łatwiej. Zupełnie inaczej wyglądał rynek muzyczny, nie trzeba było na nim szukać miejsca dla rocka. Poza tym ceniło się to, co ktoś potrafi, a nie jakie ma znajomości.

Rozmawiała Magdalena Mrozek

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki