MKTG SR - pasek na kartach artykułów

W sklepach płacimy więcej

Magdalena Mrozek, Andrzej Mierzwiński, Marta Nożyńska, Anna Suchcicka
Rodzina Podobyckich
Rodzina Podobyckich
Banany po 4 złote, polędwica po 24 złote, benzyna prawie 4 złote za litr - ceny idą w górę. Po 1 maja robiły to powoli. Wyraźny ich wzrost odczuliśmy w czerwcu. Jak dajemy sobie radę z utrzymaniem rodzin? Czy więcej zarabiamy? Na czym oszczędzamy? Czy mamy pomysły, jak oszczędzać lub więcej zarabiać? O życiu z nowymi cenami rozmawiamy z naszymi czytelnikami z Ostrołęki, Makowa, Ostrowi i Przasnysza.

Nie wiem, na czym oszczędzać

Ostrołęka. Wyjechać na wczasy? A z czego będę żyła? Myślałam, że kiedy dzieci dorosną, będzie mi lżej. A oni mówią, że oddadzą, jak zaczną pracować - usłyszeliśmy podczas rozmowy z panią Hanią Lamką z Ostrołęki. Pani Hania ma dwóch dorosłych synów - osiemnastoletniego i dwudziestoczteroletniego. Młodszy się jeszcze uczy, starszy nie pracuje. Pani Hania prowadzi działalność gospodarczą, która żywi trzyosobową rodzinę. Zapracowana od rana do nocy, bo musi zarobić nie tylko na czynsz, rachunek za prąd, wodę, telefon, jedzenie, ubranie dla synów, ale też na niemałe składki do ZUS-u. Jej domowy portfel został dość mocno odchudzony po tym, jak Polska formalnie stała się członkiem Unii Europejskiej.
- Jest drożej. Zaczynając od cukru, który podrożał jeszcze przed Unią. Kosztował 2 zł, a teraz ponad 3 zł. Ja akurat nie słodzę, ale robię dużo przetworów z owoców, piekę ciasta.
Dodaje też żartem, że ma bardzo gościnnych synów, którzy podają swoim gościom słodką kawę, herbatę i czasami sami przygotowują dla nich wypieki.
- Bardzo dużo kosztuje teraz mięso. Niektóre gatunki zdrożały niemalże dwukrotnie. Najczęściej kupuję na obiad kurczaka lub piersi z kurczaka. Dzieci w zasadzie poza drobiem nie chcą nic innego jeść, ale na obiad musi koniecznie być mięso. Sama zupa to, ich zdaniem, nie obiad.
Za kilogramowego kurczaka jeszcze kilkanaście tygodni temu pani Hania płaciła około 5 zł. Teraz 10 zł. Kilogram piersi był w cenie 8-9 zł, ostatnio płaciłam 15 zł. Mięso gulaszowe drobiowe kosztowało 7 zł, a obecnie 11 zł.
- I to staram się naprawdę wyszukać sklepy, w których mięso jest tańsze, chociaż o to coraz trudniej, bo wszędzie jest drogo. Kiedyś zakupy robiłam w sklepie drobiowym Cedrob przy ryneczku, bo widać było sporą różnicę w cenach, a do tego można było tam dostać niedrogie wędliny np. szynkę prasowaną za około 10 zł, a teraz kosztuje już 15 zł.
Na szczęście ani pani Hania, ani jej synowie nie przepadają za innym mięsem, bo jak mówi, kilogram żeberek kosztuje już ponad 10 zł, a schab przekroczył cenę 20 zł, nie mówiąc o wołowinie. Za kilogram polędwicy trzeba zapłacić ponad 30 zł.
- U mnie to po prostu aby dużo było, bo chłopcy potrafią nawet o północy jeść.
Młodszy syn pani Hani chętnie je nabiał. Przed laty znacznie tańszy niż wędlina, dziś np. ser żółty kosztuje tyle samo co szynka - 16 zł.
- Wkładam na zakupy 50 zł do portfela, a przynoszę kurczaka, ziemniaki i trochę warzyw. Wiadomo, codziennie trzeba kupić też chleb, dwa litry mleka. Na szczęście nie zauważyłam różnic. Za chleb płacę tyle samo - 1,25 zł, mleko może jest droższe o 5 groszy.
Przyznaje, że najczęściej nabiega się po mieście przy okazji uzupełniania lodówki, bo szuka, gdzie jest taniej, ale dzięki temu na każdym z produktów oszczędza po kilka złotych, a miesięcznie daje to dość okrągłą sumę.
Warzywa, podobnie jak owoce, kupuje w osiedlowym zieleniaku. Nie ma działki i ogródka, w którym mogłaby je hodować. Wiosną i latem nowalijki podrzucą czasami znajomi.
Większe, poważniejsze zakupy pani Hania robi przeważnie raz w tygodniu w MiniMalu. Uzupełnia przy okazji zapas środków czystości, proszku do prania.
- W dużych sklepach najłatwiej o towar w promocyjnej cenie. Za trzykilogramową torbę Viziru zapłaciłam 22 zł, przy czym normalna cena to 28 zł. A wiadomo, że w niektórych przypadkach nie opłaca się oszczędzać. Co z tego, że kupię tańszy proszek, skoro nie dopierze.
Po ziemniaki i jaja, żeby było taniej, pani Hania wybiera się do hurtowni na Targową. Jaja po 20 gr, ziemniaki po 1 zł, ale trzeba je kupować po 10 lub 20 kilogramów.
- Znalazłam nawet tańsze w "Gośce" za 79 gr za kilogram.
- To na czym w takim razie zrobić większe oszczędności?
- Nie mam pojęcia. Bo kiedy się zapłaci rachunki - za mieszkanie, wodę, prąd, telefon, to zostanie tylko tyle co na życie.
Comiesięczne opłaty za czteropokojowe mieszkanie to około 450 zł, w zależności od zużycia wody. Do tego jeszcze co dwa miesiące należy doliczyć rachunek za prąd, czasami sporo ponad 100 zł, i za telefon.
- Zdecydowałam się już nawet, żeby mniej wyniósł telefon, na taki abonament, gdzie za darmo rozmawia się wieczorem i nocą. No cóż, mam w domu dwóch kawalerów - wzdycha.
W kwietniu tego roku pani Hania pierwszy raz zdecydowała się na zakupy na raty - kupiła nową pralkę i lodówkę. Nie bez obaw, przyznaje.
- Za gotówkę nie mogłabym sobie pozwolić, bo skąd ją wziąć. Spłacam po 100 zł miesięcznie, ale bałam się, bo nigdy nie wiadomo, co będzie z pracą. A raty są na dwa lata.
Póki synowie nie pracują, mama musi ich także ubrać. Przytakuje, kiedy pytam, a raczej stwierdzam, że częściej kupuje coś im niż dla siebie.
- Ja to mogę i w tańszych butach chodzić, ale dla chłopaków obuwie jest znacznie droższe. A jak tanie, to pochodzą miesiąc i do wyrzucenia.
Domowego budżetu póki co nie planuje z ołówkiem w ręku, bo po prostu wie, ile i na co może wydać. O odłożeniu, tak jak o wczasach, mówi, że mowy nie ma.

Singlom i wegetarianom łatwiej

Ostrołęka. Iwona Oklińska wstąpienie Polski do Unii świętowała na Mazurach w Mikołajkach. Następnego dnia wróciła do Ostrołęki i mówi, że od razu Unię poczuła w portfelu.
- Poszłam na stację benzynową po papierosy i niespodzianka - nie 6,60 zł a 6,80 zł. Pomyślałam wtedy: "O, już jestem w Unii".
Pani Iwona jest młodą kobietą, od czterech lat uczy języka polskiego w Gimnazjum nr 2 w Ostrołęce. Mieszka z rodzicami w domu jednorodzinnym. Nie ma własnej rodziny. Stąd też, co otwarcie przyznaje, nauczycielskiej pensji wystarcza jej od pierwszego do pierwszego.
- Nie zauważyłam znaczących podwyżek cen. A przynajmniej ja ich nie odczuwam. Wiem, że podrożało mięso, ale ja akurat mięsa nie kupuję, bo go nie jem. Jestem wegetarianką. Kupuję tylko mięsne karmy dla psa, ale tu nie widzę żadnej różnicy w cenie.
Wie natomiast, że na pewno droższa jest benzyna.
- Za każdym razem kiedy tankuję za 50 zł, jeżdżę krócej.
Ceny warzyw i owoców, nabiału, które kupuje, jej zdaniem również są takie same jak przed 1 maja.
- Zakupy robię przeważnie z doskoku, w drodze z pracy. Dziennie wydaję na nie około 20 zł, nie więcej.
Mówi, że w przeciwieństwie do siostry, która na małych karteczkach zapisuje, ile i na co może wydać, nie planuje miesięcznych wydatków.
- Siostra ma rodzinę i musi ostrożniej gospodarować budżetem.
Otwarcie mówi, że dzięki temu, że mieszka z rodzicami, jest jej łatwiej, do lodówki dokupuje po prostu tylko to, co lubi.
- Zastanawiałam się, jak poradziłabym sobie, gdybym musiała płacić czynsz, rachunki, w tej chwili za sam telefon płacę około 350 zł, jedzenie - byłoby bardzo ciężko. Dlatego współpracuję z rodzicami - żartuje.
I radzę sobie tak, by bez wyrzeczeń starczyło na jakieś wyjazdy - a jeżdżę sporo, w ferie, wakacje, na weekendy. I pewnie złamię stereotyp, że nauczyciele źle zarabiają. Jako nauczyciel mianowany będę zarabiać około 1300 zł. Myślę, że w Ostrołęce to dość przyzwoita suma, na jedną osobę oczywiście - zaznaczam.
Iwona jest dość operatywną osobą, w każde wakacje wyjeżdża za granicę, tam również pracuje i zazwyczaj kupuje ubrania.

Z ołówkiem w ręku

Ostrów Mazowiecka. W ubiegłorocznym referendum dorosła część rodziny Podobyckich z Ostrowi opowiedziała się bez wyjątku (chociaż z pewnymi zastrzeżeniami) za Unią. Dzisiaj, po dwóch miesiącach naszego członkostwa, nadal uważają, że postąpili słusznie, ale ich uczucia są już bardziej mieszane.
- Od pierwszego maja poważnie zmniejszył się nasz domowy budżet - mówi głowa rodziny Tadeusz. - Zarabiamy wprawdzie tyle samo co przedtem, ale szalenie wzrosły ceny i to praktycznie na wszystko. Podrożała żywność, benzyna, energia elektryczna, woda.
- Centralne też wzrosło, tu jest pismo - podaje ojcu kolejny rachunek córka Katarzyna. Przy kuchennym stole Podobyckich trwa właśnie domowa "sesja budżetowa" z udziałem obojga rodziców: Krystyny i Tadeusza, córki Katarzyny i syna Kamila. Nie bierze w niej udziału najstarszy syn Daniel, który nie widząc dla siebie przyszłości w Ostrowi, opuścił rodzinny dom i wyjechał w poszukiwaniu pracy.
Ze wstępnych obliczeń wynika, że ich domowy budżet zmalał w związku z podwyżkami o ok. 25 proc. w porównaniu z okresem sprzed 1 maja.
- Musieliśmy już z pewnych rzeczy zrezygnować - mówi Krystyna Podobycka. - W tym roku będziemy musieli zapomnieć o wyjeździe na Mazury, tym bardziej że w sierpniu w rodzinie męża mamy wesele. Wprawdzie od 1 czerwca Tadeusz rzucił palenie, co powinno dać ok. 300 złotych oszczędności miesięcznie, ale to wciąż za mało.
- Na mnie nie da się zaoszczędzić - wtrąca Katarzyna. - Mam bardzo duże wydatki związane ze studiami, które w całości pokrywają rodzice, gdyż ja nie mogę znaleźć pracy.
- Ja też nie widzę możliwości obcięcia moich wydatków - pospiesznie dodaje Kamil, uczeń technikum ekonomicznego.
Planując wydatki, Podobyccy szukają więc sklepów, w których jest taniej. Pewne oszczędności dają zakupy, przynajmniej niektórych artykułów (chemia gospodarcza, środki higieny itp.), z "niższej półki" lub w sklepie Leader Price. Wydatki na żywność też zostały solidnie przekalkulowane, chociaż nie ma tu mowy o gorszych jakościowo produktach. Ale na przykład zamiast kilograma schabu, z którego wyjdzie zaledwie kilka kotletów, można kupić tańsze rzeczy: indyka lub karkówkę. Można też zrobić gulasz.
- Teraz jemy dużo owoców i warzyw - mówi pani Krysia. - Mamy własny nieduży ogródek i do jesieni możemy nieco zaoszczędzić na tych artykułach. Na lepsze czasy czekają natomiast wydatki inwestycyjne. Nowe zakupy i wymiana sprzętu rtv i agd, o których jeszcze do niedawna myśleli, teraz nie wchodzą w rachubę. Poczekać też musi remont kuchni i łazienki.
Pewnym zastrzykiem dla domowego budżetu byłaby dodatkowa, chociażby sezonowa praca, np. przy zbiorze truskawek i porzeczek.
- Mamy znajomego, który ma plantację i tak jak w ubiegłych latach chcemy pójść tam do zbierania owoców - snuje plany Katarzyna.
- Jeśli będzie mu się opłacało - wtrąca głowa rodziny. - Pamiętacie, że w tamtym roku był nieurodzaj, mało owoców i nic z tego nie wyszło.
Kamil myślał o tym, aby podczas wakacji zarobić przy niezbyt skomplikowanych pracach budowlanych, rozglądał się już za nimi, ale bez rezultatu.
- Dzisiaj wszyscy oszczędzają. Zamiast zatrudniać obcych i im płacić, pracują na budowie sami lub z rodziną - wyjaśnia mu ojciec przyczyny niepowodzeń.
Rozmowy przy kuchennym stole o domowym budżecie powoli zmierzają ku przyszłości. Młodsza generacja nadzieje na poprawę sytuacji wiąże z rokiem 2007 i wejściem euro, co ich zdaniem powinno ustabilizować gospodarkę i stopniowo wyrównywać ją z innymi państwami unijnymi.
- Szybko to nie nastąpi, nawet jak będziemy mieli euro - wzdycha pani Krystyna. - Moim zdaniem zarobkami nie zrównamy się z nimi tak prędko. Cenami tak.
- Ceny na pewno wzrosną, ale i zarobki będą rosły - nie daje za wygraną Kamil. - Powoli, ale na pewno będą rosły i mam nadzieję, że będziemy drugą Irlandią.
- W Irlandii ludzie czekali 20 lat na dobrobyt i dla was rzeczywiście powinno być lepiej. Ale na razie musimy żyć oszczędnie i planować wydatki z ołówkiem w ręku - ucina dyskusję Krystyna Podobycka.

Na życie nie starcza

Maków Mazowiecki. Danuta Janczewska mieszka w Makowie, w bloku przy ul. Mickiewicza. Ma 723 zł emerytury. Jej mąż, również emeryt, dostaje 758 zł. Janczewscy mają czworo dorosłych dzieci. Mieszkają z synem, który pracuje w Bolcie.
Według Danuty Janczewskiej po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej znacznie wzrosły ceny żywności, głównie mięsa.
- A dochody stoją w miejscu, chyba że tylko złodziejom wzrosły - mówi oburzona kobieta. - Nam na pewno szybko nie wzrosną. Już od czternastu lat, od wejścia w demokrację, słuchamy obietnic i nic z tego. Wałęsa obiecał drugą Japonię, ale my mamy tylko drugą Kenię. Dobrze, że jeszcze nie podostawaliśmy dużych brzuchów.
- Ceny wzrosły, i to sporo, głównie jedzenia. Trzy czy cztery złote na kilogramie mięsa to jest bardzo dużo. Chodzi mi o mięso wieprzowe, drób i wędliny. Nie wiem, jak z cenami ubrań, bo w tym wieku już ich się nie kupuje. Na życie nie starcza, to na ubrania tym bardziej.
Pani Janczewska robi zakupy w sklepie Grosik.
- To z przyzwyczajenia - mówi. - Niektóre produkty są tam tańsze niż w innych sklepach, ale niektóre droższe. Tańsze są tam warzywa i cukier, ale po mięso chodzę do innego sklepu. Muszę wiązać koniec z końcem. Po zrobieniu wszystkich opłat, wykupieniu leków dla mnie i dla męża i zapłaceniu rat za meble zostaje mi z dwóch emerytur ze 300 zł na życie.
Kobieta twierdzi, że teraz kupuje dużo warzyw, które są tanie.
- Kupi się to twaróg, to pomidory, bo teraz tanie, i jakoś się żyje. Teraz jest lato, to nie chce się jeść wędliny. Ja liczę, że może ten kryzys minie - mówi Danuta Janczewska. - Bo jak tak dalej będzie, to już nie będzie życie, tylko wegetacja. Ci starzy, którzy mają emerytury ze starego portfela, będą umierać z głodu. Ja nigdy nie byłam za tym ustrojem, który jest. Dawniej z dwóch poborów wystarczyło mi na utrzymanie domu, na wyprawienie imienin, na ubranie się, na bale karnawałowe, a dzisiaj nie stać mnie nawet na fryzjera. Za mojego życia chyba nic się nie poprawi, może wnuczki będą miały lepiej, bo dzieci też chyba niczego dobrego nie użyją.

Nie żałujemy tylko na prezenty dla wnuczki

Przasnysz. Z rodziną państwa Dąbrowskich z Przasnysza po raz pierwszy spotkaliśmy się 8 czerwca 2003 roku - w drugim dniu referendum, podczas którego Polacy wypowiadali swoje zdanie na temat przyłączenia się Polski do Unii Europejskiej. Elżbieta i Krzysztof Dąbrowscy wzięli udział w referendum i obydwoje powiedzieli Unii "tak". Nie przypuszczali jednak, że wejście Polski do Unii będzie oznaczać wzrost cen żywności.
Elżbieta Dąbrowska od 28 lat pracuje w Rejonie Dróg Krajowych. Jest technikiem drogowym, zajmuje się transportem i ochroną środowiska oraz rozlicza karty drogowe. Jej mąż Krzysztof pracuje w skupie materiałów wtórnych. Pani Elżbieta pracuje w budżetówce, pan Krzysztof w prywatnym przedsiębiorstwie.
Dąbrowscy mają dwoje dorosłych dzieci i wnuczkę Julcię. Syn Sławomir i córka Agnieszka z mężem czasem przychodzą do rodziców na obiad - ale na codzienne życie sami zarabiają.
Po zapłaceniu czynszu państwu Dąbrowskim zostaje miesięcznie ok. 1 tys. zł na życie.
- Dziś poszłam do sklepu, wydałam 20 zł i guzik kupiłam - opowiada pani Elżbieta, której pensja nie rośnie od co najmniej czterech lat. - I chyba szybko w moich zarobkach nic nie drgnie. A zakupy z każdym dniem są droższe - mówi pani Elżbieta, którą najbardziej denerwują drogie mięsa. - Na śniadanie kupuję chleb i coś do chleba, ale na obiad chciałoby się kawałek mięsa. I żeby ten kawałek mięsa był, z wielu rzeczy trzeba rezygnować. Kiedyś np. lubiłam kupić mięso wołowe. Dziś nie kupuję, bo kosztuje już ponad 20 zł - wylicza pani domu, która zrezygnowała także z kupowania ubrań ("chodzę w tym, co mam") i ratuje domowy budżet warzywami z działki ("na razie jest tylko sałata, ale może ogóreczki mi urosną i latem będzie trochę lżej"). - Tylko jeśli chodzi o kosmetyki, to od lat kupuję te same i nie patrzę, ile drożeją. Zawsze są to perfumy Być Może i krem do twarzy Nivea - opowiada.
Rodzina Dąbrowskich nie dorabia do pensji, bo jak twierdzi, nie ma takiej możliwości. Po zakupy chodzą zwykle do Biedronki, bo najbliżej.
- Moim zdaniem życie poszło od pierwszego maja w górę o jakieś 20-30 proc. A najgorzej jest właśnie z mięsem. Zresztą i sery są drogie. Nie wiem, gdzie jest najtaniej w Przasnyszu, bo nie chodzę od sklepu do sklepu. Do Biedronki mam po prostu najbliżej. Ale już po mięso chodzę do mięsnego znajomej, u której wiem, że zawsze wszystko jest świeże. A jeśli zabraknie coś z warzyw, idę do sklepiku osiedlowego - wyjaśnia pani Elżbieta. Zdaniem Dąbrowskich ogólnie jest źle. Dobrze jedynie, że na razie nie straszą podwyżkami za czynsz, światło i wodę.
Dzieci Dąbrowskich też sobie jakoś radzą. Są samodzielne i nie potrzebują wsparcia finansowego rodziców. Czasem zajrzą na niedzielny obiad. Na zakupy na sobotę i niedzielę pani Elżbieta wydaję "lekką ręką" ok. 100 zł. Tyle kosztuje kawałek wędlinki, masło, chleb, kawałek ciasteczka i odrobina mięsa.
- Na luksusy raczej nas nie stać. Czasem kupimy piwko na grilla na działkę, ale do restauracji chodzić nam się nie zdarza. Na wczasach ostatni raz byliśmy w 1981 roku, jeszcze jak córki nie było na świecie. Zresztą, jak byliśmy młodsi, często wyjeżdżaliśmy do zakładowych ośrodków wczasowych. Płaciło się 40 proc. kosztów, a resztę pokrywał zakład. Można było wyjechać np. do Krynicy Morskiej albo do Sobieszewa. To były piękne czasy - wspomina pani Elżbieta, która od lat wczasuje się jedynie na działce i rzadko kupuje coś dla domu.
- Ostatni remont mieliśmy trzy lata temu, gdy wymienialiśmy okna. I to też okna wzięliśmy na raty, bo kosztowały aż 3 tys. zł. To była nasza ostatnia poważna inwestycja i w najbliższym czasie na nic więcej się nie zanosi - tłumaczy nasza rozmówczyni.
Jedyne wariactwa finansowe Dąbrowskich związane są z ich wnuczką.
- Nie żałujemy tylko na prezenty dla wnuczki. Jak dostaniemy wypłaty, od razu kierujemy swoje kroku do sklepu i zawsze kupujemy coś dla Julci. Jest ciężko, ale dla niej zawsze się znajdzie. Jakoś sobie radzimy.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki