Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Rowerem dojechali do Świętego Mikołaja

bplodziszewska
Na trasie spotkaliśmy małżeństwo szkocko-holenderskie, które zmierzało na Nordkapp
Na trasie spotkaliśmy małżeństwo szkocko-holenderskie, które zmierzało na Nordkapp
2200 kilometrów w dwa tygodnie na rowerach, w surowym klimacie, w górzystym terenie, przy zmiennych wiatrach. Wyczyn ten powiódł się trzem rowerzystom, których średnia wieku przekracza już 30 lat, których codzienne zajęcia sprowadzają się do siedzenia przed komputerem. A jednak się udało. Pomysłodawcą, duchem sprawczym i skutecznym organizatorem tej wyprawy był pochodzący z Ostrołęki dziennikarz TVN 24 Maciej Starczewski.

Na trasie spotkaliśmy małżeństwo szkocko-holenderskie, które zmierzało na Nordkapp

Kiedyś już taka wyprawa miała miejsce. W 1995 roku trzech ostrołęczan: Zbigniew Kasprzykowski, Krzysztof Kur i właśnie Maciek Starczewski, wsiadło na rowery w Ostrołęce, dojechało do przystani promowej w Gdańsku, a po zejściu na ląd przemierzyło wszerz i z powrotem Półwysep Skandynawski. Można się napedałować. Ale w końcu tylko raz w życiu ma się dwadzieścia lat.
Kolejna, tegoroczna wyprawa, po stronie polskiej już nie była tak ambitna. Na prom zawiózł sprzęt i cyklistów mercedes vito. Ale już po drugiej stronie Bałtyku czekała na nich ambitna marszruta - średnio po 158 km dziennie. Niby te 158 kilometrów można się zawziąć i przejechać. Ale tak dzień w dzień przez czternaście dni z rzędu taki dystans może porządnie dać w kość. Tym bardziej, że nie jechali jacyś tam tytani szos, ale amatorzy. Dwóch grafików komputerowych - Ryszard Chochel, Zbigniew Sadocha i jeden dziennikarz telewizyjny Maciej Starczewski.
- Chcieliśmy zrobić coś oryginalnego - mówi Starczewski. - Pokazać, że przy odrobinie dobrych chęci i sprawnym działaniu zwykłym ludziom udają się rzeczy niezwykłe. Chcieliśmy też promować rower jako tani, sprawny i zdrowy środek lokomocji.
Dobre chęci i sprawne działanie okazały się bardzo ważne przy tak prozaicznej, acz żmudnej czynności jak poszukiwanie sponsorów. Za własne pieniądze na pewno nie byłoby łatwo kupić dobrych rowerów, dojechać na prom, zdobyć prowiant i pokryć koszty zakwaterowania. Z większością sponsorów się udało. Z jednym nie wyszło.
- To przecież była wyprawa rowerowa - mówi Starczewski. - Chcieliśmy promować m.in. firmy z regionu ostrołęckiego. Zaproponowaliśmy współpracę firmie Kross z Przasnysza, która jednak po obiecujących wstępnych rozmowach w ostatniej chwili wycofała się z projektu. Dlatego pojechaliśmy na rowerach zagranicznego producenta.
Mimo przejściowych kłopotów, wyprawa jednak doszła do skutku. Cykliści wyjechali 11 czerwca i szczęśliwie powrócili do kraju 3 lipca. Sporo czasu spędzili na promie, na dojazdach i oczekiwaniach. Wydajnie na rowerach jechali równo czternaście dni. Prowadzili dziennik wyprawy, którego fragmenty zamieszczamy.

Fragmenty dziennika wyprawy

12 czerwca. W samo południe opuszczamy prom i jak najszybciej jedziemy w kierunku koła polarnego. Nasz mercedes vito sprawuje się bardzo dobrze. Na miejscu jesteśmy o piątej nad ranem. Tu, na północy, słońce jest już na niebie. Za horyzont kryje się około 23.30, aby już około pierwszej w nocy (naszej nocy) wyjść na niebo. Mimo że słońce tak długo utrzymuje się na niebie, jest bardzo zimno. Temperatura nad ranem to pół stopnia poniżej zera w skali Celsjusza
13 czerwca (pierwszy dzień wyprawy). Południe. Dzień jest chłodny, ale słoneczny. Ruszamy w drogę. Trasa spokojna, bez przygód. Pod koniec dnia (trudno tu mówić o końcu, bo ciągle jest jasno, ale ratują nas zegarki) temperatura spada do 8 stopni Celsjusza i pogoda ulega pogorszeniu. Słońce chowa się za chmurami. Jesteśmy jednak tak rozgrzani, że nie zauważamy tego. O temperaturze donoszą nam dziewczyny z ekipy asekuracyjnej w samochodzie. Przejeżdżamy trasę z koła polarnego przez Jokkmokk, Gallivare i po 155 kilometrach zatrzymujemy się w bagnistych okolicach drogi E 10. Zaskakuje nas kompletny brak komarów i meszek, których spodziewaliśmy się w tym miejscu całych rojów.
14 czerwca (drugi dzień wyprawy). Około południa budzi nas silny wiatr i hałas ciężarówek prących z południa Szwecji do Kiruny. E 10 to ruchliwa jak na Laponię trasa. Samochód pojawia się na niej co kilka minut. W porównaniu do drogi 45, gdzie auta mijały nas czasem nawet co godzinę, ta trasa jest bardzo ruchliwa. Jedziemy w kierunku Narviku. Na trasie spotykamy dwójkę rowerzystów, małżeństwo szkocko-holenderskie. Podobnie jak my jadą na Nordkapp. Jedziemy dalej. Pogoda nagle się zmienia. Z zachodu nadciągają chmury, deszcz i co gorsza silny wiatr. Wiatr spowolnił nas z 27 km/godz. do 10 km/godz. Tym razem udaje nam się nocować w chacie dla turystów ulokowanej przy parkingu. Jest tu wszystko, co do życia potrzebne. Piec (przy 6 stopniach Celsjusza zaczynamy doceniać to dobrodziejstwo), drewno i przede wszystkim dach nad głową. Suszymy się w ciepłym wnętrzu chatki i dopiero po chwili czujemy ten zapach... Widzimy też rysunek, który pozwala nam rozszyfrować tajemnicę domku. Prawdopodobnie do komina wpadł kiedyś jakiś ptak, który przez kolejnych lokatorów jest wędzony wraz z piórami, co daje specyficzny rodzaj odoru.
15 czerwca (trzeci dzień wyprawy). Jesteśmy zaledwie 50 kilometrów od granicy z Finlandią. Jedziemy dalej na północ i w miejscowości Karesuando wjeżdżamy do kraju Świętego Mikołaja. Odbijamy na lewo, w stronę Norwegii i wzdłuż rzeki Konkamaalven, naturalnej granicy Szwecji i Norwegii, jedziemy do fiordów. Temperatura i stały wiatr w twarz dają się we znaki. Pochłaniamy coraz większe ilości jedzenia. Po 169 kilometrach rozstawiamy obozowisko. Jesteśmy pod granicą Finlandii z Norwegią.
16 czerwca (czwarty dzień wyprawy). Dzisiaj znów przejeżdżamy granicę. Wjeżdżamy w góry Norwegii. Krajobraz bardzo się zmienił. Pojawiają się ośnieżone szczyty, a droga wiedzie coraz ostrzejszymi zakrętami w górę. Mokro i chłodno. Ledwie wytrzymujemy kolejne podjazdy w deszczu i przy 4 stopniach ciepła. Wspinamy się na jakieś wysokie wzniesienie, aby potem rozpędzeni do 70 km/godz. zjeżdżać w dół bez pedałowania jakieś cztery kilometry. Po 50 kilometrach jesteśmy na trasie E 6, która zaprowadzi nas prawie na sam Nordkapp.
17 czerwca (piąty dzień wyprawy). Jak udało nam się przespać w namiotach w takich warunkach? Deszcz, wiatr, 3 stopnie ciepła. Spaliśmy u podnóża góry Sorbmejiekke - 1288 m n.p.m. Cała w śniegu, co nie nastraja nas dobrze na dzisiejszą drogę. Deszcz przy tak niskiej temperaturze i w spółce z o.o. z silnym wiatrem i dużymi wzniesieniami nie dają nam przejechać więcej niż 55 kilometrów. Krótka trasa, ale wycieńczająca. Kończymy dzień w starej lapońskiej chacie z płótna, drewna i ziemi, z dziurą na odprowadzenie dymu w dachu. Nawet Lapończyk miał dość tego miejsca i z reniferami udał się w cieplejsze. Na szczęście zostawił nam piec. Do rana (hm, rana... przecież tu 24 godziny na dobę jest rano, albo jak kto woli, południe czy popołudnie, ciągle jasno) udaje nam się przetrwać tylko dzięki wytrwałej warcie przy piecu.
Za tydzień druga część dziennika wyprawy i refleksje jej uczestników oraz lista sponsorów wyprawy. Więcej o rowerowej wędrówce do Laponii na stronie www.xteam.unas.pl

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki