Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Sprawa honoru

ar
Józefa Koczkodon z Makowicy oskarżyła Andrzeja Koczarę o pobicie. Koczara przysięga, że ciotki nie tknął, a ta wymyśliła całą historię, by odebrać mu darowiznę.

Do ubiegłego roku Koczarowie i Józefa Koczkodon stanowili całkiem zgodną rodzinę, co potwierdzają sąsiedzi ze wsi. Józefa Koczkodon jest 77-letnią samotną kobietą. Mąż jej zmarł sześć lat temu, dzieci nie mieli. Została na 6-hektarowej gospodarce. Barbara Koczara jest jej bratanicą i chrześniaczką, mieszka kilka domów dalej z mężem, synem, synową i małoletnią córką. - Od lat pomagałam cioci. I w polu, po śmierci wujka, i w domu - zapewnia Barbara Koczara. - Nigdy nie myślałam, że spotka nas z jej strony taka krzywda.

Darowizna do zwrotu

Krzywda spadła nagle, po uprzednim dobrodziejstwie. W sierpniu 2002 roku Józefa Koczkodon aktem notarialnym jako darowiznę przepisała na Barbarę i Andrzeja Koczarów dom wraz z siedliskiem. Niewielką murowankę, którą wraz z mężem pobudowali w 1970 roku, drewnianą stodołę i niedużą murowaną oborę. Ziemię, na której niegdyś z mężem gospodarzyła, przekazała bratankowi z sąsiedniej wsi. Obie darowizny obwarowane są obowiązkiem dożywocia, czyli opieką nad ciotką do końca życia. - Chodziła po wsi i opowiadała, jak podzieliła majątek, a ludzie ją chwalili, że tak mądrze i sprawiedliwie to zrobiła - opowiada jeden z gospodarzy. - Myśmy się wcale o tę darowiznę nie prosili. Ciocia sama zaproponowała - mówi Barbara Koczara, nie ukrywając jednak, że taka darowizna to dla nich cenna rzecz. Jedyna ich obecna własność. Koczarowie nie mają ziemi, nie mają pracy. Dorabiają gdzie się da, w polu u gospodarzy, on przy murarce. Mieszkają w starym rodzinnym domu, który jest własnością brata Brabary Koczarowej, choć dwa lata temu stali się prawnymi właścicielami domu ciotki. - Ciocia nie bardzo chciała zgodzić się na przeprowadzkę, więc na siłę nie chcieliśmy się jej na głowę sprowadzać - twierdzi Barbara Koczara. - Tam jest tylko pokój z kuchnią, reszta domu w tej chwili nie nadaje się do użytku. Trzeba by go wyszykować. Za ciasno by nam było. A ciocia jeszcze rześka całkiem, nie jest obłożnie chora. Więc zdecydowaliśmy, że na razie, póki ciocia stałej opieki nie potrzebuje, mieszkać będziemy oddzielnie. Ale Andrzej był zawsze na każde zawołanie ciotki. Ja też pomagałam. Obchodziliśmy się z nią jak z jajkiem. Uważaliśmy, że wszystko jest w porządku. Rodzinne stosunki załamały się wiosną ubiegłego roku. - W kwietniu pojechałem do sanatorium do Ciechocinka, dokąd dostałem skierowanie z ZUS - wspomina Andrzej Koczara. - Po moim powrocie ciocia przyszła do nas, przywitała się, pogadaliśmy i oznajmiła, że następnego dnia, 8 maja, jesteśmy umówieni u notariusza. Nie wiedzieliśmy po co, ale pojechaliśmy. Okazało się, że ciotka chce zerwać umowę notarialną i odebrać nam darowiznę domu. Nie zgodziliśmy się. Notariusz powiedział, że w takiej sytuacji sprawę można tylko rozwiązać sądownie. Powiedziałem, że jeżeli sąd tak orzeknie, to będę musiał oddać. Ciotka powiedziała, że spotkamy się w sądzie. 2 czerwca Józefa Koczkodon wniosła do Sądu Rejonowego w Przasnyszu sprawę o rozwiązanie umowy darowizny i dożywocia. - Wcześniej dowiedziałem się, że ciotka chce sprzedać dom, który nam podarowała. W maju przyjechał jakiś człowiek, byłem akurat wtedy u ciotki, i mówił, że chce kupić ten dom. Powiedziałem, że nie jest na sprzedaż. Zaraz potem ciotka wniosła sprawę o złamanie umowy notarialnej - mówi Andrzej Koczara. - Cały czas nas przy tym nagabywała, abyśmy jej darowiznę zwrócili. My nie chcieliśmy. Zanim doszło do rozprawy przed sądem cywilnym, rodzinny konflikt trafił do sądu karnego. Józefa Koczkodon oskarżyła Andrzeja Koczarę, że ją pobił.

Feralna sobota

Do zdarzenia doszło podobno 28 czerwca ubiegłego roku. - Pojechaliśmy całą rodziną podlać chryzantemy, które uprawiamy na działce podarowanej przez ciotkę - opowiadają Koczarowie. - Syn z synową wrócili do domu, my z córką zostaliśmy. Andrzej Koczara wszedł do domu z ciotką. "Ciotka wtedy zaczęła od razu do mnie mówić: no co, oddata mi to wreszcie, czy nie?" - zeznawał Koczara w sądzie - "Ja wtedy odpowiedziałem: ciociu, jeśli sąd nam odbierze, to tak będzie, ale ja nie mam powodu, żeby to robić. I zacząłem wychodzić z kuchni. Wtedy ciotka powiedziała: czekaj, ja zadzwonię na policję i powiem, że mnie pobiłeś. I zaczęła głową kręcić o futrynę drzwi. Zobaczyłem, że ciotka robi to na poważnie, bo poszła do sąsiadów dzwonić. To i ja poszedłem do domu zadzwonić na policję". Józefa Koczkodon opowiada zdarzenie inaczej: - Siedzieliśmy w kuchni - pokazuje krzesła - Mówiłam mu, że nie opiekują się mną jak należy. On się zdenerwował. Chciał wejść do pokoju. Spytałam, po co tam idzie, wtedy szturchnął mnie łokciami w kręgosłup, a potem popchnął, tak że uderzyłam głową o framugę drzwi. Zrobiło mi się ciemno w oczach. On wtedy uciekł. Jak się ocknęłam, poszłam do sąsiadów i zadzwoniłam na policję, że mnie pobił. Sąsiedzi od których dzoniła, w sądzie zeznali (a także w rozmowie z nami), że nie widzieli śladów pobicia. Józefa Koczkodon była tylko zdenerwowana i płakała. Na interwencję przyjechało dwóch plicjantów. Jeden z nich jest zięciem bratanka, któremu Józefa Koczkodon przepisała ziemię. Koczarowie uważają, że nie był to zbieg okoliczności. Policjanci spisali notatkę (stwierdzili w niej, że już miała ślady zasinienia pod oczami), namawiali poszkodowaną, by pojechała na obdukcję, ale nie chciała. Do lekarza pojechała w poniedziałek. Lekarz chirurg z Makowa stwierdził krwiaki pod oczami, krwiak czoła po lewej stronie i na lewym ramieniu. Obrażenia poniżej siedmiu dni uszczerbku na zdrowiu. Biegły lekarz stwierdził potem, że zaświadczenie z obdukcji jest zbyt lakoniczne i "ma nadzwyczaj ograniczoną wartość dla orzekania o czasie i mechaniźmie powstawania zmian urazowych. Na podstawie tego opisu uraz mógł teoretycznie powstać zarówno w wyniku samookaleczenia, jak też w wyniku działania innej osoby". - Ja ciotki nie dotknąłem - zapewnia Andrzej Koczara. - Na starym ciele siniaka można sobie natłuc bezboleśnie choćby trzonkiem od noża. I myślę, że ona zrobiła to specjalnie, żeby mieć podstawy do odebrania tego domu, który nam wcześniej podarowała. Ktoś musiał ją do tego namówić - uważa Koczara. Mimo tego tłumaczenia motywów i zeznań wielu mieszkańców wsi, którzy wydali Koczarze jak najlepszą opinię, sąd uznał, że pobicie mogło mieć miejsce. "Konsekwencja pokrzywdzonej w relacjonowaniu zdarzenia, jej stan emocjonalny zaobserwowany przez świadków bezpośrednio po incydencie, rodzaj i rozmieszczenie obrażeń ciała, dają w ocenie sądu uzasadnienie, aby zeznania Józefy Koczkodon obdarzyć wiarygodnością" - czytamy w uzasadnieniu. Sąd jednocześnie zaznaczył, że szkodliwość czynu nie jest znaczna, a "działania oskarżonego były w dużej mierze spowodowane wzburzeniem i natarczywością pokrzywdzonej". Sąd umorzył sprawę warunkowo na dwa lata, obarczając Andrzeja Koczarę kosztami na rzecz Józefy Koczkodon w wysokości 1700 zł. - To nie jest wyrok skazujący, a sprawa była trudna, bo bez świadków. Musieliśmy zawierzyć bardziej wiarygodnym zeznaniom. Bardziej wiarygodne wydało się nam to, że oskarżony w emocjach popchnął tę kobietę na drzwi, tak, że doznała urazu twarzy, niż sugestia o samookaleczeniu - argumentuje orzeczenie sędzia Mirosław Bielski z Wydziału Grodzkiego Sądu Rejonowego w Przasnyszu. Obie strony odwołały się do Sądu Okręgowego w Ostrołęce (adwokat Józefy Koczkodon domagał się wyroku skazującego w zawieszeniu, adwokat Koczary uniewinnienia), który jednak utrzymał wyrok w mocy. - Co mi z tego, że sąd umorzył sprawę, skoro uznał jednak, że pobiłem ciotkę. A ja tego nie zrobiłem! - zapewnia Andrzej Koczara. - To po prostu jej wymysł, żeby odebrać nam dom, a mnie skompromitować przed sądem cywilnym, bo nie miałaby innych powodów do złamania aktu notarialnego. Poza tym oskarżyła mnie bezpodstawnie. Będę dochodził prawdy, gdzie się da, bo to dla mnie sprawa honoru.

Sąsiedzi nie wierzą sińcom

W pobicie ciotki przez Andrzeja Koczarę nie bardzo wierzą sąsiedzi. Podczas zeznań w sądzie wszyscy świadkowie o Koczarze wypowiadali się pozytywnie - że spokojny, robotny, że pomagał ciotce. Mówią, że przed tym konfliktem nigdy nie słyszeli skarg Józefy Koczkodon na Koczarów. - Nie wierzę w to, że Koczara pobił ciotkę. To jest bardzo spokojny, zrównoważony i miły człowiek - mówi Helena Sztymerska, sąsiadka Józefy Koczkodon. - Koczarowie bardzo ciotce pomagali, przed tą sprawą zawsze się tu kręcili, zawsze coś robili. Zimą ciotka często bywała u nich. Koczara wieczorem zawsze do domu ją odprowadzał. Dziwię się tej sytuacji. Sąsiadka nigdy się na nich nie skarżyła. Zaskoczeni obrotem spraw są także inni sąsiedzi. - Żal mi Koczary. On muchy by nie skrzywdził, a ciotkę by uderzył! Niemożliwe. On od lat jej pomagał we wszystkim. I przecież nie wtrącają się do niej. Mogliby się tutaj legalnie wprowadzić, ale zostawili jej dom, sami gnieżdżą się w dwóch pokojach. Ktoś Koczkodonową musiał chyba na to wszystko nakręcić - uważa jeden z sąsiadów Józefy Koczkodon. - Kiedyś ona zawołała mnie, żebym zawiesiła jej firanki przed Wielkanocą. Była już wtedy skłócona z Koczarami. Zawiesiłam firanki, omiotłam kurze. Potem Józefa Koczkodon chciała, żebym zeznawała przeciwko Koczarom w sądzie. Nie zgodziłam się. Jak jest między nimi, tylko oni sami wiedzą, ale wiem, że przed tym incydentem opiekowali się nią jak należy - mówi inna sąsiadka. Sołtys wsi Janina Sieczkowska jest zbulwersowana postępowaniem Józefy Koczkodon, choć to także jej ciotka. - Ona zresztą dla całej wsi była ciotką - mówi. - Wszyscy ją lubili, bo energiczna, gadatliwa, pogodna. Ale po tym zdarzeniu ludzie się od niej odwracają. I wydaje mi się, że ona wstydzi się tego, co zrobiła. Powinna się wstydzić. Kilka dni temu było zebranie wsi. Żałuję, że nie było Koczarów, bo musiałaby wtedy wobec wszystkich mieszkańców powiedzieć Koczarze prosto w oczy, że ją pobił. Ludzie na pewno by w to nie uwierzyli, wszyscy go znają jako spokojnego, uczciwego i prawego człowieka. Do mnie ludzie przychodzą z różnymi konfliktami. Ciotka nigdy na Koczarów się nie skarżyła - mówi sołtys. Sąsiedzi dodają, że po wsi chodziła plotka, że Józefa Koczkodon chce odebrać darowiznę i sprzedać dom. Józefa Koczkodon zaprzecza: - Po prostu jestem niezadowolona z opieki, którą oni obiecali w akcie notarialnym - mówi. - Powinni się mną opiekować za cały dorobek mego życia, który za darmo dostali. Powinnam mieć w domu posprzątane, uprane, powinnam mieć opłacone świadczenia za prąd. A ich trudno było o cokolwiek się doprosić. Do sąsiadki musiałam chodzić z prośbą, żeby mi na Wielkanoc kurze przetarła i firanki powiesiła. Innemu sąsiadowi musiałam zapłacić za przebieranie kartofli. A oni zawsze brali stąd co chcieli. Mleko od krowy pili jak cielaki, ale ja wiadra z wodą taszczyłam, żeby krowę napoić. Póki im siedliska nie zapisałam, byli jak te anioły, że aż mnie omamili dobrocią. Jak dostali papier własności, powiedzieli, że sama mogę o siebie dbać, takie pany się stały. Ja całe życie na to, co im oddałam, tyrałam i nadal ciężko pracuję, a oni łaskę robili, jak palcem tknęli. Zimą śnieg sama muszę odgarniać, przy inwentarzu chodzić. Jak potrzebowałam pojechać kiedyś do lekarza, Koczara powiedział, że mogę na rowerze pojechać. Żona bratanka mnie wtedy zawiozła - skarży się Koczkodanowa. Koczarowie wszystkiemu zaprzeczają. - A ze sprzedażą domu to stolarz, który robił mi drzwi, sobie zażartował. Nie rozmawiałam z nikim o sprzedaży. Jednak w sądzie Józefa Koczkodon zeznała: "Chciałam umowę dożywocia rozwiązać. Chciałam, żeby oskarżony oddał całą posesję, jaką mu dałam. Miałam zamiar pójść do domu starców, bo będzie mnie wtedy na to stać. Mogłabym też zrobić sobie pomnik". Jakieś plany zbycia posesji chyba więc jednak snuła.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki