MKTG SR - pasek na kartach artykułów

We Włoszech wołają ją Alisze

Anna Suchcicka
Mają około pięćdziesiątki, zostawiły w Polsce mężów, dzieci, domy i wyjechały do Włoch, by zarobić, opiekując się starymi ludźmi. Jest wśród nich także Alina z Przasnysza.

- Mnie już nic nie czeka - mówiła nam jesienią zeszłego roku Alina. 52-letnia wdowa, matka dwóch dorosłych synów, kobieta bez dochodów, znajdująca się na skraju depresji. Wówczas każdy dzień Aliny zaczynał się i kończył przy oknie, a polegał na podglądaniu życia innych. Życie Aliny odmienił telefon od sąsiadki.
Alina od 25 lat mieszka w jednym z szarych bloków w Przasnyszu. Kilkanaście lat temu została wdową z dwójką małych dzieci. Dzieci rosły, ale Alina nie szukała pracy, bo co miesiąc listonosz przynosił dosyć wysoką rentę rodzinną.
Pieniądze skończyły się wraz ze studiami młodszego syna. Alina, gdy została bez środków do życia, miała 49 lat. Przez jakiś czas rozglądała się za pracą, ale szybko zrezygnowała z poszukiwań. Przestała też wierzyć w przyszłość.
- Co mnie może jeszcze czekać? - pytała nas kilka miesięcy temu. - Mam 52 lata i na wszystko jest już za późno. Jak mam się rozwijać zawodowo, gdy nigdy nigdzie nie pracowałam? Kto przyjmie leciwą kobietę ze średnim wykształceniem, bez żadnych zawodowych doświadczeń? Przecież w tych czasach, to nawet żeby zostać sprzątaczką, trzeba mieć znajomości.
Po artykule w "Tygodniku" życie Aliny zaczęło się zmienić. Kobieta, która niemal całe życie spędziła w Przasnyszu, nigdy nie była nad Bałtykiem ani w polskich górach - wyrobiła sobie paszport, pożyczyła od rodziny pieniądze na bilet i wyjechała.

W gnieździe os

- Kilka miesięcy temu zbierałam po wszystkich kątach grosiaki, by było na chleb, a teraz, proszę, w portfelu noszę euro - śmieje się Alina i wspomina, że kiedyś Cyganka wywróżyła jej podróże na stare lata. Alina właśnie wróciła z Włoch. W kieszeni ma zwitek euro a w głowie plany związane z remontem domu. Pełny mieszek okazał się doskonałym środkiem upiększającym i lekarstwem na depresję. Teraz Alina ma na sobie nowe, czyste ubranie, a siwiznę schowała pod farbą - kobieta wyraźnie odmłodniała i nabrała chęci do życia.
Nowe życie zaczęło się od telefonu. W grudniu do Aliny zadzwoniła Anna, sąsiadka z bloku, która od lat co trzy miesiące kursuje między Polską o Florencją, wymieniając się ze swoją zmienniczką. W ten sposób korzystając z wizy turystycznej, która pozwala przebywać we Włoszech trzy miesiące, pracują we Włoszech, opiekując się starszym małżeństwem. Tym razem Anna rozchorowała się i nie mogła wyjechać. A że bała się "pożyczyć" swoją pracę komuś obcemu, pomyślała o Alinie. Alina potraktowała ową propozycję jak wygrany los na loterii. Przez kilka dni załatwiła pieniądze, dokumenty i spakowała najpotrzebniejsze rzeczy. I tak Nowy Rok Alina spędziła w autokarze.
- Cały czas siedzi się jak na szpilkach i myśli, żeby dobrze dojechać i w odpowiednim momencie wysiąść. Jedzie się, patrzy w okno i myśli, co też na człowieka czeka - tak Alina pamięta podróż.
Niespodzianek nie było. We Florencji na Alinę czekał samochód, a w nim Luciano - włoski pracodawca i Mieczysława (we Włoszech Mikaella) - polska zmienniczka. Przez kilka dni Mieczysława wprowadzała Alinę w tajniki prowadzenia włoskiego domu.
- Już wcześniej mówili mi, co mnie tam czeka i jak się zachowywać, ale czyjaś opowieść a rzeczywistość to dwie sprawy. Trzeba samemu wszystko zobaczyć - twierdzi Alina. - Na początku czułam się, jakbym nagle znalazła się w gnieździe os, wszystko brzęczało, a najbardziej włoska mowa. Tak można sobie wyobrazić dom wariatów, nic nie rozumiesz, nie wiesz, czego od ciebie chcą i na co możesz sobie pozwolić.

Narodziny Alisze

Alina trafiła do kilkutysięcznego miasteczka nieopodal Florencji. Zamieszkała tam w szarej piętrówce z podwórkiem wysypanym grysem. Po kilku dniach Mieczysława wyjechała do Polski i Alina zaczęła samodzielnie opiekować się dwójką 80-letnich Włochów: sparaliżowaną Sarą i schorowanym Luciano.
Na początku do Aliny mówiono Nowa. Tak też ją przedstawiano. A Nowa chodziła z karteczką i zapisywała sobie do czego służy, który garnek i co się w nim gotuje.
- Pierwszy tydzień spędziłam jak w transie. Byłam zdenerwowana, bałam się, że będą o mnie źle mówić, że będą na mnie źle patrzeć. Czasem byłam tak skołowana, że nie wiedziałam, jak odkręcić kran - wspomina.
Obawy Aliny okazały się niesłuszne. Członkowie włoskiej rodziny okazywali jej życzliwość i cierpliwie wyjaśniali na migi co i kiedy powinna robić. Ale trwało to tylko dwa tygodnie, po tym okresie Nowa została przemianowana na Alisze i wszyscy zaczęli mówić do niej wyłącznie po włosku, nie dopuszczając możliwości, że Alisze nie rozumie.
- Można powiedzieć, że rzucili mnie na głęboką wodę - opowiada. - Ale dzięki temu szybko zaczęłam łapać słówka, potrzeba okazała się dobrym nauczycielem. Gdy kilka razy usłyszałam jakieś słowo, biegłam do słowniczka i słowo od razu wpisywało się w moją pamięć. Puste czytanie rozmówek czy słowniczka zupełnie do mnie nie trafiało.
Alina miała się opiekować starszymi ludźmi, ale jasno określone zostały tylko godziny posiłków i przyjmowania leków: godz. 7.00 - śniadanie, 12.00 - obiad, 15.00 - podwieczorek, 19.00 - kolacja. Wyjaśniono jej, że dziadek ma dietę bezglutenową a babcia musi jeść same papki.
- Moje włoskie obowiązki były podobne do pracy polskiej gospodyni: pranie, sprzątanie, gotowanie, prasowanie, zakupy, zmywanie. Jak obcięłam dziadkowi i babci włosy, to sąsiedzi nie mogli się nadziwić i nachwalić - opowiada Alina. - Oni uważają, że każdy powinien wykonywać tylko to, co do niego należy. Obcinaniem włosów powinni zajmować się więc wyłącznie zawodowi fryzjerzy a szyciem - krawcy.

Ceny wołowego

Pierwszy raz na zwiedzanie miasteczka Alina wyszła z Mieczysławą, która pokazała jej, gdzie jest sklep, poczta, apteka. Wyjaśniła jak robić zakupy i telefonować do Polski. Wprowadzanie w nowe obowiązki trwało pięć dni.
- Moja przewodniczka wprowadziła mnie w moje nowe życie solidnie. Nie wiem, co byłoby, gdybym miała wejść w to wszystko z marszu - twierdzi Alina.
W niedzielę Polki zjeżdżały się do polskiego kościoła w Arezzo. Mieczysława zawiozła tam Alinę, pokazała kościół, tanie sklepy i zapoznała z kilkoma rodaczkami.
- Z samej Ostrołęki poznałem tam sześć Polek i jedną z Ostrowi, ale najwięcej było Polek z południa Polski - liczy Alina i opowiada, że bardzo trudno było czegokolwiek dowiedzieć się we Włoszech o Polsce. - W telewizji same włoskie filmy i wiadomości lokalne. Lansują tam tylko swoje zespoły i programy - dziwi się Alina, która w polskiej telewizji rzadko ogląda polskie filmy. We Włoszech jedynym źródłem informacji o kraju były inne Polki. Ale Alina rzadko jeździła do polskiego kościoła.
- Byłam tylko dwa razy w Arezzo, ale to było zupełnie bez sensu. Sklepy są pozamykane od 13.00 do 16.00, bo jest sjesta. Nie pochodziłam po sklepach, żeby nawet je zwiedzać. Zresztą na jeżdżenie trzeba mieć pieniądze, a tam bilet do najbliższego miasta kosztuje 1,5 euro - opowiada. Najczęściej Alina zwiedzała pobliski supermarket i porównywała ceny produktów spożywczych w Polsce i we Włoszech. Ustaliła, że ceny są niemal identyczne, tylko znacznie droższa od schabu jest wołowina, kosztuje 18 euro za kilogram.

Plotki i sjesta

Najdziwniejszym włoskim obyczajem dla Aliny była sjesta. W południe miasta i miasteczka zamierały, zamykano sklepy i zakłady pracy. Wszyscy ruszali na obiad, który traktowano jak rodzinne święto.
- A jak na obiad nie ma makaronu, to Włoch jest smutny - żartuje Alina i nie może się nadziwić, że Włosi potrafią siedzieć przy stole i ze trzy godziny. Przez ten cały czas jedzą, a na koniec piją swoje maleńkie, esencjonalne kawy. Włosi z kolei nie mogli się nadziwić kawie parzonej po turecku, którą piła ich polska gosposia.
- Twierdzili, że to trucizna i nazywali ją "pollako kafe" - mówi Alina i dodaje: - U nich nawet czajników nie ma, kawę parzą w specjalnych naczyniach makinetkach, a herbatę pija się rzadko.
Alina przyznaje, że poziom życia we Włoszech jest dużo wyższy niż w Polsce, tam zasiłek dla bezrobotnych wystarcza na czynsz, jedzenie i utrzymanie samochodu, ale ogólnie to "ta sama szarość, co w Przasnyszu, takie same plotkarki, tylko euro leci". Alina była w różnych włoskich domach: w bogatych i biednych, zadbanych i zaniedbanych.
- Wyobrażałam sobie, że każdy włoski dom to luksus, a tymczasem jest dokładnie tak jak w Polsce. W jednych domach mają posprzątane, a gdzie indziej wierzą tylko w pełną lodówkę.

Każde euro drogie

Dziś Alina potrafi porozumieć się po włosku i nie boi się kolejnych wyjazdów.
- Jeżeli twoi włoscy pracodawcy docenią cię i polubią, dostaniesz wyższą wypłatę i podarki, a na pożegnanie błysną w ich oczach łzy. Zaczynają cię traktować jak członka rodziny - opowiada Alina, która właśnie wróciła z pracy we Włoszech. Ile zarobiła? - nie chce powiedzieć, ale zazwyczaj polskie gosposie zarabiają od 500 do 800 euro na miesiąc. - Jak się ma chwile zwątpienia, to jedyne, co trzyma przy życiu to myślenie o pieniądzach - twierdzi Alina i opowiada o Polkach, które na bieżąco odsyłają swoje zarobki do kraju, bo ich rodziny nie mają co jeść. Alina dementuje też plotki o włoskich kochankach: - To nie jest tak, że się jedzie do Włoch i od razu ma się amanta. Jak ktoś chce znaleźć kochanka, to i w Polsce znajdzie, a jak ktoś chce wyjść za mąż dla forsy, to i w Polsce połaszczy się na byle dziada. We Włoszech też bywa różnie, ale większość Polek jedzie do Włoch, by zarobić i liczy każde euro.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki