MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Tomek na rozgrzanym dachu

jaz
Co kryje się za zagadkową wycieczką Tomka na dach? To, co powiedział prezesowi Społem i to, co mówił policjantom, bardzo różni się od siebie
Co kryje się za zagadkową wycieczką Tomka na dach? To, co powiedział prezesowi Społem i to, co mówił policjantom, bardzo różni się od siebie J. Zaradkiewicz
W czasie akcji ściągania desperata z dachu wyszło na jaw, że ostrołęcka straż pożarna nie dysponuje najnowocześniejszym sprzętem do takich akcji, za to policja ma skutecznych negocjatorów.

Przez ponad godzinę policyjny negocjator rozmawiał z dwudziestolatkiem, który nie chciał zejść z dachu budynku przy placu Bema. Była to jedna z pierwszych akcji ostrołęckiej policji z udziałem negocjatora. Policjantom na takie sytuacje pozostają tylko argumenty słów, bo straż pożarna nie dysponuje poduszką powietrzną, która mogłaby pomóc w ratowaniu potencjalnych samobójców. Przy okazji tego incydentu w Ostrołęce zapachniało poważnym zagrożeniem.
W środę 11 sierpnia przed południem prezes ostrołęckiej PSS Społem Wiktor Bednarczyk zauważył, że w budynku PSS przy placu Bema 9 ktoś chowa się w zejściu do piwnicy. Nieznajomy chłopak opowiedział prezesowi, że boi się, ucieka, bo go gonią, że coś mu grozi. Prezes poradził mu, aby wyszedł drugim wyjściem, ale nieznajomy pobiegł na drugie piętro, na którym znajdują się biura PSS i zabarykadował się w pomieszczeniu socjalnym. Na plac Bema przyjechali policjanci i straż pożarna. Gdy oknem weszli do zabarykadowanego pomieszczenia, nie zastali w nim nikogo. Przypuszczali, że chłopak wyszedł oknem na dach i zbiegł z dachu po drabinie. Policjanci i strażacy odjechali. - Nic nam nie zginęło, nie ponieśliśmy żadnych strat - powiedział nam prezes Bednarczyk.

Na dachu w samo południe

Nie minęło pół godziny, a policjanci i strażacy znów musieli przyjechać na plac Bema.
- Chłopak siedzi na dachu i nie chce zejść - dowiedzieliśmy się, gdy znów pojawiliśmy się pod biurami PSS. Na skraju dachu dwupiętrowego budynku przy placu Bema 9 siedział chłopak w czerwonej koszulce.
- Gdzie ona jest? Przywieźcie tu Sylwię. Ja jestem przestępcą, a ty chcesz ze mną rozmawiać? - krzyczał do policyjnego negocjatora.
- Mam na imię Paweł, a ty? - pytał z dołu policyjny negocjator, chłopak odpowiedział, że ma imię Tomek. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że Tomasz Z. jest m.in. podejrzewany o kradzieże telefonów komórkowych. Gapie, którzy go znają, powtarzali, że chłopak bierze narkotyki.
W ostrołęckiej policji zamieszanie na dachu PSS było pierwszą bojową próbą dla policyjnych negocjatorów. Było tuż po 13, gdy negocjator wszedł na dach. Przez ponad godzinę rozmawiał z chłopakiem, próbując się do niego zbliżyć.
- Bierze go na wodę, bo tam strasznie gorąco - komentowali gapie, których rozganiali policjanci. Na dachu w samo południe było bardzo gorąco, grzało południowe słońce, odczuwalna temperatura wynosiła w granicach 30 stopni Celsjusza.
Wydarzenia na budynku nie budziły większego zainteresowania przechodniów, tylko nieliczni przystawali.
- Nie mógł zdecydować się na bardziej widowiskowe miejsce - złośliwie komentowali, ci którzy zdołali dostrzec zamieszanie na dachu budynku. Wśród gapiów słychać było krzyki pod adresem chłopaka i policjantów: - Skacz! - Zdejmijcie go snajperem - pokrzykiwali.

Co wydarzyło się rano?

Na tyłach narożnego budynku przy placu Bema policjanci zablokowali ruch, by nie rozpraszać negocjacji. - On się mnie słucha, porozmawiam z nim - proponowała dziewczyna, która mówiła, że Tomek bierze narkotyki. Gdy negocjator próbował nawiązać z nim kontakt, policjanci szukali Sylwii. W domu, pod podanym przez chłopaka adresem zastali tylko jej matkę. Tego dnia wcześnie rano chłopak przyszedł do Sylwii, spotykali się od pewnego czasu. Jej matka powiedziała, żeby dał dziewczynie spokój. Tomek wyszedł, a Sylwia za nim wybiegła. W czasie gdy Tomek żądał od policjantów by przywieźli do niego Sylwię, ona miała być nad rzeką. - Wzięła ręcznik i poszła na plażę - powiedziała matka Sylwii policjantom. Bała się o los córki, bo znała kryminalną przeszłość ojca Tomka. Między innymi dlatego uważała, że jej córka nie powinna spotykać się z synem przestępcy. Poszukiwania dziewczyny trwały jeszcze po ściągnięciu Tomka z dachu. Policjanci nie puścili chłopaka, do czasu znalezienia Sylwii. - Prowadziliśmy intensywne poszukiwania dziewczyny, gdyż zawsze musimy brać pod uwagę również najbardziej czarne scenariusze. Kiedy ją odnaleźliśmy byliśmy już spokojniejsi o jej los - powiedział nam komendant ostrołęckiej policji podinsp. Mirosław Dąbkowski.
Po odnalezieniu Sylwii, chłopak został odwieziony na zamknięty oddział psychiatryczny szpitala w Choroszczy. Na dobrowolne poddanie się leczeniu psychiatrycznemu namówili go policyjni negocjatorzy.

Negocjatorzy bez skokochronu

Cały czas w pogotowiu stał wóz straży pożarnej z drabiną. Niestety tylko tyle może zaoferować ostrołęcka straż pożarna w podobnych sytuacjach. - Rok temu zastanawialiśmy się nad zakupem skokochronu, ale najtańszy kosztuje ok 20 tysięcy złotych - powiedział nam rzecznik ostrołęckiej straży pożarnej Bartosz Pliszka. - W dodatku taki skokochron, niezależnie od tego, czy był używany, czy nie, musi po pięciu latach być wycofany z eksploatacji.
Strażacy wspominają, że jeszcze niedawno mieli na wypadek podobnych akcji rękaw ewakuacyjny, ale teraz nawet nim nie dysponują. W przypadku realnego zagrożenia życia ludzi, np. podczas pożaru wysokiego bloku musieliby ściągać skokochron, aż z Warszawy. Tym razem obeszło się bez niego, po ponad godzinie negocjacji strażacy ściągnęli negocjatora z Tomkiem w koszu wozu bojowego. - Negocjatorzy sprawdzili się i wykonali porządną pracę. Najprawdopodobniej uratowali ludzkie życie - chwalił komendant ostrołęckiej policji podinsp. Mirosław Dąbkowski.
- Ktoś go solidnie skopał i siadła mu psychika. Ta sprawa z dziewczyną to tylko zasłona dymna - uważa chłopak, który przyglądał się akcji policji. Nieznajomy utrzymuje, że zna Tomka ze szkoły. - On nie jest świadomy tego co robi, zawładnęły nim demony, może się zdarzyć, że za kilka dni nie będzie tego pamiętał - ciągnie dalej chłopak. - Musiał go ktoś pobić, bo on nie wygląda jak człowiek, który się tylko przewrócił - dodaje. Prezes PSS Wiktor Bednarczyk potwierdza, że widział u chłopaka rany na rękach.
Policjanci podkreślają, że akcja, taka jak ta, która miała miejsce na placu Bema jest bardzo kosztowna. Wymagała zaangażowania kilku radiowozów, drabiny strażackiej i asysty pogotowia ratunkowego. - Będziemy rozważać pozywanie takich osób o zwrot kosztów przeprowadzanych akcji - dowiedzieliśmy się nieoficjalnie w Komendzie Miejskiej Policji.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki