Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Studnia dla babci

mm
Antonina Barszcz ma 88 lat. Mieszka sama w drewnianej chacie we wsi Kurpiewskie w gminie Lelis. Co dwa, trzy dni nosi od sąsiadów w plastikowych butelkach wodę. Nabiera jej tylko tyle, ile jest w stanie sama udźwignąć. Wystarcza na herbatę i żeby coś ugotować. Najgorzej jest zimą, kiedy musi iść oblodzoną, wiejską drogą. Ze łzami w oczach opowiada nam, że już nieraz poślizgnęła się i przewróciła.

- Modlę się do Boga i proszę, żeby mnie zabrał do siebie, żebym się dłużej nie musiała męczyć. Od jedenastu lat jest wdową. Nie mieli z mężem dzieci. Płacze i mówi, że może gdyby je mieli, starość byłaby lżejsza i mniej przykra. - Nie mam nikogo. Nikogo do opieki. Nikt mi nie pomaga. Bo kto mi pomoże? Noszę wodę w pięciolitrowym baniaku. Więcej nie radzę. Latem pomalutku jakoś sobie doniosę, ale najgorsza jest zima - pani Antoninie rwie się głos. - I tak od jedenastu lat męczę się ze wszystkim sama. Na podwórku stoi studnia, a raczej coś co umownie można nazwać studnią. Obudowa zbita z desek, które przez lata zdążyły spróchnieć i dwu-, trzymetrowa odkryta dziura z zanieczyszczoną wodą. Nie ma żurawia ani wałka z korbą, którym można byłoby ze studni wyciągać wodę. - Ta woda nie nadaje się nawet do zmywania. Podlewam nią czasami ziele przy domu, bo szkoda, żeby schło. Ale do picia to w ogóle niezdatna - staruszka bezradnie rozkłada ręce. Przyznaje, że od czasu gdy o mały włos do studni nie wpadła, bo zakręciło się jej w głowie, boi się z niej korzystać. Gospodarstwo przekazali z mężem do gminy w styczniu 1982 roku w zamian za rentę rolniczą. Od gminy wydzierżawił je Witold Karczewski z Kurpiewskich. Pani Barszcz ma zapewnione dożywocie, czyli do końca życia może mieszkać w wybudowanym przez siebie i męża domu. - Dostaję 600 zł, ale co to jest, kiedy trzeba żyć, wykupić leki, zapłacić żeby ktoś oprał, narąbał drzewa na zimę. A z gminy nawet grosza z opieki nie dostałam. O tym jak ciężko żyje się pani Antoninie bez wody, opowiedział nam jej siostrzeniec Tadeusz Parciak, który sam już jest starszym, około sześćdziesięcioletnim mężczyzną. - Nie kazałem jej pić tego bajora, bo jeszcze się zatruje. Pan Tadeusz mieszka w okolicach Płocka. Do Kurpiewskich, do rodziny przyjeżdża kilka razy w roku. Wtedy robi ciotce zakupy, przynosi wodę. Kilka razy w sprawie studni interweniował w Urzędzie Gminy w Lelisie. Na samo wspomnienie urzędu zaczyna się trząść ze zdenerwowania. - Tłumaczyłem w ośrodku pomocy społecznej i wójtowi, że nie można tak tej starszej kobiety samej sobie zostawić i prosiłem, żeby gmina jej zrobiła tę studnię. Ciotka mogłaby nawet część pieniędzy dołożyć, ale żeby jej tę wodę doprowadzili jakoś do domu i wie pani co usłyszałem? Że mogę poprosić sąsiadów to ciotce wodę będą przynosić, bo studni to się nie opłaca wybijać. Nie wiadomo przecież ile ona pożyje - streszcza wzburzony to, co usłyszał od urzędników. Danuta Piersa, kierownik Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej mówi, że sytuacja 88-letniej pani Barszcz jest jej i pracownikom socjalnym dobrze znana. Twierdzi jednak, że jak dotąd staruszka odrzucała wielokrotnie proponowaną pomoc. - Jeździliśmy do Kurpiewskich kilka razy i namawialiśmy panią Barszcz na usługi opiekuńcze. Nie możemy jednak komuś pomagać na siłę, jeśli sobie tego nie życzy. Do pani Barszcz mogłaby przychodzić opiekunka, która nie tylko prałaby, sprzątała, gotowała i robiła zakupy, ale też przynosiłaby wodę. Takie usługi opiekuńcze wykonywane codziennie po cztery godziny kosztują 70-80 zł miesięcznie. - Rozmawialiśmy również z Karczewskimi. Powiedzieli, że nie mają nic przeciwko temu, żeby zabrać panią Barszcz do siebie. Już kiedyś opiekowali się jej mężem podczas choroby. Ale pani Antonina nie chce takiej pomocy. Powiedziała, że ktoś z dalszej rodziny do niej zagląda. Rzeczywiście, przyjeżdża do niej pan Parciak, siostrzeniec. Danuta Piersa dodaje, że pracownicy socjalni proponowali także, że porozmawiają z sąsiadami i poproszą ich, by donosili staruszce wodę, ale państwo Karczewscy się sprzeciwili twierdząc, że skoro się zobowiązali, to wodę będą przywozić. Witold Karczewski w obecności wójta pisemnie zobowiązał się latem, że od 29 lipca 2004 roku, co drugi dzień będzie Antoninie Barszcz dostarczać wodę. - Ale pani Barszcz powiedziała, że nie chce - mówi kierownik Piersa. To samo słyszymy od Witolda Karczewskiego. - Proponowałem, że na zimę do siebie mogę ją zabrać. Nie chce. W wodę zaopatrzam, w drzewo też. Kiedy pytamy panią Antoninę, dlaczego nie chce przyjąć proponowanej pomocy od Karczewskich, jest zdenerwowana i nie może powstrzymać się od płaczu. - Całe lato u mnie nie byli. Tyle razy przyjeżdżają, chodzą po podwórku, ale do domu nie zajrzą. Nie sprawdzą nawet, czy jeszcze żyję. Butelki wody nie przynieśli. Po co te głupoty ludziom opowiadać, że się interesują? Interesowali się wtedy, jak brali to gospodarstwo. Mówi, że kiedy dwa lata temu zimą ciężko zachorowała, to odwiedzał ją tylko ksiądz z Łęgu Starościńskiego. Nikt inny nie przyszedł sprawdzić, co dzieje się ze staruszką. A drewno na zimę ma ze stodoły, która rozpadła się. Za pocięcie drewna przez mężczyzn ze wsi zapłaciła. Płaci też za pranie i za to, żeby ktoś z sąsiadów w niedzielę zabrał ją ze sobą samochodem do kościoła. - Pani Barszcz jest jeszcze zupełnie sprawna. Całe lato chodziła na grzyby i jagody do lasu. Nam mówi, że jeszcze sobie sama radzi i nie potrzebuje, żeby ją obchodzić - twierdzi Karczewski. Ludzie ze wsi, których pytamy o panią Barszcz, nie bardzo wiedzą, co mają powiedzieć. Zaznacząją, że wody ze swoich studni nie bronią, ale jakoś nikomu do głowy nie przyszło, żeby od czasu do czasu zanieść jej wiaderko. - Ciężko ją w domu zastać. A to na grzybach, a to gdzieś po kuzynach jeździ - tłumaczy mężczyzna spotkany pod sklepem spożywczym, obok domu pani Barszcz. - Poza tym, proszę pani, to z nią aż tak źle nie jest. Inni dodają jeszcze złośliwie, że pani Antoninie studnię powinien ksiądz wykopać, bo za tyle, ile ofiaruje na kościół, to nie jedną już by miała na podwórku. - Każdy we wsi słyszał, ile daje na ofiarę w kościele - twierdzi jedna z mieszkanek wsi. Bo jej ofiary nie są anonimowe, ale Barszczowa życzy sobie, żeby ksiądz wyczytywał na mszy, ile daje. Niedawno 5 tys. dała na kościół. I po wsi chodzi i też opowiada, że inni to się rządzić pieniędzmi nie potrafią, a ona umie uskładać. - Dawniej to ludzie tacy bardziej współczujący byli. Przejmowali się starymi, a teraz? Jeden drugiego nie obchodzi, nie pomaga. Najlepiej żeby stary człowiek jak najszybciej zszedł z oczu. Sołtys Kurpiewskich Wiesław Gromek jest wyraźnie zirytowany, kiedy pytamy go, dlaczego nikt we wsi nie pomaga pani Barszcz, nie nanosi jej wody? Sołtys mieszka po sąsiedzku, przez płot z panią Antoniną. - Mówiłem, że od nas wodę może brać śmiało. Mam studnię głębinową. Wody nie trzeba wyciągać, bo jest kran. Do tej pory myślałem, że ją od nas bierze. Od pani słyszę, że Barszczowa wodę gdzieś ze wsi nosi. Nigdy nie było problemu, żeby żona albo syn jej tę wodę zanieśli, kiedy nie ma mnie w domu. Sołtys, który jest też organistą w kościele w Łęgu, prostuje, że za podwożenie pani Barszcz na msze bierze pieniądze. - Sam jadę to i ją zabieram. Są w naszej wsi ludzie w trudniejszej sytuacji, tacy którzy nie chodzą i nie opowiadają, ile pieniędzy naskładali na książeczkach. Zapewniam panią, że gdyby działa się ciotce Barszczowej krzywda, ja pierwszy interweniowałbym u wójta o pomoc.

*

Babci Barszczowej trzeba jednak pomóc. Jeśli nie można wykopać jej nowej studni, to trzeba po prostu postawić przed jej domem codziennie wiadro czy dwa czystej wody. Na pewno jej nie wyleje. Do tej pory nikt tego nie robił, twierdzi babcia. Do sprawy powrócimy i sprawdzimy, czy pani Barszcz nadal sama musi sobie dawać radę.

Studnia nie rozwiąże problemu

Czy gmina mogłaby zapłacić za wywiercenie nowej studni dla 88-letniej mieszkanki Kurpiewskich, zapytaliśmy wójta Lelisa Stanisława Subdę: - Moim zdaniem nie ma takiej potrzeby. O ile wiem, ta starsza pani nie potrzebuje aż tak dużo wody, żeby wiercić dla niej nową studnię. To bardzo droga sprawa i z pewnością, gdybyśmy wykopali studnię pani Barszcz, to zaraz ustawiłaby się kolejka jeszcze wielu innych osób. Sprawa wyglądałaby prościej, gdyby wieś była zwodociągowana i wystarczyłoby zrobić przyłącze. Zdaniem wójta sama studnia problemu nie rozwiązuje, bo kobieta musiałaby wodę z niej wyciągać. Nawet gdyby obok studni stanął hydrofor, to staruszce ciężko byłoby wodę pompować. - Proponowałem kilkakrotnie, że jeśli tylko pani Barszcz będzie chciała, w każdej chwili otrzyma z gminy pomoc - mówi wójt. - Codziennie będzie chodzić do niej pani, która posprząta, nanosi wody, upierze. Ale pani Barszcz nie chciała pomocy z gminy.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki