Sąsiedzi nie dają mu żyć. Skarga za skargą

Mieczysław Bubrzycki
W Nurze nie ma dużych zakładów pracy. Działająca od kilku lat firma Pawła Iwanowskiego zajmuje się produkcją opakowań drewnianych, czyli nietypowych palet. Zatrudnia kilkanaście osób i pod tym względem liczy się na lokalnym rynku pracy.

Ponieważ kto się nie rozwija, ten się cofa, w ubiegłym roku Paweł Iwanowski wraz z żoną podjęli decyzję o zwiększeniu produkcji. Zamierzali kupić nowe maszyny, ustawić je i produkować więcej palet. Napisali odpowiedni wniosek, w którym określili co zamierzają zrobić i złożyli go w urzędzie gminy. Gmina, zgodnie z przepisami, o zamiarze właścicieli zakładu przy Ogrodowej, powiadomiła wszystkich bezpośrednich sąsiadów, w tym także rodzinę rolników, którzy mają łąkę tuż za płotem zakładu, ale mieszkają przy innej ulicy, kilkaset metrów dalej. I to ta rodzina napisała protest, pod którym podpisali się wszyscy z tej rodziny, ale także ponad 20 innych osób: bezpośrednich sąsiadów, ale też np. właścicieli działek letniskowych, którzy spędzają w Nurze wolny czas.

O petycji, która wpłynęła do gminy, Iwanowscy dowiedzieli się z pisma, które otrzymali z urzędu, a w którym wójt informuje o „podaniu dotyczącym zbadania poziomu hałasu i stopnia zapylenia”. Wójt wyjaśnia, że organem właściwym do pomiaru hałasu jest starosta, a emisje i substancje występujące w środowisku bada inspekcja ochrony środowiska. I pod te adresy to podanie zostało skierowane.

Jak można się spodziewać, efektem było kilka kontroli.

- Kontroli było więcej niż wynikało z tej skargi, bo skontrolował nas także nadzór budowlany - mówi
Paweł Iwanowski. - Generalnie zalecenia kontroli dotyczących ochrony środowiska były niewielkie, nie dostałem żadnego mandatu. Jedynie nadzór budowlany ma zastrzeżenia dotyczące niektórych obiektów, ale ich ustalenia nie są jeszcze prawomocne.

Paweł Iwanowski uważa, że gmina - zanim rozesłała skargę pod różne adresy - powinna jego z nią zapoznać.

- To pismo zobaczyłem dopiero u kontrolerów - mówi. - Wynika z niego, że autorzy i ci, którzy się podpisali, to są biedne i pokrzywdzone przeze mnie osoby. A przecież gdybym poznał jego treść, mógłbym przynajmniej spróbować wyjaśnić ludziom, którzy się podpisali, że opisane w tej skardze sprawy są nieprawdziwe.

Z treścią skargi Iwanowscy zapoznali się podczas którejś z kontroli i od razu napisali do wójta gminy „Stanowisko w sprawie”, w którym stwierdzili, że główne zarzuty podnoszone w skardze są nieprawdziwe.

Po serii kontroli, mimo że nie wykazały one istotniejszych uchybień, Iwanowscy postanowili zrezygnować z rozwoju firmy. Myśleli, że kontrole się skończą, ale okazało się, że autorzy poprzedniego pisma - teraz już sami - napisali drugie pismo do gminy. Jej treść Iwanowscy poznali dopiero wtedy, kiedy kilka tygodni temu zjawiła się kontrola z inspekcji ochrony środowiska. Są w niej podobne zarzuty, jak w piśmie z ubiegłego roku.

- W sprawie pana Iwanowskiego nie wpłynęły do Urzędu Gminy żadne skargi - twierdzi wójt Jacek Murawski. - Definicja skargi formułowana przez pana Iwanowskiego jest przesadzona. Natomiast pisma z prośbą o ewentualną interwencję były kierowane przez urząd do instytucji upoważnionych do zajmowania stanowiska w takich sprawach. Kontrole nie były wysyłane przez Urząd Gminy Nur. Pan Iwanowski bezpodstawnie doszukuje się przyczyn swoich problemów w rzekomym działaniu Urzędu Gminy. Jego ocena jest pozbawiona obiektywizmu. Rozmowa z mieszkańcami sąsiadującymi z zakładem pana Iwanowskiego pozwoliłaby lepiej zapoznać się z tym zagadnieniem.

Oczywiście, po rozmowie z Iwanowskimi od razu pojechałem do ludzi, którzy piszą skargi. Najpierw rozmawiamy na podwórku, ale zapraszają do domu. Mąż, żona i dorosły syn nie potrafią jednak spokojnie mówić o tym i zupełnie nie chcą odpowiadać na pytania. Krzyczą jeden przez drugiego, gorączkują się, wzajemnie nakręcają, można odnieść wrażenie, że mają na tym punkcie obsesję. Po kilkunastu minutach informuję, że rozmowa, w której oni wcale nie słuchają moich pytań, nie ma sensu. To nic nie pomaga, więc wstaję, żegnam się i wychodzę. Towarzyszą mi ojciec z synem. Na podwórku jestem popychany i szarpany przez starszego z panów, a kiedy już wychodzę na ulicę, młodszy wyciąga telefon i... dzwoni na policję informując, że jakiś człowiek (czyli ja) dokonał najścia na ich dom. Podaje także numery mojego samochodu.

Jadę na pobliski posterunek policji w Nurze i okazuje się, że szef posterunku już dostał od dyżurnego ostrowskiej komendy polecenie sprawdzenia zgłoszenia o najściu na dom. Po rozmowie ze mną funkcjonariusze wsiadają w radiowóz i jadą pod wskazany adres wykonać pozostałe niezbędne czynności.

Tak zakończyła się dziennikarska próba „rozmowy z mieszkańcami sąsiadującymi z zakładem, która pozwoliłaby lepiej zapoznać się z zagadnieniem”.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie