Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Solidne przygotowania do świąt

Agata Sobolewska
Znowu święta. Rany boskie, jak ja nie lubię świąt! Zawsze się z kimś kłócę, przed, podczas, albo po. Prezenty... Taki piękny sweterek dostałam od męża w zeszłym roku. Od razu pomyślałam, że przydałby się biednym dzieciom. Taki był kolorowiutki - na pewno poprawiłby komuś humor.

Młode panienki trudno mi z moją budżetową pensją zadowolić. Bo jakim niby cudem ma mnie być stać na to, co dostaje ten krezus, Ola z VI a?
Matka z ojcem pożarci na pewno będą już podczas lepienia pierogów, dobrze że lata już nie te, bo w bujnej młodości oboje posiadali niezrównany temperament, który raz sprawił że wytłukli w Boże Narodzenie całą zastawę, a innym razem… Nie, już nie wspomnę. Małżonek pojedzie do swojej mamusi. Jego mamusia mnie nie cierpi. Nie będę się więc pokazywać na oczy. Ja też jej nie cierpię - ale nikomu ani słowa. Trzeba upiec ciasto. To spory problem. Zeszłego roku murzynek, według projektu mojej siostry (zawsze się udaje, nawet kulinarnym idiotom), uzyskał w piekarniku cudownie piękny czarny kolor, a po przekrojeniu, nie wiem czemu, spokojnie wypłynął na stół. Ja pędem do cukierni, a tam tylko takie jak moje ciasta już zostały. Głównie z okruchów wygniatane. Ale przynajmniej w stanie skupienia stałym. Oczywiście dzień po Wigilii okazało się że: nie ma chleba, nie ma papieru toaletowego, świąteczny prezent dla teściowej - rzadkiej brzydoty gliniany dzbanuszek, który z właściwą sobie bezmyślnością wybrał, a następnie stłukł mój mąż. Poza tym nie wiem co, ale jeszcze coś się niedobrego działo.
Tym razem postanowiłam przygotować się do świąt solidnie - jak do oblężenia. Będę twarda, pomyślałam. Sama wszystkiego dopilnuje, ciasto kupię od Bliklego, pierogi zrobi mi mamusia, a ja tylko śledzie (może uda się ich nie spieprzyć). Młodocianym kupię po czapce od Big Stara, albo innego Reserveda, wiele kosztować nie będzie, a na pewno rzecz z wielką metką firmy bardziej cieszy, niż takie dżinsy z bazaru czy stadionu.
Nie damy się w tym roku - dodawałam sobie ducha i przy sobotnim śniadaniu oznajmiłam wszem i wobec, że pragnę udać się na wypad - zakupy do miasta.
Mąż, że to przy okazji on też i słodkie dzieciaczki także. Nawet na rękę mi to było, bo autobusem nie tak poręcznie z siatami się pchać.
Przeliczyłam gotówkę, spojrzałam na wydruk, ile plastikowych pieniędzy na karcie zostało i wpadliśmy wesołą czwóreczką do rozklekotanego kadeta, prując prosto na Warszawę. Obejrzymy sobie to nowe centrum - zdecydowaliśmy w drodze. Ciotka, co mieszka niedaleko Dworca Gdańskiego, mówiła mojej mamusi, że przez dwa tygodnie jechała godzinę dłużej do pracy - z okazji wielkiego otwarcia.
Centrum Arkadia - najmłodsze w stolicy, naprawdę imponuje rozmachem.
Już na wstępie z zadowoleniem zakonotowałam, że komunikacyjnie jest bardzo przyjazne mieszkańcom północnego Mazowsza, chociażby ze względu na wspomnianą bliskość Dworca Gdańskiego. Dla zmotoryzowanych klientów olbrzymie parkingi wyposażono w system ułatwiający znalezienie wolnego miejsca do parkowania. Przy wjeździe do każdej alejki elektroniczna plansza informuje o liczbie wolnych miejsc, które z kolei oznaczone są zielonymi światełkami. Zielone: wjeżdżaj - czerwone: szukaj dalej - w walce o przyciągnięcie klientów robi się dzisiaj różne dziwne sztuczki.
Wchodząc do środka, zaczynamy sunąć po wypolerowanych marmurowych posadzkach jak po lodowej tafli. Kolorki wysmakowane, wszędzie szkło, błyszczące detale, kwiatki, choinki i dziki tłum ludzi. Stylistyką centrum nawiązuje do tradycyjnych pasaży miejskich, dzięki czemu udało się pomysłodawcom z tego handlowego kolosa stworzyć miejsce nie przytłaczające odwiedzających przestrzenią. Nazwy pasaży nastrajają patriotycznie - tu Wisła, ówdzie Kopernik, wysoko nad głowami wykute nazwy nauk - astronomia, matematyka… Dlaczego właśnie tu, zupełnie nie mam pojęcia, bo pod tymi dumnymi pojęciami najzwyklejsze, snobistyczne oazy kapitalizmu. Jest na co popatrzeć i od czego dostać bólu głowy.
Na początek wstąpiliśmy do Liroya Merlina. Od razu zauważyłam przepiękne tapety, cudne firanki i amarantowe atłasowe poduchy, które natychmiast przeistoczyłyby mieszkanie w orientalny buduar, o czym od dawna marzyłam. Małżonek pociągnął mnie jednak mimo oporu w dział wiertarek i młotków, w którym nudziłam się setnie. Następnie ot, tak żeby nie wyjść z wprawy, awanturowaliśmy się o to, co jest nam w tej chwili niezbędnie potrzebne. Wyszło, że ani narzędzia, ani firanki, chociaż mój sprytny mężczyzna usiłował jeszcze przeforsować swój cwany plan, argumentując, że kupi wiertareczkę na gwiazdkę dla teścia... Przejrzałam jego knowania i udało nam się wyjść z tego skądinąd świetnie zaopatrzonego sklepu obronną ręką - to znaczy z nienaruszonymi funduszami.
A może zobaczyć coś bardziej eleganckiego i snobistycznego? No nie, żeby od razu kupować, nabywać, wydawać pieniądze, ale zainspirować się świątecznie? Almi Dekor pasuje jak znalazł - piękna wystawa, zielona i śnieżna a w środku wiszące... gęsie skrzydła chyba. Sztuczne. Bardzo ładne. Cieszyły się z tego, co widziałam, sporym wzięciem. Ale nie ma się co śmiać, bo ze sklepu wyszłam ze szlochem nieledwie. Za nic w świecie nie będzie mnie jeszcze długo stać na ozdabianie własnych pomieszczeń mieszkalnych takimi przedmiotami.
Sklep ze zwierzątkami rzucił nas na kolana. Dziewczynki nie mogły się oderwać od myszek, szczurków i króliczków, pan mąż zatrzymał się przy rybkach, a ja przy ptaszkach… hmm, przelotnie wszyscy zwróciliśmy uwagę na boa dusiciela.
- Czy tego węża się kupuje na metry (dowcipy mojego męża)
- Może mamusi, zamiast szaliczka kupimy (dowcip mój - on się śmiał tylko półgębkiem)
- Mamo, chodź! Pan tu go będzie wypróbowywał, tego węża! (słowa młodszej córki - nie wiem skąd ona taka inteligentna).
Moim zdaniem, wąż był za drogi. Nieduży kawałek takiego gada kosztował 400 złotych. Oprócz tego nowa kolekcja odzieżowa dla piesków, cały stojak smyczy, kagańców, i innych akcesoriów (może by się w domu przydały takie gadżety - psa wprawdzie nie mamy, ale jako środek wychowawczy, kto wie...).
Usługi świadczy to centrum właściwie wszystkie. Młode panienki nieśmiało pytały, czy nie sypnełabym grosza na chwilkę w solarium, nowe pazury, krótsze włosy, albo chociaż parę groszy na kafejkę internetową? Mają banki, krawca, pralnię, kosmetyczkę, fryzjera. Nie ma chyba tylko wróżki, ale pewnie i to zapewni wkrótce swoim klientom zapobiegliwa dyrekcja. Będą wróżyć z fusów od kawy. Bo te kilka kawiarń, sądząc z liczby klientów, produkuje zapewne mnóstwo fusów. Chciałam po cichu zagłębić się w Szuwary - ale nie miałam szansy - przegłosowano mnie na korzyść kawiarni Wedla. Cóż, muszę przyznać, że zupełnie niezła, choć rujnująca, czekolada zaprowadziła mnie w podróż sentymentalną. Wygląda prawie tak jak dawno temu wyglądała czekoladopijalnia Wedla na Szpitalnej. Piłam tam czekoladę, będąc zupełnie małym brzdącem. Czekolada wzmocniła nieco nasze nadwątlone siły, dzięki czemu z nową energią ruszyliśmy dalej. Piękne kolorowe sweterki zwabiły nas do butiku z odzieżą dla sportowców, narciarzy. Aż dwa koło siebie stanęły butiki. Na pierwszy rzut moje oko zwróciło się na stolik z kuszącym napisem "obniżki". Ale ledwo dotknęłam rękawa zupełnie ładnej polarowej bluzy, wypadła z niej cena - ponad cztery stówy. "Idziemy stąd" zawołałam gromko, argumentując, że do Aspen na narty pojedziemy w przyszłym roku, więc lepiej na nowe modele zaczekać...
Potem były zegarki, ale ponieważ nie zapowiada się latoś żadna komunia w rodzinie, z wystawą czasomierzy zeszło się nam jakieś 15 minut. Potem była biżuteria. Potem jeszcze po ciastku od Bliklego. Chwilkę straciliśmy, szukając dobrych obniżek u obrotnego szewca z Pragi (buty Bata), widać jednak było wyraźnie, że firma już od dawna posiada ma tylu entuzjastów, że nie musi liczyć się z cenami.
Ciuchy firmy "Reserved" są już chyba obowiązkowe w każdym mallu, pomyślałam z uznaniem. To w końcu "nasi" - Polak potrafi, ale moja sympatia dla firmy nieco ustąpiła pod naporem próśb, błagań i gróźb ze strony córek. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego chcą mieć rzeczy, które jeszcze wcale nie zostały przecenione.
Na szczęście konflikt międzypokoleniowy został zażegnany po wizycie w H&M. Prześliczne (w opinii panienek) czapki i szaliczki, okazały się mieć całkiem niewygórowaną cenę. Przy okazji ujrzałam sielankowy wręcz obrazek, zaaferowanych mamuś miotających się z wieszakami i siedzących karnie w ciszy i skupieniu pociech - wpatrujących się w wielki plazmowy ekran telewizora.

Coś trzeba zjeść konkretnego. I wypić.

Ile tu może być butików? W reklamówce napisali, że ponad 70, czy to wszystko da się zaliczyć za jednym zamachem?
Komputery. Vobis. Prześliczne. I w dodatku dają na raty. Nasz stary rupieć ciągle strajkuje, odmawia współpracy przy lepszych grach, a monitor, żal mówić. Może byśmy sobie na święta nowy komputer na raty kupili? Myśl sama w sobie pociągająca, ale z drugiej strony święta na głodno przed komputerem?
Gitary! Jakie piękne! Dobrze, że nie mam 17 lat, zaraz bym się zakochała w takim pięknym hiszpańskim instrumencie. Może wzmocnić się nalewką? Nalewki Russaka wyglądają dobrze. Może taki prezent dla tatusia? Chociaż nie, mama będzie wściekła, a dla mamy kawałek pachnącego zupełnie naturalnego mydła glicerynowego. Kokosowe, albo truskawkowe. Pani zachwala, że skóra po nim gładka. A jeszcze lepiej kupić specjalnego mleka w proszku i kąpać się w mleku. Jak ta caryca z bajki o koniku garbusku.
Pięknie pachną. Sól i kulki do kąpieli bardzo interesujące.
Opadam z sił, pomimo szczerych chęci, by oglądać dalej. Może niech zapewnią kupującym jakieś riksze, czy mini busy, które zatrzymują się przed wystawami?
Ruchome schody wiozą nas na piętro, gdzie zaraz w pierwszym butiku z ciuchami, daję się naciągnąć na kurtkę (jak raz świetnie przeceniona, śliczna i niezbędna jednej z moich córek). Ładna. Czerwona. A ja już ledwo trzymam się na nogach i moja odporność na wiercenie dziury w brzuchu słabnie.
Rozbiłam się o kolejną rafę obniżek i promocji. A w dodatku nie mam już siły żeby pędzić po cukier i śledzie do Carreffoura. Innym razem.
Jeszcze obiadokolacja i wracamy. Który z barów restauracyjnych wybrać? W razie braku porozumienia, zostaje jeszcze MacDonald, którego charakterystyczny neon świeci naprzeciwko centrum.
W kwestii odwiedzenia kina jestem nieubłagana - ponoć to największy multipleks w Warszawie. Po powrocie robię bilans zysków i strat. Wychodzi, że zostawiłam w Arkadii więcej niż przewidywałam. Z drugiej jednak strony mam prezenty dla mamy (mydełko glicerynowe na wagę), taty (nalewka śliwkowa), jednej z córek (czerwona kurtka).
No i cały dzień spędziłam wspólnie z rodziną w sumie nieźle się bawiąc. Obgadując ceny, oglądając ludzi, połykając pyszne ciastka i czekolady.
Nie udało nam się co prawda kupić tych preparatów do wytworzenia świątecznej kolacji. Na zdrowy rozum jednak to dlaczego nie mam ich kupić w swoim osiedlowym sklepiku?
Może bez marmurów, luster i drzew w doniczkach, jednak wizyta potrwa nie więcej niż piętnaście minut, i zaraz będę mogła wrócić do domu, żeby podziwiać nasz nowy przepiękny komputer.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki