Wykup, oblewka i zsiadłe mięso. Wielkanoc na Kurpiach

Anna Wołosz
Anna Wołosz
Przed Wielkim Tygodniem gospodynie bieliły ściany. Potem zaczynało się wynoszenie pierzyn do wietrzenia i wycinanie ozdób. Biło się świniaka, piekło mnóstwo placka drożdżowego oraz robiło piwo z jałowca. O zwyczajach na Kurpiach opowiada Maria Chrostek z Tatar.

Pętko kiełbasy, dzisiaj do kupienia w sklepach jako „wielkanocne”? Skąd, mało kogo było na nie stać. Oczywiście, w końcówce postu biło się świniaka, ale do domu trafiała najwyżej ćwiartka żywca. Częściej: pół ćwiartki. Resztę dawało się sąsiadom, którzy podczas świniobicia u siebie rewanżowali się tym samym. W ten sposób w czasach bez lodówek mięso nie zdążyło się zepsuć. Co zatem lądowało w koszach, przygotowanych do poświęcenia przez księdza w Wielką Sobotę? Kaszanka. Była najpopularniejszą wędliną i przypominała wyglądem kiełbasę.

Gospodynie zdejmowały bieliznę pościelową, prały i suszyły, żeby zaraz z powrotem oblec, bo na zmianę mało kto miał. Zatem organizowały wielkie pranie. To zupełnie inne wydarzenie, niż dzisiejsze otworzenie drzwiczek pralki i wsypanie detergentu.
Zaczynały od wybrania popiołu z kuchni i zagotowania wody.
– Nie było proszków, mydła też nie za dużo, więc robiło się ług z popiołu. Jak już się prało bieliznę, to i serwety, ręczniki, koszule i inne rzeczy. Potem trzeba było wyprasować, ale nie żelazkiem, tylko na wałku. Żelazka dopiero później kupowali, takie na węgiel. Jak na nie uważać trzeba było! Jeśli węgiel upadł na koszulę, to i po koszuli – mówi pani Maria.

Kurpie mieli zwyczaj, który odróżniał ich od sąsiadów. Przed malowaniem ścian zrywali z nich to, co rok wcześniej nakleili: wycinanki. Gdy ściany wyschły, zaczynało się klejenie nowych ozdób. Kolorowe wycinanki przyklejano do ścian na klej, zrobiony z mąki, koniecznie pytlowej (razowa nie trzymała). Białe, duże, służyły jako firanki w oknach i ozdoba „świętego kąta”.

Okres świąteczny poprzedzał post. Na ile surowo go przestrzegano, to już zależało od domu.
– Nakroili cebuli, zalali olejem lnianym i tak jedli do chleba – mówi pani Maria. – Olejem polewali też ziemniaki i kapustę. W kwietną niedzielę (palmową) jadało się żur na maślance.

Na święta gospodynie piekły drożdżaka, z 10 kg mąki. I tak znikał w ciągu kilku dni. Mąkę mełło się w młynie w Todzi, u Ludwika Mierzejewskiego. Ponieważ w okolicy był tylko jeszcze jeden młyn, w Czarnotrzewie, na swoją kolej gospodarz czekał nawet trzy dni. Kolejna potrawa to piwo jałowcowe. Na stole lądowało też „zsiadłe mięso”, czyli galareta z głowy i nóg świńskich. Jajek gotowało się dużo, część kolorowanych: albo zdobionych woskiem albo skrobanych. One miały też inną, niż spożywcza, funkcję.
– Jajka były na wykup. Chrześniacy dawali je chrzestnym a panny miały przygotowane na drugi dzień świąt: trzy jajka, razem z glonkiem chleba i glonkiem placka. Dawały je, gdy chłopcy chodzili z oblewką.

Na rezurekcję obowiązkowo szły panny, ubrane w najlepsze stroje. To one nosiły obrazy w procesji. Obrazów w Kadzidle było mnóstwo, bo każda wieś taki fundowała. Tatary miały nawet dwa. W niedzielę do kościoła udawali się wszyscy. Potem zaczynał się wyścig, bo kto pierwszy dotarł do domu, temu zboże obrodziło. Zwyczajem było robienie psikusów. Najczęściej chłopcy zachlapywali szyby w oknach mokrym popiołem.
– Ludzie się trzymali razem, inaczej, niż teraz. Byli sobie potrzebni – kończy gospodyni.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie