MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Wyrok źle dogadany

Mieczysław Bubrzycki
Sprawca śmiertelnego wypadku drogowego dobrowolnie poddał się karze i otrzymał łagodny wyrok. Ojciec zabitego w wypadku kierowcy nie może pogodzić się z takim obrotem sprawy.

W piątek 4 października 2002 roku około godziny 19.00 kierowca ciągnika siodłowego scania z naczepą wyładowaną tekturą wyjechał z ulicy Zawadzkiego w Ostrołęce i skierował się w stronę stacji kolejowej. 47-letni Paweł K. jest kierowcą od prawie 30 lat. Ma więc duże doświadczenie. Mimo to łuk ulicy Ostrowskiej, na wysokości proszkowni mleka, pokonywał z dużą prędkością. Sam później mówił, że mógł mieć na liczniku z 70 kilometrów na godzinę. Prędkość mogła być jednak większa, a nawierzchnia była śliska, bo siąpił deszcz.
W stronę Ostrołęki starym audi jechał 19-letni Krzysztof P. z podostrołęckich Ław. Nagle scania podążająca z dużą prędkością z naprzeciwka zjechała na lewy pas ruchu. Skutki czołowego zderzenia dużej scanii z osobowym audi były koszmarne. Audi złożyło się niczym harmonijka, kierowca nie miał żadnych szans na przeżycie. Strażacy wyciągnęli jego zakrwawione ciało przy pomocy specjalistycznego sprzętu. Przybyły lekarz stwierdził zgon.

Ucieczka po wypadku

Kierowcy scanii nic się nie stało. Tak dalece nic, że nawet pierwsza osoba, która dotarła na miejsce wypadku z pobliskiego komisu samochodowego, nie zdołała go zobaczyć. Paweł K. znikł jak kamfora pozostawiając samochód, który zatrzymał się na przydrożnym drzewie. Nie było go także w domu. Zgłosił się na policję w 27 godzin później.
- Nie wiem, co się ze mną stało - wyjaśnił. - Pamiętam, jak zarzuciło mnie na lewą stronę, ja skontrowałem, ale zaraz usłyszałem straszny huk. Potem już nic nie pamiętam.
Szczegóły swej niepamięci Paweł K. ujawnił podczas przesłuchania w prokuraturze. Stwierdził, że odzyskał pamięć w lesie w Susku, z lasu dotarł w okolice oczyszczalni ścieków w Troszynie (gdzie Paweł K. mieszka), przesiedział tam cały dzień ("Wstydziłem się rodziny" - powiedział), ale wieczorem poszedł do domu, umył się, zjadł i o trzeciej nad ranem pojechał na komendę policji w Ostrołęce. Rutynowe badanie krwi wykonane alkotestem wykazało 0 promila alkoholu. Paweł K. był absolutnie trzeźwy.
Czy był trzeźwy, gdy prowadzona przez niego scania skosiła osobowe audi z 19-letnim chłopakiem w środku? "Tego dnia nic nie piłem" - wyjaśnił podczas przesłuchania. Później nieco zmienił zdanie mówiąc, że na siedem godzin przed wypadkiem wypił kufel piwa w barze w Troszynie. "Ale zaraz potem zjadłem obiad" - dodał.
Paweł K. przyznał się do spowodowania wypadku drogowego, ale twierdził, że był trzeźwy. Doświadczeni policjanci znają wielu takich, którzy uciekają z miejsca wypadku - często o niezbyt groźnych skutkach - zgłaszają się po dobie albo dwóch na policję i tłumaczą, że mieli amnezję. Doświadczeni policjanci wiedzą, że to nieprawda. Niemal zawsze w grę wchodzi alkohol. Z miejsca wypadku uciekają prawie zawsze nietrzeźwi kierowcy.
- Oczywiście, że musiał być pijany - twierdzi Henryk P., ojciec zmarłego Krzysztofa. - Kto po trzeźwemu jedzie jak wariat, a na dodatek najpierw próbuje uciekać samochodem, ale dopiero, jak samochód zarył się w ziemię i uderzył w drzewo, pozostawia go i ucieka na piechotę?

Dochodzenie i proces

Henryk P. jest święcie przekonany, że tak właśnie było. Przeprowadzone w tej sprawie dochodzenie nie wyjaśniło jednak nawet tego, jak szybko jechała scania. Prędkościomierz był uszkodzony, a biegły nie potrafił na śliskiej jezdni odtworzyć śladów po hamowaniu. Dochodzenie nie potwierdziło też tezy, którą stawia Henryk P, że Paweł K. chciał najpierw uciec samochodem. Teoretycznie było to możliwe. Nie zdołano jednak znaleźć ani jednego świadka, który widziałby przebieg samego wypadku, a także to, co działo się w pierwszych minutach po wypadku.
12 lutego Paweł K., doprowadzony z aresztu śledczego, zasiada na ławie oskarżonych w Sądzie Rejonowym w Ostrołęce. Nie pierwszy raz występuje w tej roli. W lipcu 2001 roku Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia skazał go za kradzież z rozbojem na dwa lata pozbawienia wolności z zawieszeniem na trzy lata.
Przyzwyczailiśmy się, że rozprawy sądowe trwają bardzo długo. Ta przeciwko Pawłowi K. była bardzo krótka. Oskarżony wyraża chęć dobrowolnego poddania się karze, co od niedawna jest możliwe, jeśli jego adwokat dogada się z prokuratorem i efekt tego ustalenia zaakceptuje sąd. W tym przypadku trzeba było się też dogadać z ojcem zmarłego Krzysztofa P., który występował w charakterze oskarżyciela posiłkowego.
- Zgodziłem się na ten wyrok, bo adwokat, którego wynająłem, tak mi namieszał w głowie, że zupełnie zgłupiałem - twierdzi Henryk P. - Jak wyszliśmy na korytarz, to adwokat prawie krzyczał na mnie, mówił, że to najlepsze rozwiązanie i trzeba się na nie zgodzić.
Zgodnie z ustaleniami stron, Paweł K. skazany został na 3 lata pozbawienia wolności, zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych na 4 lata oraz 3500 zł nawiązki na rzecz pewnej fundacji. Sąd uchylił także areszt tymczasowy wobec Pawła K., który jeszcze przed wypadkiem wpadł w tarapaty finansowe i teraz miał szansę się z nich wykaraskać.

Apelacja z zaskoczenia

Henryk P. ochłonął zaraz po rozprawie. "Przecież 3 lata za zabicie syna to śmieszny wyrok" - pomyślał i zwrócił się do sądu o dostarczenie mu uzasadnienia wyroku. Wpierw odwiedził redakcję z pytaniem, co ma robić. Gdy miał już uzasadnienie wyroku, przy pomocy adwokata z Warszawy (temu z Ostrołęki podziękował) napisał apelację, w której zarzucił wyrokowi rażącą łagodność i zażądał: podwyższenia kary do 8 lat pozbawienia wolności, podwyższenia zakazu prowadzenia pojazdów do 10 lat oraz orzeczenia od oskarżonego odszkodowania w kwocie 20 tys. zł lub możliwie najwyższej nawiązki.
Sąd Okręgowy w Ostrołęce rozpatrzył apelację 14 maja. Paweł K. przyszedł na rozprawę bez adwokata i bez towarzystwa policjantów (bo wciąż był na wolności), bez adwokata był także Henryk P. Sąd wysłuchał stron i po naradzie utrzymał zaskarżony wyrok w mocy. "Sugestie apelującego, jakoby oskarżony zbiegł, gdyż pojazd prowadził pod wpływem alkoholu, są czystymi, gołosłownymi spekulacjami" - stwierdził sąd w uzasadnieniu. "Wymierzona oskarżonemu kara, choć łagodna, to nie nosi cech rażącej łagodności" - to kolejne zdanie z uzasadnienia, w którym wyjaśniono też ojcu ofiary wypadku, że mógł się zwrócić do sądu o odszkodowanie, ale musiał to zrobić jeszcze przed zamknięciem przewodu sądowego. Nie zrobił tego, więc teraz pozostaje mu tylko powództwo cywilne. Sąd nie ustosunkował się do zarzutów dotyczących adwokata, który - jeśli już został wynajęty - powinien dbać o interesy klienta.
Wyrok jest już prawomocny. Jak powiedział nam praktykujący sędzia, w sytuacji dobrowolnego poddania się karze nie ma praktycznie szans na zmianę wyroku w apelacji.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki