Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Śmierć w płomieniach

mb
Z domu Eugeniusza Z. pozostały tylko zgliszcza
Z domu Eugeniusza Z. pozostały tylko zgliszcza M. Bubrzycki
W czwartek wczesnym wieczorem ciszę rozdarł dźwięk sygnałów samochodu strażackiego. Zanim przyjechała straż, wokół chałupy zebrał się tłumek sąsiadów. Patrzyli bezradnie w ogień buchający z drzwi. Wśród gapiów nie było Eugeniusza Z.

Eugeniusz Z. mieszkał na skraju Laskowizny. Tu się urodził i tu powrócił po śmierci żony.
- Ożenił się do Sadownego - tłumaczy sąsiadka. - Żona, niestety, ciężko zachorowała i zmarła. Wtedy on wrócił do rodzinnego domu. Mieli syna, ale wzięła go na wychowanie bezdzietna siostra żony. Teraz to już dorosły chłop. Wykształcił się i mieszka w Warszawie.
Po powrocie do Laskowizny Eugeniusz Z. zamieszkał w drewnianym domu wraz z matką, ojciec umarł wcześniej. To było kilkanaście lat temu. Póki żyła matka, Eugeniusz Z. żył - można powiedzieć - po bożemu. Dojeżdżał do pracy, nie nadużywał alkoholu. Niestety, matka zmarła.
- On miał taką słabość, że nie mógł zapanować nad swoją głową - tłumaczy sąsiadka.
To nie było tak, że Eugeniusz Z. od razu popadł w pijaństwo. To był proces - stopniowy i przerażający. Stracił pracę, potem padła mała firma malarska, która dawała mu jakieś pieniądze na utrzymanie.
Od pewnego czasu dom Eugeniusza Z. stał otworem. Mógł zajść do niego każdy.
- Wystarczyło, że byle kto kopnął nogą drzwi i wchodził - mówi sąsiad. - Nie pytał, czy można, a Genek nie był przeciwny. Tak to u niego było, że prawie zawsze ktoś tam siedział. Dobre miejsce tam było, bo blisko sklepu. Jak u niego było towarzystwo, to wtedy nie zachodziliśmy tam, bo i po co?
- Jak nie pił, to od czasu do czasu się tam zajrzało, choć strach było patrzeć na to, co on tam ma - tłumaczy sąsiadka. - Nic, tylko cztery ściany, a poza tym pełno brudu i zaniedbania. Już jakić czas temu odłączyli mu światło, bo nie płacił.
25 listopada wczesnym wieczorem ktoś zauważył dym wydobywający się ze szpar w drzwiach chałupy Eugeniusza Z. Z początku wyglądało to niegroźnie, ale gdy otwarto drzwi, z wnętrza buchnął ogień. Nie było mowy, żeby wejść do środka. Ktoś zatelefonował po straż, wokół zaczęli gromadzić się ludzie. Nie było wśród nich Eugeniusza Z.
- Pewnie został w środku - powiedział ktoś.
Gdy strażacy ugasili ogień, w zgliszczach znaleźli szczątki ciała ludzkiego. To był na pewno Eugeniusz Z., lat 54. Ze wstępnych ustaleń wynika, że ogień powstał od niedopałka papierosa albo od zapalonej ćwieczki.
- Gdyby wtedy w środku był któryś z jego kolegów, to może by go uratował, a tak to trzeba było się spalić - mówi sąsiadka.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki