Pod czerwoną kołderką

Jarosław Sender
Przasnyska lewica została zredukowana do czterech członków. Czy w ten sposób partia się oczyściła?

Szkoda tylko tych zmarnowanych lat. Bo to się czarną robotę robiło dla SLD - zbieranie podpisów, roznoszenie ulotek, naklejanie plakatów… - wspominają przas¬nyscy SLD-owcy, którzy pod koniec minionego roku złożyli rezygnacje z członkostwa w partii.

I dodają: - A on zrywał plakaty kolegów, by nakleić swoje. Niszczył wszystkich, krytykował pomysły, podkopywał naszą wiarygodność, stwarzał niemiłe sytuacje, rozsiewał plotki, a nawet rwał się do bicia.

O kogo im chodzi? O przewodniczącego powiatowych struktur SLD Edwarda Kacprzaka.

Spór trwa od lat

- Kacprzak był bezwzględny, bo za wszelką cenę chciał się utrzymać. Robił wszystko, by nas skłócić. I był nieobliczalny. Zamykał przed nami biuro SLD, przechwytywał dokumenty skierowane do miejskiego zarządu partii, nie informował nas o niczym, kontrolował korzystanie z telefonu… A najgorsze jest to, że on niemiłosiernie kłamie - mówi pani Danuta, emerytowana nauczycielka. Twierdzi, że wystąpiła z SLD, bo znużyły ją intrygi i wysłuchiwanie plotek.

W miejskim SLD zostało obecnie czterech członków. A, jak podpowiada nam była przewodnicząca miejskich struktur, koło może zawiązać minimalnie pięć osób. Formalnie więc lewicy w Przasnyszu już nie ma. A jeszcze kilka lat temu miała ponad 120 członków.

- Było kilka prężnie działających kół złożonych z ludzi wykształconych, na stanowiskach. Ale w miarę czasu zniechęcali się i odchodzili - opowiada Krystyna Janowska, ostatnia przewodnicząca miejskich struktur. W jej opinii spór miejskich działaczy z przewodniczącym powiatowym trwa już co najmniej 10 lat. Wielokrotne interwencje "na górze" były, ale niczego nie zmieniły.
- Zawsze przed wyborami obiecują przyjechać i nam pomóc, a potem, po wyborach, znowu następuje cisza - mówi Janowska. Dlatego też przas¬nyscy lewicowcy postanowili sprawę w końcu nagłośnić.

- Poszliśmy z tym do prasy nie dlatego, że chcemy zniszczyć Kacprzaka, ale by powiedzieć ludziom, że w Przasnyszu już nie ma lewicy. I pod kierownictwem Kapcrzaka struktury te nigdy się nie odrodzą - tak tłumaczą swoje motywy nasi rozmówcy.

Góra nas nie słucha

Ryszard Łakota przez wiele lat był przewodniczącym miejskich struktur SLD. Opowiadając o zatargach z przewodniczącym powiatowym wspomina, że po ostatnich wyborach samorządowych postanowił porozmawiać w sprawie pana Kacprzaka z zarządem mazowieckim SLD.

- Było to przed zjazdem mazowieckim. Rozmowy były prowadzone w bardzo miłym tonie. Proszono nas tylko byśmy na razie niczego nie rozwalali. Po zjeździe miał ktoś do nas przyjechać i pomóc wszystko wyprostować. Ale spotkanie było wciąż odwlekane. Trwało to ponad rok. W końcu porozmawiano z panem Kac¬przakiem. Ale działo się to poza nami. Poczułem się urażony i na najbliższym spotkaniu złożyłem rezygnację - opowiada Ryszard Łakota.

Stery miejskiego SLD przejęła wówczas Krystyna Janowska.

- Wierzyłam, że mi się uda - mówi. - Przed wyborami do europarla¬mentu opisałam sytuację i wysłałam list do władz krajowych. Oddzwonił sekretarz mazowiecki z pretensjami, że nagłaśniam sprawę. Nie chciałam z nim dyskutować. Zaczęłam korespondować z Grzegorzem Napie¬ralskim, przewodniczącym krajowych struktur SLD. Obiecał, że przyjedzie po wyborach i pomoże nam zrobić porządek. Ale wybory minęły i zapadła cisza. Gdy ponownie zaczęłam naciskać, Napieralski poprosił, bym mu wszystko dokładnie opisała. Zrobiłam to latem 2009 roku. Bez odzewu. Gdy jesienią ponowiłam swoje starania odpowiedziano mi, bym zwróciła się do sądu partyjnego. Tak nas to wkurzyło, że podjęliśmy decyzję, że odchodzimy.

- A Kacprzak nazwał nas wtedy oszołomami i stwierdził, że w ten sposób przasnyska lewica się oczyściła - mówią lewicowcy.

Rozrabiaki odgrzewają kotlety

- Czemu ci ludzie obarczają mnie winą za wszystko? Czemu tak mnie nie lubią? - zastanawia się Edward Kacprzak. - Pewnie z zawiści, zazdrości… Ale nie wszyscy mnie tak nie lubią. Najdobitniej świadczą o tym wyniki głosowań i fakt, że wciąż jestem przewodniczącym powiatowych struktur SLD - tłumaczy mężczyzna, który "czerwony" jest od zawsze. W szeregi PZPR wstąpił zaraz po szkole, w 1967 roku. Potem był w SdRP, a następnie w SLD. Zbierał podpisy potrzebne do zarejestrowania SLD w kraju, a potem był pełnomocnikiem do budowania struktur SLD w Przasnyszu. Od początku jest też przewodniczącym powiatowym.

- Zarzuty, które są formułowane przez panią Janowską zawsze pojawiają się przed wyborami, to odgrzewanie starych kotletów. Wszystkie te sprawy już dawno zostały wyjaśnione przez mazowiecki i krajowy sąd partyjny. Sprawę badał nawet krajowy rzecznik dyscypliny partyjnej. I niektórych sąd partyjny skreślił z szeregów naszej partii, gdyż startowali z innych niż SLD list wyborczych, a to nie jest zgodne ze statutem. Teraz ci sami sterują innymi i wprowadzają opinię publiczną w błąd - tłumaczy Edward Kac¬przak. Podkreśla przy tym, że przas¬nyska lewica istnieje i nie rozpadnie się, chociaż niektórzy bardzo by tego chcieli.

Aż się prosi podać ich do sądu

Zebranie koła miejskiego, na którym złożono zbiorową rezygnację, Kacprzak uznaje za sterowane.

- Dowiedzieliśmy się, że nie wszyscy członkowie na nim byli, bo nie wszyscy byli o nim poinformowani. Dowiedzieliśmy się też, że jeden z członków nie złożył rezygnacji, a mimo to jego rezygnacja jest w Warszawie - mówi. Jego zdaniem wszystko było ukartowane.

- Pani Janowska, jak tylko została przewodniczącą koła, od razu skreśliła pięć osób ze swojego koła, a potem kolejno pozostałych. I w końcu sama z rodziną złożyła rezygnację i namawiała do tego innych. Ale, co najważniejsze, zarząd przasnyskiego SLD został. I ci, którzy zostali, 18 stycznia, wybiorą spośród siebie przewodniczącego koła - wyjaśnia przewodniczący powiatowy. Podkreśla przy tym, że wieść rozsiewana przez panią Janowską o likwidacji miejskiej lewicy jest nieprawdziwa, gdyż o likwidacji i liczebności koła decyduje zarząd powiatowy.

- Jeśli chodzi o pomówienia, te dotyczące zrywania plakatów czy zamykania biura, to aż się prosi o skierowanie sprawy do sądu. To nieprawda. Wszystko o co mnie oskarżają, sami robili. I mam na to dowody. To oni często się kłócili, nazywali oszołomami, wnioskowali o wzajemne skreślenia… To z ich powodu ludzie się zrażali i odchodzili. A teraz winą za wszystko obarczają mnie - tłumaczy Edward Kacprzak. - Jako przewodniczący wielokrotnie poddawany byłem ocenie i, w demokratycznym, tajnym głosowaniu, znowu mnie wybierano. Jednym zdaniem, w opinii Kacprzaka, lewica w Przas¬nyszu wciąż żyje. A co więcej, odejście "krzykaczy", pozwoli na jej renesans.

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

a
antykomóh
"...w demokratycznym, tajnym głosowaniu.." I kto to mówi? Śledząc życzorys słowo "demokracja" nie powinno zostać użyte w tym artykule!
Dodaj ogłoszenie