MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Trudne rozstania i język

Ewa Pyśk
Jola Bałazy
Jola Bałazy A. Wołosz
- Najbardziej boję się barier językowych - opowiada Jola Bałazy, ostrołęczanka, która na dwa lata wyjechała pomagać dzieciom w Timorze. Drobna, szczupła dziewczyna nie boi się nowych wyzwań. Wierzy w sens swojej pracy. - Wiem, że potrzebujący pomocy są wszędzie, często ludzie pytają mnie, dlaczego aż do Timoru, kiedy można pracować w Polsce? Myślę, że to pozwala spojrzeć szerzej i dalej. I zrobić przez to więcej dla innych.

W sobotę, 6 września, ostrołęczanka Jola Bałazy, wyjechała do Rzymu. Stamtąd, wspólnie z dwiema Włoszkami i Amerykanką, rozpoczęły drugi etap podróży. Ponad 20 godzin leciały do Dili, stolicy Timoru. W Timorze dołączyła do nich Filipinka, a w grudniu przyjedzie Amerykanin. Na miejscu będą pomagać dzieciom w Timorze jako świeccy misjonarze. Mają być nauczycielami, wychowawcami, budowniczymi nowego życia. A co dokładnie będą robić, miało okazać się tak właściwie na miejscu.
Jola ma 24 lata, z wykształcenia jest psychologiem. Żeby móc wyjechać do Timoru zostawiła pracę w Ministerstwie Gospodarki w Warszawie. Jest pierwszą świecką ostrołęczanką, która wyjechała na misje do Timoru.
- Nie każdy, kto chce, może wyjechać na misje - tłumaczy Jola. - To po pierwsze kwestia motywacji, a po drugie nie każdy potrafi zrezygnować na dłuższy czas z dotychczasowego życia. Najgorsze jest rozstanie z rodziną, z bliskimi.
Jola dodaje, że jej wyjazd najbardziej przeżywają mama i babcia. To nie pierwszy jej wyjazd na misje poza granice Polski, ale pierwszy tak daleko. Pierwszy na tak długo.
Jola spędzi w Timorze dwa lata, nie będzie w tym czasie przyjeżdżać do kraju.
- Byłam przez miesiąc na misjach w Afryce - opowiada Jola. - Był to rodzaj przygotowania do tego wyjazdu.
W Polsce trudno jest wyjechać na misje osobie świeckiej. Przeszkodą są często bariery techniczne (trzeba mieć wyższe wykształcenie, znać języki obce), do tej pory wyjeżdżali głównie księża i zakonnicy. Jola wyjeżdża z ramienia Międzynarodowego Wolontariatu Kanosjańskiego, który działa przy Zgromadzeniu Sióstr Kanosjańskich. Zgromadzenie za jeden z celów swojej działalności stawia współpracę ze świeckimi. W Timorze misjonarze będą pracować w szkołach, które działają przy tamtejszym Zgromadzeniu Sióstr Kanosjańskich.
- Jest tam placówka edukacyjna, którą odbudowują siostry - mówi Jola. - Jest tam koledż i przedszkole, a także internat.
Jola musiała przejść przez kilka etapów tzw. formacji misyjnej, żeby wyjechać na misje. Na formację składały się systematyczne spotkania misjonarzy w Polsce, następnie w Rzymie. O tym, gdzie pojedzie na misje, dowiedziała się w maju tego roku.
Misjonarze musieli spełnić kilka warunków, żeby zakwalifikować się do wyjazdu. Musiały być to osoby z wyższym wykształceniem (będą uczyć w szkołach, więc takie wymogi postawiły władze Timoru), zdrowe, a przede wszystkim musieli to być ludzie z odpowiednią motywacją - zdecydowani pomagać, nawet jeżeli wiąże się to z pozostawieniem dotychczasowego życia. Ponadto, trzeba było władać biegle angielskim i jednym z języków, które obowiązują w Timorze: portugalskim, indonezyjskim i dialektem tetum. Jola opanowała tetum.
- Tego języka łatwo się uczyć Polakom - opowiada. - Przede wszystkim dlatego, że mówi się tak samo jak pisze. Na pewno było mi łatwiej niż Christie, Amerykance, która razem ze mną wyjeżdża do Timoru.
Jolę spotkaliśmy kilka dni przed wyjazdem. Była bardzo zabiegana, bo miała jeszcze mnóstwo pracy, ale jednocześnie szczęśliwa.
- Najgorsze są te szczepionki - opowiadała o swoich przygotowaniach do wyjazdu. - Musiałam się zaszczepić przeciw żółtej febrze, tyfusowi, zapaleniu opon mózgowych, żółtaczce typu A i B.
Ponadto, trudno spakować bagaż na dwa lata. Jola, poza ubraniami (w Timorze panuje klimat podzwrotnikowy) zabiera słowniki z psychologii, książki, leki i zdjęcia.
- Do Rzymu nie mogę zabrać ze sobą więcej niż 20 kg - mówi. - Z Rzymu do Dili można mieć bagaż do 40 kg.
W Timorze będą mieszkać tuż obok sióstr kanosjanek. Tam będą sobie organizować życie. Miesięcznie od sióstr każdy z misjonarzy otrzyma 70 dolarów, z tego 50 dolarów idzie do wspólnej kasy na wyżywienie. Dwadzieścia dolarów, które im pozostanie, mogą wydać na siebie - w praktyce oznacza to kupno znaczków pocztowych, żeby wysłać listy do rodziny. A znaczki są w Timorze bardzo drogie. Poza tym, jak mówi Jola, czasami za własne pieniądze trzeba np. kupić leki dzieciom albo opłacić pobyt w szpitalu.
- A to są sprawy zdecydowanie ważniejsze od znaczków - dodaje.
Poza pracą misjonarze będą uczestniczyć w modlitwach i we Mszy św. Ma być odprawiana po portugalsku albo po angielsku.
- Podobno w Timorze jest ksiądz Polak - mówi Jola. - Mam nadzieję więc, że będę miała z kim porozmawiać po polsku, bo tego mi na pewno będzie brakowało.
Najbardziej boi się, jak poradzi sobie z językiem. W Timorze będzie posługiwała się językiem angielskim lub dialektem tetum.
- Na pewno będzie brakować polskiego - mówi Jola. - A przede wszystkim bliskich.
Samego Timoru się nie obawia.
- Nie jest to aż tak niebezpieczne miejsce - dodaje ostrołęczanka. - Chcę pomagać i z takim celem tam jadę, więc myślę, że poradzę sobie ze wszystkim.
A pomagała już w szkole podstawowej i średniej. Potem na studiach pracowała jako wolontariuszka w warszawskim domu pomocy społecznej. Na pytanie, dlaczego Timor a nie Polska, odpowiada:
- Z takim pytaniem spotykam się często. Myślę, że każdy ma swoją drogę. Ja wybrałam właśnie taką. W ten sposób widzi się szerzej i dalej, a dzięki temu można zobaczyć więcej.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki