MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Śladem telefonów do redakcji: Zajazd na truskawki

Marta Nożyńska
To zdjęcie otrzymaliśmy od pani Ewy Bystrek. Zrobione zostało tuż po zajeździe na truskawki
To zdjęcie otrzymaliśmy od pani Ewy Bystrek. Zrobione zostało tuż po zajeździe na truskawki
Ewa Bystrek sprzedawała w Makowie truskawki koło sklepu Gośka, w miejscu, gdzie sprzedawać nie wolno. Właściciel placu rozjechał jej kilka łubianek z owocami. Doszło do ostrej wymiany zdań i interwencji policji.

To zdjęcie otrzymaliśmy od pani Ewy Bystrek. Zrobione zostało tuż po zajeździe na truskawki

- Handlowałam truskawkami i najechał na mnie pan czerwonym suzuki. Zrobiliśmy zdjęcie. Zróbcie coś z tym. Ten pan ma układy w mieście - poskarżyła się nam Ewa Bystrek, dzwoniąc do redakcji.

Co się wydarzyło według Ewy Bystrek

Pani Ewa Bystrek, kobieta 41-letnia, mieszka w Dzierżanowie, gdzie prowadzi gospodarstwo i ma od ośmiu lat 2-hektarową plantację truskawek. Kiedy nadchodzi sezon, zbiera je i sprzedaje w skupie. Tak zrobiła w zeszłym roku, ponieważ dobrze płacili. W tym roku ceny w skupie były kiepskie - 1,30 zł za kilogram, postanowiła więc sprzedać część owoców z samochodu na ulicach Makowa i rynku w Pułtusku.
W środę 7 lipca Ewa Bystrek przyjechała do Makowa. Sprzedawała truskawki na prywatnym placu przy Gośce, obok skrzyżowania ulic gen. Pułaskiego i 1 Maja. W pewnym momencie nieoczekiwanie z jej prawej strony wyłoniło się auto i wjechało w stojące obok jej samochodu łubianki z owocami.
- "K..., nie będziesz tu stała", powiedział do mnie siedzący w samochodzie mężczyzna - opowiada niedługo po zdarzeniu roztrzęsiona kobieta. - Stałam niedaleko słupa, miałam otwartą klapę od bagażnika mojego samochodu, siedziałam pod nią, część łubianek stała przed samochodem, reszta była w środku. Nagle z mojej prawej strony niespodziewanie w truskawki wjechał samochód tego człowieka - opowiada Ewa Bystrek. - Miałam wielkie szczęście, że zdążyłam odskoczyć, bo i mnie by staranował, niewiele brakowało. Łubianki mi połamał, zniszczył truskawki. Zadzwoniłam na policję. Policjanci postraszyli mnie mandatem za handlowanie w niedozwolonym miejscu. Ten człowiek powiedział do policjanta, żeby spisał moje dane, żeby miał je do założenia sprawy w sądzie grodzkim. Ludzie się oburzyli. Podeszła pewna pani i zaczęła mówić, co o tym myśli, a on do niej wyskoczył z rękami, zadrapał ją na brodzie. To jest niemożliwością, żeby się tak zachować po trzeźwemu.

Co się wydarzyło według Józefa Mrugalskiego

Józef Mrugalski jest współwłaścicielem budynku i placu, na którym stoi sklep Gośka w Makowie. Kiedyś w tym miejscu miał własny market MDM, potem wynajął pomieszczenia właścicielom sieci sklepów Gośka. Wokół marketu ustawiają się handlarze, pomimo że tablica wyraźnie zabrania w tym miejscu handlu.
Józef Mrugalski, z którym rozmawialiśmy w sobotę 10 lipca, zaprzecza, że użył w stosunku do Ewy Bystrek wulgarnego słowa.
- Chciałem wjechać na swój teren. Podjechałem i powiedziałem: "proszę pani, ja chcę wjechać samochodem, zaparkować" - opowiada o zdarzeniu z 7 lipca. - Nie wiem, czy ona miała na chodniku łubianki, nie wiem, co tam było, bo mnie to nie interesuje, czy jak podjeżdżałem, to nogą podsunęła? Nie wiem. Fakt jest taki, że jak ona krzyk podniosła, to zobaczyłem, że jest jakaś łubianka rozjechana, jedna czy dwie, czy osiem, czy dziesięć. Nie wiem. To już mnie nie interesowało. Pojechałem na policję, zrobiłem zgłoszenie.
Właściciel placu, na którym handlowała Bystrkowa, mówi o sprzedawczyni truskawek, że jest "osobą szczególnie uciążliwą".
- Z tą osobą mamy problem od roku - mówi o Ewie Bystrek. - To jest dziwoląg, który notorycznie wchodzi na czyjąś własność. Rozumiem, są ludzie w różnych sytuacjach, ale jeśli przyjdą, powiedzą, mogę wyrazić zgodę, żeby tam stali, ale jeśli jest lekceważenie... Ludzie się dzielą na tzw. bezkonfliktowych i konfliktowych. Ta osoba jest konfliktowa. Nic do niej nie dociera. Na placu są tablice informujące o zakazie handlu. Ta osoba była od ponad roku ścigana przez Straż Miejską za handel w miejscu zabronionym, ostatnio przez policję. Już była druga interwencja. Kilka razy zwracałem jej uwagę, a nie zawsze mam czas, żeby gonić tę kobitę - twierdzi Mrugalski.

Co się wydarzyło według świadków

Ewa Bystrek jest przekonana, że Józef Mrugalski najechał na jej truskawki specjalnie.
- To nie było przypadkiem, on najechał specjalnie. Zatrzymał się i podjechał jeszcze trochę - mówi kobieta. - Na początku tego sezonu też tutaj stanęłam, on pojechał na policję, policja kazała mi się przenieść w inne miejsce. Była z miesiąc temu taka sytuacja, że podszedł i kazał opuścić teren. Zrobiłam to - twierdzi Bystrkowa. - Słyszałam, że jest to teren prywatny, rozumiem zakaz handlu, ale powinien on być dla wszystkich, a tam od dawna handluje tyle osób. Ja nie jestem pierwsza ani ostatnia.
Świadkami zdarzenia byli okoliczni handlarze i przechodnie. Uważają, że Ewa Bystrek została upokorzona, a działanie właściciela terenu było celowe.
- Jak można zachować się w tak bestialski sposób? Mało brakowało, a by ją rozjechał - opowiada kobieta, która widziała wydarzenie. - A mnie jak pchnął! Chciałam powiedzieć policjantowi, jak było, a ten mężczyzna mnie ręką pchnął i zawadził mnie zegarkiem. Mam ślad na brodzie. Na szczęście trochę się opanowałam, bo jakbym go kopnęła, to nie wiem, co by się z nim stało. Tak się nie zachowują ludzie. To jest poniżej krytyki. Żeby ta kobieta nie odskoczyła, byłaby kaleką do śmierci. Żeby tak znieważyć kobietę! Skoro jest zakaz, to niech zlikwiduje handel wszystkim na tym placu. A nie, jedni mogą stać i to nie przeszkadza, a drudzy nie mogą. Ja bym mu tego nie darowała - opowiada.
- Ten człowiek stworzył zagrożenie dla ludzi, bo przejechał przez chodnik. Dobra, to jest teren prywatny, ale dlaczego on nie poszedł na policję, jak zobaczył, że ta kobieta stoi na jego terenie - zastanawia się mężczyzna, który również wszystko widział. - Zaczął krzyczeć, szarpać tą drugą panią. Policja zachowała się niewłaściwie. Wydawało się, że jeden policjant, nie wie, co ma robić. Drugi nakrzyczał na kobicinę. Ona się zlękła i jeszcze posprzątała te rozjechane truskawki. Źle zrobiła, że tu handlowała, ale tak się tych spraw nie załatwia.
Józef Mrugalski zaprzecza, że zadrapał kobietę, która wtrąciła się do rozmowy z policjantami.
- Nieprawda. Wiem, która to pani, ta, co najbardziej krzyczy. Przyjechała policja, a ona zaczęła trajkotać. Powiedziałem, żeby odeszła, odsunąłem ją i tyle. Nie zadrapałem jej. Te osoby, które tam były, są proste jak drut, prymitywne. Pokutuje wśród nich stare przeświadczenie. One nie rozumieją, że do 90. roku na tym terenie można było wszystko robić, po 90. roku to przeszło w ręce prywatne. Nie mogą zrozumieć, że trzeba pewne rzeczy honorować - uważa właściciel placu, na którym handlować nie wolno.

Co się wydarzyło według policji

Policja twierdzi, że sprawcy rozjechania truskawek nie grożą żadne konsekwencje.
- Nie wjechał w kobietę i w samochód tylko w truskawki. Z tego co wiem, kierowca ich nie zauważył. Wjechał w truskawki nieumyślnie - mówi Paweł Reszko, rzecznik prasowy makowskiej Komendy Powiatowej Policji. - Ta pani łamała prawo, prowadząc sprzedaż w miejscu objętym zakazem sprzedaży. Policjanci zastosowali pouczenie, czyli środek pozarepresyjny, żeby tego więcej nie czyniła, bo jest to wykroczenie. Jeżeli się nie podporządkuje, zostanie nałożony mandat karny, a w przypadku odmowy skierowany zostanie wniosek do sądu grodzkiego o ukaranie pani Bystrek. Właścicielka truskawek może natomiast dochodzić swoich praw na drodze cywilnej.
Po odjeździe policji Ewa Bystrek posprzątała porozrzucane i zmiażdżone truskawki i przeniosła się z handlem na teren nie należący do Józefa Mrugalskiego. Po incydencie została duża truskawkowa plama.

Tydzień później

W środę 14 lipca Ewa Bystrek znowu sprzedawała truskawki obok sklepu Gośka, ale tym razem stanęła z jego prawej strony, tuż przy wjeździe na parking. Kilka metrów dalej, na ścianie budynku, widnieje napis: "Teren prywatny. Zakaz handlu". Tabliczka z takim samym napisem znajduje się również z lewej strony drzwi wejściowych do Gośki, niedaleko których kobieta handlowała tydzień wcześniej.
- Myślę, że tutaj to chyba mogę stanąć. Nie wiem, dokąd jest granica, które miejsce należy do Mrugalskiego, a które nie. Nie wiem, do którego miejsca jest ten zakaz handlu. Jedni mówią tak, inni mówią inaczej. Jeśli teren jest wydzierżawiony, on nie powinien mieć do niego roszczeń. W tamtym roku chodziłam do kierowniczki Gośki i ona pozwoliła mi stać, więc sprzedawałam przy samym sklepie, ale później i tak on mnie przegonił - mówi Ewa Bystrek i dodaje, że w Makowie nie ma miejsca, gdzie można handlować codziennie. Dwa razy w miesiącu jarmark, to jej zdaniem za rzadko.
Kilka metrów dalej truskawkami handlował rolnik z Dzierżanowa. Twierdzi, że otrzymał na to pozwolenie od Józefa Mrugalskiego.
- Dwa dni po tym wydarzeniu z rozjechanymi truskawkami stałem w tym miejscu co dzisiaj. On tu przyjechał i powiedział, żeby się wynosić. Podszedłem do niego, porozmawiałem, zapytałem, czy zezwoli mi sprzedawać i pozwolił - mówi mężczyzna. - Na drugi dzień też stałem kilka metrów stąd, on mnie widział i nic nie powiedział. Jemu chodzi o to, żeby się spytać.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki