Rozmawiajmy z dziećmi o seksie! To nie może być temat tabu. Szkoła za nas tego nie zrobi

Agata Sawczenko
Agata Sawczenko
Młode dziewczyny pytają, czy jak pójdą do łóżka, to  będą musiały wydawać „te dźwięki”, które słyszały w filmach porno.
Młode dziewczyny pytają, czy jak pójdą do łóżka, to będą musiały wydawać „te dźwięki”, które słyszały w filmach porno. pixabay.com
Dziecko wchodzi do zwykłej drogerii i trafia na prezerwatywy i lubrykanty... Wsiada do samochodu, a za wycieraczką widzi ulotki z agencji towarzyskich. W telewizji - reklamy i teledyski nawiązujące do seksu - mówi Aleksandra Józefowska, edukatorka seksualna.

Dlaczego z dziećmi warto rozmawiać o seksualności, o seksie?

Żeby miały szanse na dobre życie - bezpieczne, szczęśliwe.

Rodzice rozmawiają z dziećmi o seksie?

Z mojego doświadczenia, zarówno jako koordynatorki Pontonu, jak i takiego osobistego, jako trenerki, bo też pracuję z rodzicami, wynika, że rodzice mają coraz większą świadomość, że z dziećmi trzeba rozmawiać. I chcieliby to robić. Natomiast mają bardzo wiele obaw, czy mają wystarczające kompetencje. I nie wiedzą, jakie treści na jakim etapie należy i warto przekazywać. I boją się, że naruszą jakieś granice dziecka, mówiąc za dużo. To rzeczywiście czasem powoduje, że odkładają te rozmowy na później. Aż w końcu orientują się, że nie porozmawiali…

Te ich obawy nie są uzasadnione? Rodzice mają dostateczną wiedzę, żeby rozmawiać o tym z dziećmi?

Rozdzieliłabym tutaj wiedzę od umiejętności, świadomości, w jaki sposób rozmawiać. Bo wiedzę na temat seksualności najczęściej ludzie dorośli mają, przynajmniej taką podstawową. Brakuje natomiast umiejętności, jak tę wiedzę przekazywać. I jest to problem pokoleniowy. Od lat nie ma dobrej edukacji seksualnej w szkołach. Szkoły tego nie uczą. A jednocześnie w wielu domach seks jest tematem tabu. Bo ci rodzice, z którymi o tym nie rozmawiano w dzieciństwie, też nie potrafią rozmawiać ze swoimi dziećmi.

Kiedy zacząć rozmawiać?

Wtedy, kiedy zaczynamy edukację swoich dzieci na każdy inny temat. Sfera seksualności jest integralną częścią człowieka. Trudno wychowywać człowieka i jeden obszar kompletnie pomijać. Więc chodzi o to, by w sposób dostosowany do wieku rzeczywiście rozmawiać z dzieckiem od maleńkości. Kiedy dziecko zaczyna wykazywać zainteresowanie tematem, dotykać części ciała czy pytać, skąd się biorą dzieci - nie wolno unikać tematu. Najgorsze, co można zrobić, to odpowiadać: jesteś na to za mała, to nie dla ciebie, nie interesuj się tym, porozmawiamy, jak będziesz starszy. Dlatego, że - chciałabym to bardzo podkreślić - w ten sposób przekazujemy dziecku komunikat, że jakiś temat jest tematem niewygodnym dla rodzica, niewłaściwym. Dziecko bardzo szybko koduje sobie, że z tym zagadnieniem nie przychodzi się do rodzica. I w tym momencie oddajemy odpowiedzialność za te sferę... właściwie nie wiadomo komu. Bo trudno powiedzieć, że szkole. Szkoła nic nie oferuje w tym zakresie. Można powiedzieć - kulturze masowej, która ma do zaoferowania bardzo seksualizujący schemat. Więc im bardziej rodzic weźmie za to odpowiedzialność, nie unika pytań, odpowiada, sam objaśnia, tym bardziej jest w stanie otoczyć dziecko opieką i przekazać pozytywny obraz ludzkiej seksualności.

Czasem rodzice zastanawiają się, w którym momencie porozmawiać?

I wyobrażają sobie, że edukatorzy seksualni odpowiedzą na przykład: przed pierwszym samodzielnym wyjazdem dziecka pod namiot. Ale to jest o wiele za późno. Bo bardzo zmieniła się rzeczywistość, w której dorastają dzieci i nastolatki. Małe dziecko, które wchodzi do sklepu, zwykłej drogerii, może natknąć się na różne akcesoria, prezerwatywy, lubrykanty. Dziecko wsiada do samochodu, a za wycieraczką widzi ulotki z agencji towarzyskich. Reklamy, teledyski - wszystko nawiązuje do seksu. Ten seks jest wszędzie dookoła. I trudno w zasadzie przejść przez różne etapy wychowania - nawet gdy mamy małe dziecko, unikając pretekstów do rozmowy. Bo one są w każdej chwili, na każdym kroku. Więc jest pytanie, czy jeśli dziecko nas zapyta, to czy zareagujemy na to pozytywnie, czy utniemy rozmowę, dając do zrozumienia, że coś jest niewłaściwego w tym pytaniu. I stworzymy tabu.

Dziecko o seks może zapytać w autobusie, w kolejce do kasy. To nie są komfortowe miejsca do takich rozmów. Jak właściwie odłożyć tę rozmowę w czasie, aby dziecko nie poczuło, że jest zbywane?

Takie sytuacje mogą być dla rodzica trudne. Bo nawet osoby, które nie mają specjalnie oporów, żeby rozmawiać na tematy seksu, mogą być zaskoczone sytuacją czy zmieszane czymś, bo nie wiedzą akurat, jak odpowiedzieć. I tu ważne jest oczywiście, żeby rodzic zadbał o dziecko. Ale tak samo ważne jest, by zadbał o siebie, żeby nie przekraczał też własnych granic. Więc warto dać na wstrzymanie. Powiedzieć coś w rodzaju: wiesz, twoje pytanie mnie zaskoczyło. Bardzo chcę ci odpowiedzieć, ale w tym momencie trochę nie mam pomysłu jak. Więc pozwól, że pomyślę i może wrócimy do tej rozmowy za parę godzin, jak dojedziemy do domu... Albo: dziś jestem zmęczona, ale bardzo chcę z tobą o tym porozmawiać. To umówmy się, że jutro ci to wyjaśnię.

I sami powinniśmy inicjować te kolejne rozmowy? Czy lepiej czekać, aż dziecko znów zapyta.

Nie, nie czekać! Traktujmy dzieci z szacunkiem. To nic, że one są małe. Z tego powodu musimy dostosować do nich słownictwo czy mniej lub bardziej szczegółowo czasem coś wyjaśnić. Natomiast zasady obowiązują te same, partnerskie, tak jakbyśmy się na coś umawiali z drugą dorosłą osobą. Jeśli powiedzieliśmy, że chcemy coś wyjaśnić, ale w tym momencie jakoś nie czujemy się na siłach, to bądźmy uczciwi i wróćmy do tego. Nie czekajmy, że dziecko się będzie upominało, tylko spełnijmy swoją obietnicę. Potraktujmy poważnie dziecko i siebie.

Zarówno religia, jak i wychowanie do życia w rodzinie, to przedmioty nieobowiązkowe. Na religię wysyłają dzieci prawie wszyscy. A jeśli chodzi o wychowanie do życia w rodzinie, to mówimy często dziecku: jak chcesz. Dlaczego?

Z tym przedmiotem jest taki problem, że jest obowiązkowo-nieobowiązkowy. Bo szkoła ma obowiązek organizować ten przedmiot, jeżeli rzeczywiście rodzice są chętni. A jeśli nie - szkoła nie ma obowiązku. I czasem szkoły działają tak, by rodziców do tego przedmiotu wręcz zniechęcić, np. mówi się „ to jest taki dodatkowy przedmiot, można by w tym czasie zorganizować coś innego, będzie przecież olimpiada w szkole, dzieciaki mogłyby się do niej przygotować...” I jakoś tak rodziców podprowadza się pod decyzję, by tego przedmiotu nie organizować. Z tym przedmiotem jest w ogóle wiele problemów. Bo nawet jeżeli jest organizowany, to często jest prowadzony w karygodny sposób. Niby jest przedmiot wychowanie do życia w rodzinie, ale omawia się na nim bieżące sprawy szkoły, czyli są to kolejne godziny wychowawcze. Gorzej jednak jest jeszcze, kiedy przychodzi osoba, która jest bardzo ideologicznie nastawiona, związana z Kościołem katolickim, i przedstawia swoje prywatne przekonania typu, że antykoncepcja to wymysł szatana, albo że zgwałcona dziewczynka jest sama sobie winna, bo prowokowała. Lub że stosowanie prezerwatyw czy masturbacja powodują niepłodność. To są cytaty z lekcji WDŻ przesłane do Pontonu przez młodzież

To może lepiej nie puszczać dziecka na te zajęcia?

Na takie zajęcia, w ramach których są przekazywane bzdury i krzywdzące stereotypy niemające nic wspólnego z wiedzą i nauką, na pewno nie warto posyłać dzieci.

Ale, co dalej? Czy rodzice wezmą odpowiedzialność za tę edukację? Czy porozmawiają z dzieckiem o tym, jak być asertywnym w sferze seksualnej, jak nie ulec presji na seks, a jeżeli młoda osoba rozpocznie życie seksualne, to powiedzą mu, jak ono ma wyglądać, żeby było przyjemne i bezpieczne, żeby to zostawiało dobre wspomnienia, a nie było traumatyczne. Jeżeli rodzic to wszystko weźmie na siebie, ale też tematy związane z cyberprzemocą, z sekstingiem, to w porządku. Natomiast mam takie wrażenie, że rodzice czasem bez względu na zawartość merytoryczną zajęć z Wdż stwierdzają: lepiej nie puszczać na te zajęcia. Ale sami też nic nie robią, nie edukują, nie rozmawiają. Ja wiem, że w gruncie rzeczy często kieruje nimi troska o dziecko i chęć zapewnienia mu bezpieczeństwa, ale to się nie uda poprzez kompletne unikanie tematu seksu. Obecnie dostajemy coraz więcej zgłoszeń, że już 9- i 10-latki oglądały treści pornograficzne w sieci, np. jedno z nich wyświetliło film na komórce, a cała grupa obejrzała. To brutalne i wstrząsające wprowadzenie w zagadnienie seksualności dla małego dziecka. Zwłaszcza jeśli pornografia jest jedynym źródłem wiedzy na temat seksu. To również duży problem wśród wczesnych nastolatków - wierzą, że obraz seksu (jedyny, jaki znają) ukazany w pornografii jest rzeczywisty, podczas kiedy w porno seks często jest przemocowy, powiązany z przedmiotowym traktowaniem kobiet. Młodzi ludzie porównują swój wygląd (również wygląd narządów płciowych) do wyglądu aktorów i aktorek porno i wpadają w kompleksy. Dochodzi do tego, że nastolatki pytają w telefonie zaufania, czy to normalne, że w miejscu intymnym rosną im włosy, bo w filmach, które widziały, aktorki porno wyglądały inaczej... Młode dziewczyny mnie pytają, czy jak one pójdą do łóżka, to czy będą musiały wydawać „te dźwięki”, które słyszały w filmach porno.

Bardzo brakuje rzetelnej edukacji seksualnej, w ramach której będą poruszane różne wątki, m.in przygotowanie do inicjacji seksualnej, temat antykoncepcji, ale też pornografii. Warto o tym z młodzieżą otwarcie porozmawiać, zamiast udawać, że pornografia nie istnieje, albo że nastolatki nie mają z nią styczności. Żeby młodzi ludzie mieli świadomość, że pornografia to jest świat sztucznie wykreowany, kompletnie różniący się od prawdziwego życia seksualnego. Nikt tego im nie mówi. I doprowadzamy do sytuacji, w której, jeśli edukacji seksualnej nie ma w szkole, ani w domu, to jedyną „edukacją” jest ta pornografia w sieci. Potem dzwonią do nas chłopcy, którzy mają ogromne kompleksy z powodu wyglądu swoich genitaliów, bo w filmach przecież aktorzy mają większe penisy. Lub zgłaszają się młodzi ludzie kompletnie rozczarowani seksem - bo było krótko, topornie, bez przyjemności, a każde miało w głowie swoje wyobrażenia wyhodowane na obrazach z porno. I tak okazuje się, że zostawiliśmy te dzieci, te nastolatki zupełnie same. Jedyną ich edukacją były media i porno.

Rozmawiać z dziećmi o innych, różnych orientacjach seksualnych?

Jak najbardziej. To zwyczajny, choć ważny temat i nie ma powodu, by go unikać. Poza tym nigdy, ani rodzic, ani nauczyciel prowadzący zajęcia nie wie, z kim ma do czynienia. W każdej grupie mogą być osoby, które takich informacji bardzo potrzebują, czekają na nie. My nie wiemy, kim będzie ten młody człowiek, jak on wybierze, kogo on pokocha, z kim będzie chciał się spotykać. I znowu - nie rozmawiając o tym - zostawiamy tego człowieka samego, kompletnie samego, bez żadnego wsparcia. Innym celem rozmawiania o seksualności człowieka, nie wyłącznie w kontekście orientacji heteroseksualnej, jest to, by stworzyć jakąś bazę pod równość, pod akceptację.

Pani Aleksandro, wie pani, jak wyglądają te lekcje wychowania do życia w rodzinie. Mogłaby pani to podsumować?

Edukacji seksualnej w Polsce nie ma, jest przedmiot pod nazwą Wychowanie do życia w rodzinie i to już jest znaczące. A jak ten przedmiot funkcjonuje w poszczególnych szkołach, to wszystko zależy od placówki, od dobrej woli dyrekcji i od osoby, która zajmuje się prowadzeniem tych zajęć. Bywa, że te lekcje są ciekawe i na wysokim merytorycznym poziomie, ale bardzo często jest wręcz przeciwnie. W wielu szkołach nie ma w ogóle nic. To trochę zależy, gdzie się trafi.

To znaczy?

Tak - trafi się. Bo są placówki, gdzie jest to poprowadzone bardzo dobrze, bo dyrekcja do prowadzeniach tych zajęć zaprosi osobę z zewnątrz, osobę, która poprowadzi to z pasją, z rzetelną wiedzą, nie będzie wstydziła się mówić o seksie, nawiąże dobry kontakt z młodzieżą. I te lekcje rzeczywiście będą służyły dzieciakom. W innej szkole będzie sytuacja, że dyrekcja poprosi, albo wręcz nakaże, nauczycielce innego przedmiotu - typu geografia, a przy dobrych wiatrach biologia, ale słyszałam, że też może to być pani od muzyki, informatyki czy też katechetka... I przychodzi do młodzieży osoba, która ma opór, żeby takie lekcje prowadzić, bo wstydzi się nawet wypowiedzieć słowo seks. Nastolatki to widzą, od razu mają opór, żeby w czymś takim uczestniczyć. Uważają, że to zmarnowany czas. I wydaje mi się, że nudne lekcje to i tak lepsza sytuacja, niż kiedy przychodzi osoba nastawiona bardzo ideologicznie i traktuje Wdż jako misję, żeby przekazać nierzetelne informacje, niezgodne z wiedzą medyczną, naukową. Albo, żeby wmawiać dziewczynkom, że od tego, jak się ubierają czy zachowują, zależy, czy zostaną zgwałcone.

Głośno ostatnio o akcji „me too“, gdzie kobiety opisują sytuacje, kiedy doznały przemocy seksualnej. Czy takie zachowania to pokłosie tej niewiedzy?

To jest przede wszystkim pokłosie tego, że od pokoleń nie rozmawia się wystarczająco, zarówno z dziewczynkami, jak i z chłopcami. Bo powinien być utrwalany taki przekaz zarówno do jednej, jak i drugiej płci, że jesteś osobą, która ma zawsze wyłączne prawo do swego ciała, do ochrony siebie, do tego, żeby nie być osobą krzywdzoną. Ale również przekaz: nie masz prawa krzywdzić. Nie masz prawa naruszać granic innych osób. To jest najbardziej podstawowy przekaz, który powinien być kierowany już do najmłodszych dzieci, od przedszkola: ty maluszku masz swoje ciało i nikt - pomijam sytuacje takie jak konieczne badanie u lekarza - nie może cię dotykać wbrew twojej woli. Ale też i ty nie masz prawa przekraczać granicy innych. Dla przedszkolaka to jest bardzo proste. I to nie musi być jedna wielka rozmowa. Przykładowo - dziecko wraca z przedszkola i mówi, że łaskotało koleżankę. Więc wtedy powinno paść pytanie rodzica: czy koleżance się to podobało? Czy ona chciała być łaskotana? Bo pamiętaj: nie możesz łaskotać kogoś, kto sobie tego nie życzy i mówi: stop. To jest edukacja seksualna na poziomie przedszkolaka. Bo mówimy już o ciele, mówimy o granicach, możemy przy okazji powiedzieć: ty też zawsze masz prawo powiedzieć, że nie chcesz, by ktoś cię dotykał, jeśli sobie tego nie życzysz.

Jest też akcja modelki Anji Rubik, która wraz z innymi gwiazdami edukuje w internecie seksualnie Polaków.

Z jednej strony mam ochotę powiedzieć: na bezrybiu i rak ryba. Bo nie ma systemowo prowadzonej edukacji seksualnej. I żadna kampania tego nie zastąpi. Jednak wiemy, że w wielu domach seks jest tematem tabu, więc nawet te informacje, które docierają do młodzieży, dzieci, nastolatków w filmikach, to jest bardzo istotne, ważne i cenne. Oczywiście, jako edukatorka seksualna uważam, że to jest niewystarczające. Że to jest tylko zasygnalizowanie wielu ważnych tematów, które powinny być przepracowane, czy to w szkole, w sposób systemowy, na warsztatach z młodzieżą, czy też omówione w domu... Natomiast mam takie poczucie, że prawdopodobnie dla wielu osób będzie to jedyny kontakt z tą tematyką. No i cieszę się, że chociaż taki będzie. Bo trzeba powiedzieć, że nastolatki naprawdę żyją w kulturze obrazkowej, że niechętnie czytają dłuższe teksty, że filmik jest tą formą, która faktycznie dotrze, że młoda osoba odpali ten filmik, obejrzy i być może będzie to miało jakieś przełożenie na jej życiowe wybory. Aczkolwiek trudno mi to ocenić. Warto by było, by ta akcja stała się takim sygnałem wywoławczym, żeby poszły za tym jakieś zajęcia, systemowo prowadzona edukacja seksualna. A u nas tego nie ma. Więc dobrze, że jest chociaż ta akcja.

No i jeszcze jedna akcja społeczna - Ministerstwo Zdrowia promuje słynny film z królikami...

Nie wiem, co mam powiedzieć... To dla mnie kuriozalne. Jest to jakiś przekaz o tym, żeby ludzie brali przykład z królików, że króliki mają wiele potomstwa. Natomiast jest to dla mnie zupełnie nieadekwatne. Bo nawet jest chyba takie powiedzonko - mnożyć się jak króliki. Więc nie kojarzy się ten filmik z odpowiedzialnymi wyborami, z bezpiecznym seksem, związanym też ze stosowaniem środków antykoncepcyjnych - mówię tutaj nie tylko o zabezpieczeniu przed ciążą, ale też zabezpieczeniu przed infekcjami i chorobami przenoszonymi drogą płciową. Więc zupełnie jest to według mnie niespójne. Bo króliki nie kojarzą mi się z mądrymi wyborami w sferze prokreacji.

Tak naprawdę to nie wiem do końca, co miało być celem tej kampanii, bo wszystko jest tu nietrafione i niejasne. Ale jeśli celem byłoby zachęcanie Polaków i Polek do większej dzietności, to wydaje mi się, że nie od tej strony trzeba by zacząć. Trzeba by stworzyć po prostu lepsze warunki życia, podnieść poziom bezpieczeństwa, poprawić funkcjonowanie służby zdrowia. Tymczasem likwidują dyżury pediatryczne w nocy, pomoc dla rodziców z dziećmi z niepełnosprawnościami jest praktycznie żadna… I jeżeli ministerstwu się wydaje, że zrobi spot o królikach i tym zachęci ludzi do tego, by mieli więcej dzieci, to dla mnie jest to kpina z ludzi!

Sylwetka Aleksandra Józefowska - absolwentka Pedagogiki Ogólnej na Uniwersytecie Warszawskim, Szkoły Treningu i Warsztatu Psychologicznego Intra oraz Podyplomowych Studiów z Seksuologii Klinicznej. Obecnie jest w trakcie kształcenia psychoterapeutyczne-go w Szkole Psychoterapii Intra.

Współzałożycielka i koordynatorka Grupy Edukatorów Seksualnych Ponton. Od kilkunastu lat udziela wsparcia psychologicznego i edukacyjnego w ramach Telefonów Zaufania dla Kobiet i Młodzieży

Prowadzi również warsztaty z zakresu umiejętności psychospołecznych oraz z edukacji seksualnej dla dorosłych (rodzice i kadra pedagogiczna) i nastolatków. Współpracowała m.in. z wydawnictwem „Wiedza i Praktyka”oraz czasopismem „Emocje”.

Materiał oryginalny: Rozmawiajmy z dziećmi o seksie! To nie może być temat tabu. Szkoła za nas tego nie zrobi - Plus Kurier Poranny

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

@@@

Czy w Krakowie jest mało ekspertów i ekspertek w tej dziedzinie, że trzeba do gazety KRAKOWSKIEJ szukać osób do wywiadu w Warszawie?

Dodaj ogłoszenie