Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Uczą i wychowują

(ar)
Halina Prószyńska
Halina Prószyńska A. Rusinek
W Ostrowi Mazowieckiej pracuje około 500 nauczycieli w przedszkolach, szkołach podstawowych i średnich. Z okazji Dnia Edukacji Narodowej rozmawiamy z dwiema nauczycielkami - doświadczoną czterdziestolenim stażem pracy Haliną Prószyńską i debiutującą w pracy pedagoga Sylwią Niemiro.

40 lat przy tablicy

Sylwia Niemiro
Sylwia Niemiro A. Rusinek

Halina Prószyńska
(fot. A. Rusinek)

- spędziła Halina Prószyńska, nauczycielka matematyki.
- Pani pierwsza praca?
- Miałam osiemnaście lat, gdy w 1963 r. tuż po maturze w renomowanym wówczas bardzo Liceum Pedagogicznym w Ostrołęce trafiłam do Szkoły Podstawowej w Ugniewie. Po trzech latach otrzymałam pracę w Szkole Podstawowej nr 2 w Ostrowi Mazowieckiej i tutaj trwam do dzisiaj jako nauczyciel matematyki. Po drodze zrobiłam studia matematyczne w Siedlcach. Z przyczyn rodzinnych nie udało mi się zrobić magisterium, ale na podstawie zawodowych doświadczeń i osiągnięć w nauczaniu zdobyłam pierwszy stopień specjalizacji zawodowej.
- Nie była Pani przerażona, kiedy jako młodziutka nauczycielka stanęła Pani pierwszy raz przed klasą?
- Przerażona nie, ale bardzo przejęta. Czułam się dobrze przygotowana do pracy i byłam pełna entuzjazmu. Lubiłam tę pracę od pierwszego dnia.
- Utarła się opinia, że kiedyś młodzież była lepsza, łatwiejsza w wychowaniu. Co Pani może na ten temat powiedzieć z perspektywy czterdziestu lat?
- W tamtych czasach, jak i dzisiaj w każdej klasie są uczniowie wspaniali i są tacy, którzy sprawiają kłopoty. Może dziś są to nieco inne kłopoty, młodzież jest na przykład bardziej agresywna, bardziej niesforna. Ale nauczyciel jest od tego, by sobie z takimi uczniami radzić.
- W jaki sposób?
- Myślę, że powinien każdego ucznia traktować przyjaźnie. Z najgorszego nawet łobuziaka umieć wydobyć to, co najlepsze. W żadnym wypadku nie może być wobec uczniów złośliwy, bo to potęguje ich agresję, wywołuje niechęć do szkoły, do nauki. Jestem zwolennikiem łagodnej, ale stanowczej perswazji.
- Czy stawianie pałek jest dobrą metodą na dyscyplinowanie uczniów i zachęcanie do nauki?
- W żadnym wypadku. Kiedyś nawet, jako wicedyrektor szkoły, delikatnie zwróciłam uwagę koleżance. Po dwóch miesiącach nauki uczniowie w jednej z klas nie mieli z tego przedmiotu prawie wcale ocen, a jeden uczeń aż siedem dwójek. Wydawało mi się to bardzo niepedagogiczne.
- Co Pani ceni w swoich uczniach?
- Szczerość w kontakcie z nauczycielem, pracowitość i systematyczność. Każdą nową klasę staram się na początku do tego wszystkiego zachęcić. Matematyka wielu uczniom wydaje się trudnym przedmiotem. Próbuję ich przekonać, że unikną kłopotów w nauce, gdy będą się starali jak najwięcej wynieść z lekcji, gdy będą na lekcji ze mną aktywnie współpracować.
- Co Pani sprawia szczególną radość w pracy?
- Osiągnięcia moich uczniów. Zawsze wiele czasu poświęcałam zdolnym uczniom, prowadziłam kółko matematyczne. Moi uczniowie zdobywali pierwsze, drugie miejsca na konkursach wojewódzkich, a nawet międzywojewódzkich. Zawsze też świetnie zdawali egzaminy do szkół średnich. Ich sukcesy były moimi sukcesami. Ot, teraz była moja uczennica Danusia Gąsowska przysłała mi dwie swoje publikacje z zakresu matematyki, którą wykłada na Uniwersytecie Wrocławskim. Bardzo się cieszę, że rozwija się naukowo. Ale cieszy mnie także, gdy słabsi uczniowie, z którymi prowadzę zajęcia wyrównawcze, pokonują stopniowo kłopoty w nauce, gdy próbują dawać sobie radę z matematyką.
- Przeżyła Pani jakieś szczególnie trudne chwile w ciągu tego 40-lecia?
- Był taki okres, kiedy pełniłam funkcję zastępcy poprzedniej dyrektorki szkoły. Rada pedagogiczna była podzielona między zwolenników i przeciwników pani dyrektor. Atmosfera bywała napięta. Ja znajdowałam się między młotem a kowadłem, próbując łagodzić sytuacje między panią dyrektor a opozycyjną częścią rady pedagogicznej. To była straszna szarpanina i niezbyt przyjemnie wspominam tamten okres.
- Co by Pani poradziła młodym nauczycielom, którzy rozpoczęli niełatwą pracę w szkole?
- Jest główny warunek tego, by ta praca stała się efektywna i niosła radość: trzeba lubić swoich uczniów. Do dziś nie potrafię zapomnieć, jak jeden z nauczycieli w szkole, do której chodziły moje dzieci na początku roku zapowiedział klasie: "We własnych łzach się utopicie". Moja córka wróciła ze szkoły przerażona. Nie rozumiem, co taki człowiek mógł robić w szkole.
- Czy wyobraża sobie Pani odejście na emeryturę?
- Nie wyobrażam sobie, choć już powinnam odejść. Ale tak się złożyło, że jestem w tej chwili samotna. Szkoła jest dla mnie w tej chwili drugim domem. A może nawet pierwszym.

Chcę być przyjacielem dzieci

Sylwia Niemiro
(fot. A. Rusinek)

Sylwia Niemiro, absolwentka Wydziału Pedagogiki WSH w Pułtusku 1 września po raz pierwszy przestąpiła próg Zespołu Szkół nr 2 w Komorowie jako szkolny pedagog.
- Muszę przyznać, że odczuwałam pewien niepokój - jak przyjmie mnie grono pedagogiczne, uczniowie. Okazało się, że atmosfera w szkole jest świetna - pani dyrektor i koleżanki pełne życzliwości, uczniowie sympatyczni. Od pierwszego dnia poczułam się tutaj jak w domu. Lekki stres przeżyłam też przed pierwszym spotkaniem z klasą gimnazjalną. Może dlatego, że akurat była wówczas głośna sprawa nauczyciela z Torunia, terroryzowanego przez uczniów. Lekcja okazała się na szczęście pierwszym miłym doświadczeniem w mojej pracy - opowiada Sylwia Niemiro.
Dlaczego wybrała zawód pedagoga?
- Zawsze interesowały mnie problemy dzieci z rodzin patologicznych, dzieci zagrożonych narkomanią, przemocą w domu, wymagających pomocy. Na pierwszym roku studiów pracowałam jako wolontariuszka w świetlicy socjoterapeutycznej. Myślę, że w szkole też nie brakuje uczniów z różnymi problemami.
Sylwia Niemiro mówi, że będzie starała się nawiązać jak najlepsze kontakty z nauczycielami, ale przede wszystkim z uczniami. Pragnie zdobyć zaufanie uczniów, chce być ich przyjacielem. Tak pojmuje rolę pedagoga szkolnego.
- Każdy uczeń dla mnie to indywidualność. Drugi, bardzo ważny człowiek, który ma prawo do problemów na miarę własnego wieku, do popełniania błędów, ale także do własnego zdania. Mam głęboką nadzieję, że uczniowie będą przychodzić do mnie ze swoimi nawet małymi kłopotami, ale także z radościami. Boję się natomiast dramatycznych sytuacji w rodzinach, które na pewno będę musiała poznawać. Chcę wierzyć, że sprostam tym trudnym zadaniom - mówi debiutująca pani pedagog.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki