Tomasz Kopyra: Piwna rewolucja w Polsce dopiero się zacznie

Kacper Rogacin
Kacper Rogacin
Zaktualizowano 
W jaki sposób Polska może stać się piwną potęgą, co zmieni zakaz picia piwa w miejscu publicznym i dlaczego obniżka akcyzy nie sprawi, że piwo rzemieślnicze potanieje - wyjaśnia piwny krytyk Tomasz Kopyra z blogu www.blog.kopyra.com.
Fot. Pawel Lacheta / Polska Press / Express Ilustrowany

Tomasz Kopyra z blogu blog.kopyra.com - dla całej rzeszy piwnych geeków w Polsce jest Pan piwną wyrocznią. Skąd w ogóle pomysł, żeby opowiadać o piwie?

Wszystko zaczęło się od piwowarstwa domowego. Właściwie najpierw było wino domowe, ale zawsze wolałem piwo od wina, więc gdy dowiedziałem się, że można też samodzielnie warzyć piwo, to zacząłem się tym interesować. To był rok 2004. Zacząłem czytać, szukać i okazało się, że - wtedy głównie za granicą - istnieje cały bogaty świat piwa. Że piwo to nie jest tylko „złocisty trunek”.

Nie przepada Pan za tym określeniem.

Bardzo się zżymam, kiedy czytam, że ktoś jest „miłośnikiem złocistego trunku”. Co to znaczy „złocisty trunek”? Piwo może być czerwone, czarne, brązowe... Przecież oczy piwne to nie są oczy żółte, tylko brązowe. Dlaczego? Bo przez wieki piwo miało właśnie taki kolor. No więc odkryłem, że ten świat piwa jest niesamowicie bogaty. Bardzo często nie byłem w stanie kupić w Polsce piwa w jakimś konkretnym stylu, więc sam je warzyłem. Później wszystko zaczęło wokół piwa krążyć. Kiedy jechałem gdzieś za granicę, to rozglądałem się za ciekawymi piwami. Szukałem browarów w okolicy i jeśli była taka możliwość zwiedzałem. Urlop w kraju, gdzie nie ma ciekawego piwa nie wchodzi w grę. Coraz więcej pisałem też na forach internetowych, wsiąkałem w to. Te posty stawały się coraz dłuższe, zmieniło się to w taką publicystykę, aż wreszcie założyłem własny blog. To był 2010 rok, a w 2012 roku zacząłem nagrywać wideo o piwie.

Jaka była reakcja innych piwnych znawców?

Nikt tego w zasadzie wówczas w Polsce nie robił. Większość blogerów a nawet spora część czytelników traktowała to z uśmieszkiem drwiny, ale jednak to chwyciło i kanał pociągnął resztę za sobą. Gdyby nie było kanału na YouTube, który obecnie ma ponad 100 tysięcy subskrybentów, to pewnie nie byłoby książki, która okazała się bestsellerem, bo sprzedała się w ponad 25 tysiącach egzemplarzy, co jak na polskie warunki jest świetnym wynikiem.

Jest Pan sędzią konkursów piwa, sędziował Pan w USA, Japonii, kilku krajach Europy. Ilu ma Pan kolegów po fachu w Polsce?

Jest nas czterech sędziów piwowarskich, którzy jeżdżą na duże międzynarodowe konkursy. Ale to się bardzo dobrze rozwija, również dzięki Polskiemu Stowarzyszeniu Piwowarów Domowych, które certyfikuje sędziów na potrzeby polskich konkursów. Bardzo wielu z tych sędziów, chcąc się sprawdzić, podchodzi do prestiżowego certyfikatu amerykańskiego BJCP i osiągają bardzo dobre wyniki. Obecnie mamy chyba kilkunastu sędziów BJCP w Polsce, a sędziów PSPD jest już ponad 100.

Sędziowanie na zagranicznych konkursach jest dochodowe?

W zasadzie... to tylko generuje koszty. Sędziowie generalnie sędziują za zapewnienie noclegu i posiłków. Nawet przelot jest pokrywany z własnej kieszeni. Ja akurat znalazłem sposoby monetyzowania tej swojej działalności i jestem w stanie - dzięki współpracy z browarami i doradztwu - pozwolić sobie na to, żeby na takie konkursy dwa-trzy razy do roku się wybrać.

Czym jest „piwna rewolucja”, o której tyle Pan opowiada?

Zaczęło się to wszystko w Stanach Zjednoczonych. W 1978 roku prezydent Jimmy Carter podpisał ustawę, która znosiła zakaz warzenia piwa w domu. Ten zakaz obowiązywał jeszcze od czasów prohibicji. Sytuacja w USA wówczas wyglądała trochę tak, jak u nas przed piwną rewolucją - były trzy duże koncerny, które produkowały miliony hektolitrów piwa. Wszyscy na świecie się z tego piwa śmiali - był choćby słynny skecz Monthy Pythona, że piwo amerykańskie jest jak seks w kajaku, czyli „fucking close to water”. Amerykanie, którzy podróżowali do Europy, próbowali piwa niemieckiego, brytyjskiego i szczególnie belgijskiego, które - w przeciwieństwie do ich bezsmakowego - było po prostu eksplozją smaku. Niestety po powrocie, nie mogli tego piwa na miejscu kupić. A więc tak samo jak w początkach mojej przygody z piwem, po prostu próbowali je uwarzyć sami. Nastąpiła prawdziwa eksplozja piwowarstwa domowego, która po kilkunastu latach doprowadziła do powstania ponad 6 tysięcy browarów rzemieślniczych.

Jak duże było to zjawisko?

To jest niewyobrażalne, ale w Stanach Zjednoczonych liczba piwowarów domowych osiągnęła milion osób. To tak jakby w Polsce było prawie 200 tysięcy piwowarów. I naturalną koleją rzeczy było to, że jak już warzyli piwo lepsze niż w sklepie, to zaczęli to robić zawodowo. Ludzie, którzy warzyli piwo w weekendy stwierdzili, że rzucają pracę i otwierają browar. Browary, które były zakładane 30-40 lat temu, teraz są już dużymi graczami. Produkują czasem nawet kilkaset tysięcy hektolitrów rocznie i to piwo eksportują na cały świat. Ale wszystko zaczęło się od piwowarstwa domowego. W Polsce jest podobnie.

W Polsce na piwną rewolucję czekaliśmy jednak dużo dłużej. Dlaczego?

To prawda. Początkiem było otwarcie pierwszego sklepu dla piwowarów domowych - Browamatora - w 2002 roku. Osiem lat później powstało Polskie Stowarzyszenie Piwowarów Domowych, a w 2011 roku zaczęła się u nas piwna rewolucja. Szacuję, że dziś liczba piwowarów domowych w Polsce wynosi kilkadziesiąt tysięcy osób. Kamieniem milowym był u nas browar Pinta i jego Atak Chmielu, który miał premierę w maju 2011 roku. Atak Chmielu powstał według receptury Ziemowita Fałata, współzałożyciela Browamatora.

Mówi Pan, że u nas piwna rewolucja jest bardzo ściśle związana z piwowarstwem domowym. U naszych sąsiadów słynących z dobrego piwa - Czechów, czy Niemców - sytuacja jest podobna?

Nie, tam piwowarstwo domowe nie jest tak popularne. Wszystko dlatego, że oni nie mieli aż tak źle. Mogli po prostu pójść i kupić w miarę dobre piwo w sklepie, albo w knajpie. U nas to wszystko wymarło w końcówce XX wieku. Dostępny był tylko jasny lager, nic innego. No to ludzie stwierdzili, że sobie sami uwarzą dobre piwo i zaczęli to robić. Bez piwowarstwa domowego nie byłoby w Polsce rewolucji piwnej, bo po prostu nie kształciło się w Polsce piwowarów. Nie było takiej potrzeby. Browary były zamykane, a nie otwierane.
Symbolem piwnej rewolucji jest chmiel, którego ilości w wielu piwach rzemieślniczych są ogromne. Kiedy spróbowałem piwa kraftowego, byłem w szoku. Nie smakowało jak żadne piwo, które dotąd piłem. Nie ma Pan wrażenia, że „statystyczny Polak” w ogóle nie wie, jak smakuje prawdziwe piwo chmielowe?

Mówienie, o piwie „chmielowym”, sugeruje, że inne piwa są „bezchmielowe” to jest mit. Bo praktycznie w każdym piwie jest użyty chmiel. Osobną kwestią jest, ile tego chmielu dodano do piwa. Wielkie koncerny dają go przerażająco mało. Dlaczego? Ponieważ wyszło im z badań, że klienci nie chcą gorzkiego piwa, bo są przyzwyczajeni do smaku słodkich soków, napojów gazowanych, które lubią.

Można to w ogóle określić mianem piwa?

Jest to piwo, tylko że piwo kiepskie. Ja jestem przeciwnikiem używania takich pejoratywnych określeń typu „napój piwopodobny”. To jest piwo. Jeżeli tam jest słód, chmiel, jeśli zaszła fermentacja drożdżami, jeżeli był proces zacierania, warzenia, to to jest piwo. Ono może być kiepskie, bezsmakowe, ale pozostaje piwem. Michael Jackson, znany krytyk piwny z Wielkiej Brytanii mówił, że piwowar, który usiłuje uwarzyć piwo, które będzie smakowało każdemu, jest z góry skazany na porażkę. Nie da się. Po prostu ludzie są zbyt różni. Wobec czego koncerny postanowiły warzyć piwo, które nie odrzuca nikogo i nikogo nie wyklucza. Nie jest za gorzkie, za kwaśne, za słodkie, za „jakiekolwiek”. Efektem jest to, że wszystkie piwa koncernowe na świecie smakują tak samo, czyli są wodniste. Przy dużym schłodzeniu smakują praktycznie jak woda mineralna.

Mimo że to piwo jest bezsmakowe, to znajduje potężną liczbę amatorów. Polacy są w absolutnej czołówce narodów, które piją najwięcej piwa na świecie. Większość tego piwa, to „koncerniaki”.

Przez 28 lat spożycie piwa w Polsce wzrosło z 30 do 100 litrów na osobę, obecnie jesteśmy na 4. miejscu na świecie pod względem spożycia na głowę. To wydarzyło się naprawdę bardzo szybko. Konsekwencją jest to, że my nie wytworzyliśmy kultury picia piwa, takiej jaką mają np. Czesi, Niemcy, Brytyjczycy. W związku z czym my dopiero tego wszystkiego się uczymy. To ma też swoje pozytywne skutki, bo dzięki temu, że Polacy nie mieli silnej kultury picia piwa, to lepiej rozwija się nam piwna rewolucja. Polacy są otwarci, a dla Czecha czy Niemca piwo w stylu IPA to jakiś wynalazek. On całe życie pije na zmianę trzy marki i im jest wierny. W Polsce tego nie ma. U nas bierze się czteropak piwa, które jest najtańsze. Ale to też ma ten pozytywny skutek, bo Polak jest otwarty na eksperymenty. Piwo, które pachnie grejpfrutami z chmielu? Super, spróbujmy! Piwo, które pachnie bananami i goździkami, bo jest to piwo pszeniczne na drożdżach, które wytwarzają takie aromaty? Czemu nie! Natomiast dla Czecha piwo to jest tylko jasny lager, ewentualnie ciemny, a wszystko inne to są wynalazki.

Rośnie świadomość tego, że są na rynku lepsze, smaczniejsze piwa, niż koncernowe?

Generalnie Polacy, jak na naród czwarty na świecie pod względem spożycia piwa na głowę, wiedzą o piwie mało. Ale to się zmienia, mam nadzieję, że też za moją sprawą. Polacy interesują się piwem i to jest też coś, co nas wyróżnia na tle innych krajów. Jest jednak chęć, żeby piwo zgłębiać, dowiedzieć się czegoś o nim, spróbować czegoś nowego. To jest niesamowite, że mimo iż browarów w porównaniu do Czech nie ma u nas tak dużo, to nowych piw powstaje pięć razy więcej. Czeski browar wychodzi z założenia: „Mamy cztery piwa w ofercie i wystarczy”. A polski browar robi cztery premiery nowych piw w miesiącu. W 2016 roku pojawiło się w Polsce ponad 1500 nowych piw. Tylko nowych, a przecież ileś setek czy ileś tysięcy już było. Polscy klienci chcą nowości, chcą być zaskakiwani. U nas warzy się piwa z suszoną śliwką, z pulpą z mango, z malinami czy wiśniami. Ale również z kawą czy herbatą, z kakao, z kokosem. I to nie są jakieś aromatyzowane radlery, tylko piwa bardzo złożone, ciekawe, które naprawdę potrafią zachwycić.

W takim razie dlaczego na przykład jakiś koncern nie pomyśli sobie: „Dobra, skoro można zrobić piwo naprawdę dobre, to zrobimy jedno dobre piwo i niech ono się sprzedaje”?
Dlatego, że wielkie koncerny zakładają, że jeżeli wypuszczają nowe piwo, to ono musi być w każdym sklepie w Polsce. To oznacza, że trzeba go wyprodukować kilkadziesiąt tysięcy hektolitrów rocznie. To jest dziesięć razy więcej, niż przeciętny browar kraftowy wyprodukuje przez cały rok. A to tylko jedno piwo. Żeby im się opłacało zaprojektować etykietę, zamówić billboardy, wymyślić kampanię reklamową, to musi być odpowiedni minimalny wolumen. I ten wolumen dla marki z browaru koncernowego jest bardzo wysoki. Oni po prostu nie potrafią i nie mają możliwości robienia krótkich serii. I to jest powód, że tak ciężko im w ten rynek wejść. Często przywołuję takie porównanie, że koncerny piwowarskie są jak wielkie tankowce, które dwa dni wcześniej muszą podjąć decyzję, że będą zmieniać kurs. Natomiast małe browary to piraci na pontonach, którzy uwijają się wokół tych tankowców. Oczywiście nie są w stanie zatopić tego statku, ale trochę krwi im napsują.

Małe browary pokazują, że można sprzedawać piwo drogo, nie biją się o „najniższą cenę za czteropak”. Są utrapieniem dla koncernów?

Tak, ale głównie wizerunkowym, bo pokazują, że można uwarzyć piwo, którym ludzie będą się zachwycali. A piwami koncernowymi nie zachwyca się nikt. To jest kolejna z rzeczy, które wyróżniają polskich konsumentów od czeskich czy niemieckich. Jeżeli zapytamy Niemca czy Czecha, jakie jest najlepsze piwo na świecie, to na 99 procent każdy Czech powie, że czeskie, a Niemiec, że niemieckie. A Polak powie, że czeskie, albo że niemieckie. Nie powie, że polskie. Jest tu pewien kompleks.

Mówi Pan, że Polacy w większości doceniają bardziej piwa niemieckie czy czeskie. A co ludzie z zagranicy, którzy się na tym znają, mówią o polskich piwach rzemieślniczych?

Zapraszam wielu zagranicznych sędziów, blogerów na polskie festiwale. I oni są w szoku, że w Polsce może funkcjonować festiwal na 20-60 tysięcy ludzi i to organizowany na stadionie, bo często na Zachodzie te festiwale są na jakichś salach gimnastycznych, czy w opuszczonych fabrykach. Rozmach, jaki mają polskie festiwale w Warszawie, Wrocławiu, czy w Poznaniu, ich szokuje. Próbują tych piw i oczy im się otwierają jeszcze szerzej. Nagle się okazuje, że w Polsce można spotkać kilkadziesiąt piw leżakowanych w beczkach po whisky, piwa z najnowszymi odmianami chmielu. Bardzo szybko stają się gorliwymi ambasadorami polskiego piwowarstwa i zachęcają swoich znajomych do eksplorowania naszego rynku.
W swoich filmach mówi Pan, że co prawda piwna rewolucja u nas już się zaczęła, ale tak naprawdę jesteśmy u początku tych zmian.

Zacznijmy od tego, że koncerny w Polsce, poza porterami bałtyckimi, przez ćwierć wieku nic nie robiły. Tylko jasnego lagera i to bezsmakowego, bo nawet pilsa ze świecą szukać. Ale to też sprawiło, że tak pięknie nam się rozwija piwna rewolucja. Bo na pustkowiu jest łatwo rosnąć, nie ma konkurencji. Cały czas twierdzę, że jesteśmy na samym początku. W Polsce mamy obecnie 200 browarów rzeczywistych, plus 100 kontraktowych, czyli powiedzmy 300 browarów, w około 40-milionowym kraju. A Czechy mają browarów 400, a są cztery razy mniejsze. Czyli gdyby u nas miało być takie nasycenie browarami jak jest w Czechach, to w Polsce powinno być 1200 browarów.

A czy tam konsument nie jest inny?

Oczywiście, że jest inny, ale to tylko pokazuje, że u nas jest potencjał na bardzo duży rozwój. We Włoszech, w kraju typowo winiarskim, gdzie spożycie piwa wynosi 30 litrów na głowę, jest blisko 800 browarów, we Francji blisko 1000. W Wielkiej Brytanii jest grubo ponad 2000 browarów. Zatem w Polsce naprawdę jest miejsce przynajmniej dla 400-600 browarów.

Dlaczego zatem nie obserwujemy procesu masowego powstawania browarów?

Jednym z poważnych „hamulców” tego procesu są przepisy. Browarom byłoby łatwiej, gdyby nie musiały spełniać absurdalnych wymogów, które nikomu nic nie dają. Ani budżet państwa z tego nie ma pieniędzy, ani konsument z tego nie ma korzyści. To jest spełnianie wymogów tylko i wyłącznie dlatego, że tak jest w większych browarach. Chodzi o wymiarowanie i legalizowanie sprzętu, procedury rozliczania akcyzy.

Rząd twierdzi jednak, że pomaga małym browarom. Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział w listopadzie, że od 2018 roku akcyza dla tzw. browarów rzemieślniczych zostanie obniżona o 50 procent. Pan natomiast mówi, żeby nie popadać w hurraoptymizm. Dlaczego?

Po pierwsze - każda obniżka podatku z zasady jest dobra, ale... Do tej pory ulga w akcyzie była uzależniona od wielkości browaru, od wielkości rocznej produkcji. Im mniejszy browar, tym większa ulga. Wobec czego browary, które produkowały do dwudziestu tysięcy hektolitrów piwa rocznie, miały znacznie większą ulgę, niż browary, które były w przedziale, na przykład, od stu do dwustu tysięcy hektolitrów. Teraz one wszystkie będą miały taką samą ulgę w akcyzie, co oznacza, że te mniejsze browary tracą swoją przewagę nad browarami nieco większymi. Czyli najmniejsi zyskują najmniej, a najwięcej zyskują ci średni.

Ale jednak zyskują.

Tak, każde pieniądze, które zostają w browarze, mogą być przeznaczone na inwestycje w sprzęt, czy poprawienie płynności finansowej. Problem polega na tym, że komunikat, jaki poszedł z tą informacją, był taki, że rząd pomaga browarom i piwo rzemieślnicze potanieje. A paradoksalnie w piwie rzemieślniczym udział akcyzy jest najmniejszy, w stosunku do ceny całego piwa. Akcyza spadnie o jakieś 8-10 groszy na butelce piwa, które kosztuje 8-10 złotych. Czyli nawet, gdyby browar obniżył cenę o te 10 groszy, to nikt tego nie zauważy. Co więcej, ktoś inny może skonsumować te 10 groszy, np. hurtownia, albo sklep. Więc browar popełniłby błąd, gdyby spróbował obniżyć cenę piwa. Co innego, gdyby taka obniżka akcyzy dotknęła koncerny - 10 groszy na butelce, to dla nich by była po prostu bajka.

Co w takim razie należałoby najpilniej zmienić?

Na pewno dla browarów gigantycznym ułatwieniem byłoby uproszczenie procedury. Teraz wszystko się opiera na deklaracji, że tego dnia uwarzyliśmy tyle piwa, o takim ekstrakcie, od tego mamy zapłacić tyle akcyzy. I celnik może przyjść w dniu warzenia i sprawdzić czy to, co napisano w papierach jest zgodne z rzeczywistością. Problem polega na tym, że czasem wizyta tego celnika w browarze kosztuje tyle samo, albo i więcej, co wpływ z akcyzy, więc jest to kompletnie bezsensowne. Można byłoby np. składać zestawienie o tym, ile wyprodukowało się piwa na podstawie dokumentów finansowo-księgowych, które też podlegają przecież kontroli ze względu na podatek dochodowy i VAT. Wystarczyłoby, że browar wysyła raz w miesiącu - sprzedaliśmy piwa za tyle i tyle tysięcy, to było piwo o takim i takim ekstrakcie, akcyza wynosi tyle i tyle. Koniec. Nie trzeba by robić wymiarowania tanków, płynowskazów, całych tych korowodów, które kosztują olbrzymie pieniądze i czas.

Ostatnio dużo krytykował Pan wprowadzony właśnie przez rząd zakaz picia piwa w miejscu publicznym. Ale przecież już wcześniej na ulicy nie można było wypić piwa.

Widzi pan, do tej pory w prawie nie było zapisu, że nie można pić piwa w miejscu publicznym. Był zapis, że nie można pić na ulicach, skwerach, placach, w parkach oraz w miejscach, w których zostanie to zakazane prawem lokalnym. Natomiast dzisiaj zapis brzmi, że jest zakaz picia w miejscu publicznym, bez podania definicji, co jest tym miejscem publicznym. W ustawie tej definicji nie ma. Czyli de facto nie można pić piwa nigdzie. Przy ewentualnych sporach, kiedy ktoś nie przyjmie mandatu i sprawa trafi do sądu, każda sprawa może się inaczej skończyć, bo jeden sąd powie, że to było miejsce publiczne, a drugi, że nie było. Posłowie, mając świadomość, że nie podali tej definicji, napisali w uzasadnieniu, że miejsce publiczne można rozumieć na przykład w taki sposób, jak w ustawie o przeciwdziałaniu terroryzmowi. Przecież to jest kabaret. To tylko świadczy o tym, że oni byli świadomi, że to prawo jest źle napisane. Tak się nie powinno wprowadzać przepisów legislacyjnych w żadnym kraju. W tej sytuacji nielegalne będzie np. picie piwa przy ognisku na terenie zielonym za miastem, w lesie albo na przystani na Mazurach.

W rządzie powstał też pomysł zakazania reklamy piwa w telewizji przed godziną 23. Wielkie koncerny biją z tego powodu na alarm.

Trzeba sobie uświadomić, że - jakkolwiek ja jestem jednym z najbardziej zajadłych krytyków koncernów - to dzisiaj Polacy piją przede wszystkim piwo, a nie wódkę, dzięki koncernom. Nie jesteśmy krajem wódczanym, tak jak to było jeszcze w 1989 roku, kiedy kończył się komunizm i byliśmy na równi z Rosją jeśli chodzi o spożycie wódki. Dzisiaj ono spadło pewnie do jednej trzeciej tego, co było w 1989 roku. To dlatego, że przerzuciliśmy się na piwo, co z każdego względu jest lepsze. Piwa nie pije się po to, żeby się upić. Można to robić, ale jednak zwykle Polacy do upijania się wybierają wódkę. To przerzucenie się z wódki na piwo nie miałoby miejsca, gdyby nie reklama piwa. To koncerny piwowarskie zachęciły Polaków do zamiany wódki na piwo. Zachęca się też do odpowiedzialnej konsumpcji. Częściej, ale mniej. Przecież to browary same z siebie zaczęły stosować oznaczenia „Nie jeżdżę po alkoholu” czy „Nie piję w ciąży”. Niewiele to zmieni dla tego, czy ludzie zaczynają pić piwo czy nie, natomiast może to mieć negatywne skutki dla mediów, dla branży reklamowej. Już to wszystko przerabialiśmy. Teraz reklama będzie, ale od 23, czyli jak telewizja kupi hit, to będzie pokusa, żeby ten film puścić o 23, bo przy nim będzie można wyświetlić reklamy. To jest bezsens.

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Wideo

Materiał oryginalny: Tomasz Kopyra: Piwna rewolucja w Polsce dopiero się zacznie - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 6

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

g
gih

Karls Berg czy Oko Cim jeden wuj, jedne szczyny.

d
degustator alkoholowy

Pierwszy alkoholik Rzeczypospolitej.

O
Olo

Za to co Carlsberg zrobił z Okocimiem. To do każdego Duńczyka powinno się mówić : Ty Szwedzie

G
Gość

to od nich ściągano haracz bo wszystko miało być wspólne państwowe. transformacją mieli dostać tyle ile wypracowano - dostali g... !!! zachodni wyzyskiwacze zaczęli robić siki nie piwo a od dzisiejszych naszych prywatnych bandziorów co się uwłaszczyli na wspólnym majątku piwa nie kupię, z resztą i wszystkiego innego. kupuję tylko niezbędne rzeczy i tyle !

w
wojtekm49

Rozumowanie "Pana Od Piwa" bardzo mi się podoba , z resztą dobre piwo też.

L
Leopold Benda

Panie Tomaszu, bardzo dobry wywiad, trafia w sedno i jest na czasie.

Temat piwo rzemieślnicze to góra lodowa, której widzimy tylko wierzchołek,  ten nad wodą,

a cała czeluść, część podwodna, jakże ważna dla rozwoju kraftu piwnego jest tajemnicza,

zagmatwana, niewsidoczna, głęboko ukryta.

 

Bardzo dobrze, że zaczyna ją Pan wyjaśniać - dla upowszechnienia podstawowej  edukacji

w tym fundamentalnym temacie.

 

Życzę sukcesów w Nowym 2018 Roku, pozdrawiam, Leopold Benda

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3