Twin Peaks. Co się zdarzyło Laurze Palmer?

Fragment książki
Serial „Twin Peaks” zaczął się od zniknięcia Laury Palmer i przez kolejne odcinki obserwujemy próbę wyjaśnienia tej tajemnicy. „Sekretny dziennik Laury Palmer” autorstwa Jennifer Lynch rzuca nowe światło na to, co się z nią stało

Kochany Pamiętniku!12 listopada 1987

Mam nadzieję, że Bóg to czyta:

Przydałaby mi się pomoc.

To definitywnie koniec mojego życia, koniec mojej wiary w siebie… zaufania… Wszystko przepadło! Leo i Bobby przyjechali po mnie do stajni, bo ledwie mogłam zrobić krok. Bobby powiedział, że zadzwonił do mnie do domu i ściemnił im, że zabiera mnie na kolację niespodziankę… i że wrócimy późno.

To bardzo miło i ładnie z jego strony, muszę przyznać. Ale jak powiedziałam Bobby’emu i Leo z tylnego siedzenia, kiedy się przebierałam (ponownie podziękowania dla Bobby’ego za pożyczenie czegoś do ubrania dla mnie od Donny - która mu powiedziała, że się o mnie martwi. Przyznaję, że to niespodzianka, nie żebym wątpiła w lojalność Donny czy jej przyjaźń, ale za bardzo wierzę teraz w BOBA). Powiedziałam im obu, że się niepokoję. Że mam dobre powody, żeby przez całą noc być w jednym miejscu i nigdzie się nie ruszać. Stwierdziłam, że jestem zaniepokojona na tyle, że jeśli się wszyscy zgodzimy, możemy zawrócić i do jutra zapomnieć o koce. Bobby mnie wyśmiał, a Leo poklepał mnie po ręce, jakbym była jakąś uroczą zabaweczką, która ćwierka w kółko tę samą wiadomość. Po pociągnięciu za sznurek na plecach, niepotrzebną. „To chyba nie jest zbyt bezpieczne”.

Przejechaliśmy w głąb Low Town. Nigdy nie widziałam tak ciemnej nocy. Nigdzie na niebie nie było księżyca. To martwiło nawet Leo, który na pewno dobrze się mną zajmie, aż sobie pójdę. W tej chwili potrzebuję tylko pewnej substancji albo kasy, za którą można kupić tę substancję. Moją białą przyjaciółeczkę. Kolejne kłamstwo, ale temu przynajmniej spojrzałam prosto w twarz i stwierdziłam, że i tak będę w nie wierzyć. Tymczasowe szczęście jest lepsze od powolnego pozwalania przyjaciołom, rodzinie, kochankom, by z przerażeniem podglądali, jak bliska jestem autodestrukcji. Nie podchodź za blisko, duża grupa nie gwarantuje już bezpieczeństwa. Tyle ci mogę obiecać.

Dojechaliśmy do wąskiej szosy, przy której nie stał żaden znak, ale założyliśmy, że to właściwa droga, bo żadnej innej nie było w promieniu paru kilometrów. Bobby siedział bez ruchu za kierownicą, zamiast jechać dalej w stronę tego domu. Leo go popędzał: „No dawaj, Bobby, jedźmy”. Ja też usiłowałam przyciągnąć jego uwagę, ale serio był w innym świecie. Twarz miał jak jakaś postać ze Strefy mroku.

Kiedy tylko Bobby otrząsnął się z zamyślenia, zaczął pruć tą wąską drogą, a gdzieś w kompletnych ciemnościach przed nami krył się dom. Jak miałam nadzieję, aż nieprzyzwoicie pełny kokainy, a może trafi się też szybki drink, jeśli uda mi się uśmiechnąć… „Pokaż zęby”, pomyślałam.

Leo spojrzał na mnie, jakby nagle uderzyło go, że to błąd znaleźć się tutaj, w takich warunkach, nie znając nikogo, z kupą forsy liczoną w tysiącach. Wsunęłam się z powrotem na swoje miejsce i już nic nie mówiłam, uświadamiając sobie nagle, jakie to absurdalne, że się przebrałam… Jakbym prosiła się o kłopoty - w takich ciuchach w Low Town w ciemnościach wciąż niewyjaśnionych w doniesieniach prasowych i radiu. Nawet nie mówią, czy jest awaria prądu.

- Ciekawe, ile czasu by potrzebowała policja, żeby tu dotrzeć, gdyby ktoś po nią zadzwonił? - odezwałam się.

Bobby sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął pistolet swojego ojca. Broń tylko lekko błysnęła. Powiedziałam mu, że go kompletnie pojebało, żeby coś takiego nosić przy sobie. Byłam już pewna, że to nie ból brzucha mnie męczy, tylko instynktowne poczucie, że powinniśmy zawracać i spierdalać z powrotem.

Samochód nie zawrócił ani nie zwolnił. Na drodze nie było żadnych oznak życia, przed nami - żadnego pieprzonego domu, wokół ani żywej duszy… No, może jedna czy dwie… Tym bardziej powinniśmy się po cichu zmyć, dopóki mieliśmy szansę zwiać razem.

Ni stąd, ni zowąd Bobby ostro zahamował. Samochód zrobił dwa pełne obroty, wzbijając chmurę kurzu, który zaczął wirować w świetle reflektorów. Wreszcie się zatrzymaliśmy. Wszyscy byliśmy w lekkim szoku.

- Wydawało mi się, że kogoś widziałem - jęknął Bobby. - Nie chciałem go przejechać.

Wysiedliśmy i posuwaliśmy się powoli w ciemności.

Nagle ktoś złapał mnie od tyłu i zaczął dusić. Pomyślałam: „Nie wierzę, że zginę w ten sposób… w Low Town podczas awarii prądu - chociaż nikt nawet nie chce się przyznać, że w ogóle jest jakaś awaria - kiedy próbuję kupić narkotyki, konkretnie kokainę, i żaden z dwóch silnych, krzepkich mężczyzn, którzy mi towarzyszą, nie wie, że ktoś mnie, kurwa, dusi!”. Myślałam, że już po mnie… Że zeszłam z tego łez padołu.

Uchwyt się rozluźnił, wzrok mi się zamglił i zemdlałam.

Oprzytomniałam w domu tego dilera, z bólem głowy, który chyba myślał, że jest tętniakiem. Do pokoju weszli Bobby i Leo, Bobby posłusznie usiadł koło mnie i odgrywał zmartwionego stanem mojej czachy, a jego troska przypomniała mi, jak do tego doszło. No to powiedziałam (z dużą dozą sarkazmu, pozwolę sobie dodać):

- Czyj to był zajebisty pomysł, żeby mnie dusić, aż stracę przytomność?

Nikt nie odpowiedział.

- Pewnie tak tutaj w Low Town wyrywacie laski, co chłopaki? - Cisza. - Klasa.

Najgrubszy z czterech kolesi wyciągnął zza pazuchy pistolet i wycelował we mnie. Popatrzyłam na niego, jakby trochę przesadził… „Zamknij się” albo „spierdalaj” w zupełności by wystarczyło. Odbezpieczył pierdoloną spluwę i przystawił mi ją do twarzy.

- Przepraszam, skarbie… Nie każdy, kto założy sukienkę, musi być dziewczyną. - Popatrzył na mnie, polizał pistolet. - Fajne cycuszki.

- Wiem.

Nie żeby jego wyjaśnienie, dlaczego mnie duszono, miało w ogóle sens. Przyjęłam jego przeprosiny, bo zdecydowanie wolałam je od dziury w czole. Wyciągnęłam do niego rękę i podziękowałam, że mnie nie zastrzelił. To by mi naprawdę spieprzyło wieczór. Milczał przez chwilę… i nie uścisnął mi dłoni.

Powoli i z wielką przyjemnością zaczął rozciągać wargi, tak że kąciki ust podnosiły mu się do góry, coraz wyżej, wyżej i wyżej, aż cały występ zakończył się grymasem z cyklu „żryj gówno i zdychaj” - podobny widziałam wcześniej tylko raz. Wiedziałam, że to lipa. Zupełnie oprzytomniałam, wprowadzona w obowiązującą etykietę milczenia przez cztery pistolety, których lufy oparły się na dość istotnych częściach mojej twarzy.

Zimny metal. Dreszcz przebiegł mi po karku. Strach. Może jestem dziwna, ale kontakt z bronią często przyprawia mnie o przyspieszony oddech i powoduje silną potrzebę niezwłocznego zażycia dużych ilości świeżego powietrza.

Powiedziałam im, że idę do samochodu. Ciągle mi się wydawało, że jeden z pistoletów wystrzeli prosto w moim kierunku. Musiałam się przewietrzyć, odetchnąć, co było trudniejsze niż zwykle ze względu na to obkurczenie, które czułam w karku. Poza tym boję się kul i mogłabym się założyć o niezłą kasę, że wbijanie się ich z dużą prędkością w ciało musi boleć.

Nagle zobaczyłam ludzi w strojach wojskowych, rozstawionych wokół domu jak zastygłe zjawy z koszmaru. Jeden z żołnierzy podszedł do mojego okna, a ja siedziałam w środku skulona, bo było chłodno i się bałam.

Z absolutną powagą zapytał:

- Myślisz kiedyś o śmierci?

- Nie w takiej sytuacji jak ta. Nie, sir.

Popatrzył na mnie, jakbym właśnie zapewniła mu awans kilka dni wcześniej, niż planowano.

- Proszę wysiąść z wozu - zakomenderował.

- Chce mnie pan zastrzelić czy coś takiego?

- Z domu skradziono sporą ilość kokainy. Może chciałabyś mi pokazać, że auto jest czyste, to będziemy mogli dalej wykonywać swoje obowiązki.

Wysiadłam. Myślałam, że roztrzaskam się na drobniutkie kosteczki, tak się bałam.

- Wszystko w porządku? - zapytałam.

- Po mojej stronie karabinu, owszem.

Nie mogłam się poruszyć.

- Po twojej stronie to chyba niezbyt fajna impreza, co?

- Nie. Nie, bardziej jak stypa… Nie taka impreza, na jaką chciałabym pójść. Sir.

- Możesz wracać na miejsce i już się uspokoić.

- Co się teraz dzieje tam w środku?

Wzruszył ramionami.

- Pewnie chłopaki siedzą i debatują, czy odstrzelić im ryje, czy odesłać ich z powrotem do miasta w takim stanie, w jakim przyjechali.

- Och. To mnie bardzo uspokoiło. Dziękuję.

Musiałam siedzieć w tej pieprzonej półciężarówce przez prawie czterdzieści minut, czekając, żeby się przekonać, czy Bobby i Leo będą mogli wrócić do domu w postaci stałej, a nie płynnej. Wreszcie wyszli frontowymi drzwiami, poklepując tych zbirów po plecach i śmiejąc się, jakby się znali kopę lat. „O rany, ale super”, pomyślałam. To ja tu czekam, o mało mi nie strzelą w łeb za zwinięcie kilograma kokainy (ostrożnie włożyłam ją sobie pod sukienkę, która nadal wydawała się obcisła, świadcząc o mojej niewinności w kwestii kradzieży), a w ramach podziękowań ci wracają do samochodu w żółwim tempie. I dają wyjątkowo dziadowski przykład męskiego bratania się.

I wtedy zobaczyłam w oczach Bobby’ego totalne przerażenie i odczytałam sygnał „Uważaj!”. Ze wszystkich stron rozległy się strzały, jakby Krajowy Związek Strzelecki przyjął w swoje szeregi niedowidzących kandydatów. Towarzystwo po prostu zaczęło do siebie napierdalać z pistoletów… Wszyscy sparanoizowani i na takim haju, że gdyby oberwali, pewnie zauważyliby to dopiero jutro.

Przesunęłam się na siedzenie kierowcy i zawróciłam po Leo, który chował się, nieuzbrojony, modląc się jak wariat, i już zwiewaliśmy, pędząc autem wąską drogą z powrotem do miasta.

Materiał oryginalny: Twin Peaks. Co się zdarzyło Laurze Palmer? - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie