MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Rzeźbić każdy może

Jarosław Sender
Wymiana zamków w drzwiach i ostre słowa. Tak prezes stowarzyszenia rozstawał się z radnym

Jeszcze kilka miesięcy temu pisaliśmy, że pracownia rzeźby, choć z przerwami i po zmianie lokalizacji, wciąż funkcjonuje i ma się dobrze.

To już nieaktualne. W pracowni zaszły zmiany. Tym razem personalne. Stanisław Dylewski, który od listopada jest radnym miasta, przestał być opiekunem pracowni.

Miało być tak dobrze

Stanisław Dylewski wpadł na pomysł, aby stworzyć pracownię rzeźby, kiedy uczył techniki w Szkole Podstawowej nr 3, a po lekcjach prowadził kółko techniczne, na którym uczniowie mogli wypalać w drewnie i zajmować się różnymi pracami plastycznymi.

Zanim jednak pracownia powstała, rzeźbił w piwnicy i na działce. Potem lokal do rzeźbienia udostępnił mu nadleśniczy Piotr Uścian-Szaciłowski. Pier¬wsze zajęcia w powstałej tam pracowni odbyły się w kwietniu 2008 roku. Pracownię wziął pod skrzydła Miejski Dom Kultury, jednak po roku działalności zdecydował się ją zamknąć, ponieważ pomieszczenia nie spełniały wymogów, a na zajęcia przychodziło coraz więcej dzieci.

W tym czasie ostrowskie Stowarzyszenie Nadzieja ogłosiło konkurs pt. "Inicjatywa społeczna 2010", do którego zgłosił się Stanisław Dylewski z propozycją reaktywowania pracowni. Prezesowi stowarzyszenia, Sebastianowi Szydlikowi, pomysł spodobał się i 9 sierpnia 2010 r., po ponad rocznej prze¬rwie, pracownia została reaktywowana. Opiekunem pracowni był nadal Stanisław Dylewski, ale pracownia działała pod szyldem Stowarzyszenia Nadzieja.

Wszystko miało być już dobrze. W pracowni dzieci mogły za darmo m.in. rzeźbić, wypalać w drewnie, malować farbami, a nawet uczyć się, jak zrobić szalik przy pomocy krosna.

- Planujemy doposażyć pracownię, bo mamy trochę za mało sprzętu - tłumaczył kilka miesięcy temu Sebastian Szydlik. - Chcielibyśmy też poprawić warunki panujące w lokalu, ale ograniczeniem są fundusze.

Żona też rzeźbi

Z końcem 2010 roku wygasła umowa między prezesem stowarzyszenia a opiekunem pracowni. Nowej nie podpisano. Mimo to zajęcia były prowadzone przez Stanisława Dylewskiego do końca lutego. Od marca prowadzi je - tymczasowo - Dorota Szydlik, sekretarz Stowarzyszenia Nadzieja i żona Sebastiana Szydlika.

- Jestem przybity tym, co się stało - mówił Stanisław Dylewski. - Po prostu źle ulokowałem swoje zaufanie, swoje zdolności i umiejętności. Mam żal do siebie, że ślepo robiłem wszystko, aby tylko założyć tę pracownię. Pan Szydlik napisał obiecujący list intencyjny, a ja nawet nie zastanawiałem się, że on w tym liście zagarnia wszystko, łącznie z prawem do posługiwania się nazwą pracowni. Nawet przejął narzędzia, które pozyskałem ze spółdzielni mieszkaniowej, MDK i nadleśnictwa.

Stanisław Dylewski o zmianach personalnych w pracowni dowiedział się z internetu. Znalazł tam artykuł, który mówił o nowym opiekunie pracowni.

- Od tego się zaczęło - relacjonuje. - Zapytałem, kto to będzie, odpowiedział, że jego żona. Zapytałem też, dlaczego mnie nie uwzględnił, skoro byłem pomysłodawcą. Powiedział, że stowarzyszenie jest w trudnej sytuacji finansowej.

Wymienili zamki

Stanisław Dylewski mówi, że za swoją pracę otrzymywał 400 zł brutto miesięcznie. Ta praca to pełnienie funkcji opiekuna pracowni, pozyskiwanie środków finansowych i materiałów. Pracę z dziećmi traktował jako zajęcie społeczne. Dlatego, gdy usłyszał o trudnej sytuacji finansowej, napisał oświadczenie, w którym zadeklarował pracę społeczną. Nie otrzymał odpowiedzi, a gdy przyszedł do pracowni po kilku dniach, zauważył, że zamki w drzwiach zostały wymienione.

- Przyszedłem następnego dnia i zapytałem, co się stało - tłumaczy Stanisław Dylewski. - Pan Szydlik powiedział, że umowa ze mną nie została przedłużona i już tu nie pracuję. Wcześniej, w grudniu, nie było ze mną żadnej rozmowy. Wiedziałem, że moja umowa była ważna do końca grudnia, ale nie dbałem o te sprawy.

Ma żal do prezesa stowarzyszenia, że nie powiedział mu o trudnej sytuacji finansowej.

- Myślę, że nie tak to powinno wyglądać - kończy.

Według Stanisława Dylewskiego, to on pozyskiwał pieniądze dla pracowni, a kiedy były potrzebne na zakup materiałów, okazywało się, że pieniędzy nie ma. Zapytał, więc gdzie są te pieniądze.

- Myślę, że nie spodobało się im moje pytanie o finanse - mówi.

Kto gada głupoty

Sytuację inaczej postrzega Sebastian Szydlik.

- Nie byliśmy w stanie, jako organizacja, sprostać wymaganiom finansowym pana Dylewskiego - twierdzi prezes Stowarzyszenia Nadzieja. - A ponieważ pan Dylewski nie chciał pracować społecznie, rozeszliśmy się.

Zdaniem Sebastiana Szydlika, deklaracja o pracy społecznej, którą napisał Dylewski, jest niewiarygodna.

- Pan Dylewski raz mówił tak, a za dwa dni zupełnie coś innego - mówi Szydlik. - Praca społeczna absolutnie tego pana nie interesowała. Owszem, w pewnym momencie była taka sugestia, że mógłby poprowadzić kilka godzin zajęć społecznie, natomiast deklarując to rozsyłał gdzieś jakieś pisma. Od początku naszej współpracy otrzymywał wynagrodzenie.

Według Sebastiana Szydlika o trudnej sytuacji finansowej stowarzyszenia

była już mowa na początku roku, gdy wygasła umowa.

- Już wcześniej wiedzieliśmy, że nie mamy pieniędzy na wypłatę dla pana Dylewskiego, ale ponieważ była podpisana umowa i nie chcieliśmy jej zrywać, wykładaliśmy swoje prywatne pieniądze na pokrycie kosztów - mówi Szydlik. - Gdy skończyła się umowa, pan Dylewski nie dostawał już wynagrodzenia i zaczęły się problemy.

Zdaniem Szydlika to nieprawda, że Stanisław Dylewski dowiedział się dopiero z internetu o nowym opiekunie.

- Pan Dylewski gada głupoty - kwituje. - Nie będę odpowiadał na jego absurdalne zarzuty.

Mimo to tłumaczy: - Z panem Dy¬lewskim kilkakrotnie rozmawiałem, ale jeśli on nie rozumie, że umowa się skończyła i nie chce oddać kluczy od pracowni, a rozmowy i pisma nic nie dają, to nie wiem, jak mamy rozmawiać.

Prezes stowarzyszenia mówi, że cały czas trwają poszukiwania nowego opiekuna, który chciałby poprowadzić zajęcia społecznie. Twierdzi, że Dorota Szydlik prowadzi zajęcia, bo była do tego zmuszona sytuacją.

- Ponadto ma do tego predyspozycje, pracowała w szkole, jest pedagogiem - mówi Sebastian Szydlik.

Na pytanie o słuszność odsunięcia Dylewskiego od pracowni, Sebastian Szydlik odpowiada, że odsunął się sam:

- Dostał lokal, pensję, doposażyliśmy pracownię, kupiliśmy pewien sprzęt, a kiedy kończy się umowa, słyszę, że my nic nie zrobiliśmy i nie mieliśmy w pracownię żadnego wkładu.

Komputery w pracowni

W tej chwili prezes stowarzyszenia planuje wstawić do pracowni komputery, aby można było korzystać z In¬ternetu. Zapewnia jednak, że zajęcia plastyczne odbywają się nadal, bo pracownia rzeźby wciąż istnieje.

A czy Stanisław Dylewski założy nową pracownię? Być może tak. Jest już nawet osoba, która zaoferowała swoją pomoc w stworzeniu nowej pracowni. Ale jeszcze nie teraz.

- Obecnie jestem załamany i czuję się oszukany - mówi. - Jeżeli jednak ktoś zaproponowałby mi, żeby być opiekunem grupy rzeźbiarskiej, to podjąłbym się. Ale nie wejdę już w takie niepewne układy.

Póki co, Stanisław Dylewski rzeźbi, choć już nie w pracowni rzeźby. Natomiast Sebastian Szydlik ma pracownię rzeźby, ale szuka rzeźbiarza.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki