Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Pociąg do Ameryki

Emil Muciński
Chicago z 96. piętra John Hancock Center
Chicago z 96. piętra John Hancock Center Fot. Emil Muciński
Mam na imię Emil, studiuję dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim i jestem jednym z wielu polskich studentów, którzy wylatują co roku do Ameryki. Powody - prawie zawsze te same: pieniądze lub praktyki. Dodajmy jeszcze naukę języka i chęć zobaczenia Wujka Sama.

Chicago z 96. piętra John Hancock Center
(fot. Fot. Emil Muciński)

Moja przygoda z Ameryką rozpoczęła się 18 czerwca 2003 roku. Trochę się bałem, zwłaszcza że miała to być pierwsza tak daleka wyprawa w moim życiu i po raz pierwszy miałem lecieć samolotem.

Lot AF018

Wsiadam do Boeinga 737 linii lotniczych Air France. Kierunek Paryż. Na pokładzie jest znany polityk - mam więc nadzieję, że dolecimy cało. Musieli przecież dobrze sprawdzić koła i silnik, skoro na pokładzie jest VIP, Bronisław Geremek. Startujemy i... klapa. Problemy techniczne. Po godzinie pilotowi udaje się poderwać maszynę. Mam cykora, ale skrzydła widać, VIP też jak siedział tak siedzi.
Moim towarzyszom podróży, których poznałem w samolocie, wyprawę do USA zorganizowała agencja. Pytam ile kosztowała ich podróż. 2600 zł - odpowiadają. Tak przynajmniej zostało to zapisane w kosztorysie, który przekazała im agencja. Ja zapłaciłem 1961 zł za ten sam bilet, kupiony dwa miesiące przed wylotem do USA, w jednym z ostrołęckich biur podróży. Agencje za taką wyprawę liczą sobie od około 6 do 8 tysięcy złotych. Fakt - załatwiają wtedy wszystkie formalności, nocleg, pracę. Ja nie mam nic, poza wizą, dwiema walizkami i mnóstwem pytań. Koledzy opowiadają jednak, że nie wszystkie firmy wywiązują się ze swoich zadań. Często zdarza się, że po wylądowaniu ktoś czeka na studentów, zabiera ich do tzw. bazy, gdzie mają zapewniony pierwszy nocleg, po czym oświadcza im, że nie ma pracy dla wszystkich. Owszem, dadzą im zakwaterowanie, ale o resztę muszą zadbać sami.

Przystanek Nowy Jork

Wylądowaliśmy w Ameryce. Lotnisko Johna F. KennedyŐego. Mgła. Nie udało się zobaczyć Nowego Jorku z lotu ptaka.
Przede mną rozmowa z urzędnikiem na lotnisku. Od niej zależy wszystko. Wojtek, Tomek i Rafał mają zalakowane koperty, które dostali od swojej agencji. Pokażą je i mają problem z głowy. Ja mogę liczyć na szczęście i porządny wygląd. Podchodzę do urzędnika. Pokazuję paszport z roczną wizą wielokrotnego wjazdu. Pyta mnie o czas i cel podróży. Mówię, że przez dwa, trzy miesiące w Nowym Jorku i w Chicago będę miał praktyki w polonijnej prasie i radiu. Dostaję pozwolenie na półroczny pobyt. Jeszcze tylko kontrola bagażu. Wiem już, że nie można wwozić żywności w otwartych opakowaniach. "Witamy w Ameryce. Życzę udanego pobytu" - mówi nie taki znowu straszny urzędas. Podoba mi się. Słyszałem różne historie, ale Amerykanie wydają się dość sympatyczni i konkretni.

Dzień pierwszy

Zatrzymuję się na dwie noce u przyjaciela z Polski. Mam plan: szukam szybko pokoju do wynajęcia. Rankiem wychodzę po gazetę i kartę telefoniczną. Za 4 dolary mam ponad 2 godz. połączenia z Polską.
Nie myślałem, że Ameryka jest taka brudna. Zatrzymałem się przecież na Queensie, a nie w Bronksie. Tymczasem ulice Nowego Jorku po prostu toną w śmieciach, podobnie jest zresztą na Manhattanie. Ale to tylko opinia żółtodzioba, bo podobno Nowy Jork trzeba zgłębić, wniknąć w to miasto, aby poczuć jego klimat. Zresztą zupełnie inaczej prezentuje się nocą, kiedy jest całe rozświetlone i tętniące życiem, a śmieci giną gdzieś w mroku chodników. A może raczej nikt już nie zwraca na nie uwagi, idąc z głową zadartą ku górze. Neony rzeczywiście robią wrażenie. Dopiero w nocy widać, że to miasto ma duszę. Otwarte sklepy, galerie, teatry, stragany na ulicach i artyści tworzący w dziesięć minut swoje dzieła po 20 dolarów za sztukę. Ludzi więcej niż za dnia.

Dzień drugi

Nie lubię Nowego Jorku. Po co im te autostrady, skoro i tak tkwią w korkach po dwie godziny, zanim wyjadą z miasta? Owszem, można wybrać metro, niestety opłata za jedno wejście - 2 dolary. Drogo. Już wiem, że to sprawka Bloomberga (nowy burmistrz Nowego Jorku - przyp. EM). To za jego kadencji opłaty tak wzrosły. Paczka papierosów kosztuje tu ok. 8 dolarów, a i tak w wielu restauracjach nie można nawet zapalić.
Gulliani - to był burmistrz! Za jego czasów miasto stało się przynajmniej bezpieczniejsze - mówi mi napotkana przy dworcu autobusowym, zwanym "Port Authority", Murzynka. Pyta, czy mam papierosa. Nie palę - odpowiadam. Dostrzegam jednak dziwny zwyczaj. Kiedy ktoś prosi o papierosa, wyciąga rękę z ćwierćdolarówką. Rozumiem. W tym mieście nie ma nic za darmo. Najgorsze jest to, że znalezienie taniego mieszkania w pojedynkę jest takie trudne. 350 dolarów za miesiąc plus drugie tyle depozytu płatne z góry - najlepsza oferta jaka mi się trafiła. Nie pracując nie dam rady się utrzymać z pieniędzy zarobionych na praktykach w dzienniku.

Dzień czwarty

Jestem w stanie New Jersey. Przyjechałem wczoraj, bo okazało się, że mogę tu dostać pracę z zakwaterowaniem. Nowi koledzy ostrzegają mnie jednak, że ich szef to oszust. Mówią też, że trudno jest znaleźć jednej osobie mieszkanie. Co innego w grupie. Adrian, Bogdan, Andrzej i Marcin to Polacy. Dwaj ostatni przyjechali parę dni temu, tak jak ja. Zamierzają uciec od nieuczciwego pracodawcy i jechać do Chicago. Tam jest praca, szczególnie w kontraktorce (przy wszelkiego rodzaju budowach - przyp. EM). Andrzej i Bogdan, obaj z Krakowa, już nawet wynajęli samochód. Adrian rusza pojutrze. Ja z Marcinem chyba zrobimy podobnie, zwłaszcza że w Chicago mam kilka kontaktów i są tam trzy polskie stacje radiowe oraz kilka polskich gazet.

Dzień siódmy

Po długiej podróży, zmęczeni i niezadowoleni, dotarliśmy do Chicago. Znaleźliśmy mieszkanie. Pomogli nam Bogdan i Andrzej, którzy przyjechali trzy dni wcześniej. Mamy zatrzymać się na parę dni, zanim nie znajdziemy czegoś "własnego". Nasz gospodarz zgadza się jednak, abyśmy zostali u niego dłużej. Ma na imię Janusz, w Stanach mieszka już ponad siedem lat. Nie jest właścicielem mieszkania, tylko lokatorem. Żyje ze sprzątania apartamentów i wynajmowania pokoi, które przecież sam od kogoś wynajmuje. Trochę to dziwne. Ale tu wszystko kręci się wokół pieniędzy. Najważniejsze, że mamy wreszcie gdzie spać.

Dzień dziesiąty

Zauważyłem to już na początku, kiedy wjeżdżaliśmy do miasta. Nie wiedziałem, czy jesteśmy w Chicago, czy to jakaś inna metropolia. Jechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów przez zabudowę, która, owszem, wskazywała, że to musi być miasto, ale nie mogliśmy uwierzyć, że to cel naszej podróży tak ciągnie się i ciągnie. Wyczekiwaliśmy chwili, kiedy wreszcie znajdziemy się w centrum, na dworcu autobusowym. Teraz wiem, że Chicago jest tak ogromne. W Nowym Jorku nie zwraca się na to uwagi, bo Manhattan widać z daleka. Chicagowski Manhattan nazywa się Downtown i nie zwraca na siebie uwagi tak szybko, jak jego nowojorski odpowiednik. Fabryki, ogromne centra handlowe i szerokie ulice to typowy obraz tej metropolii. Czysto, a na pewno dużo czyściej niż w Nowym Jorku. Gdzieś tam daleko centrum - piękne, zadbane, pełne ludzi i przerażająco ogromnych wieżowców - Downtown. Całość położona nad jeziorem większym od naszego Bałtyku, jeziorem Michigan. Od razu polubiłem to miejsce.

Dzień piętnasty

Pracuję już ponad tydzień. Niedługo rozpocznę praktyki w radiu 1030. Dwóch kolegów z New Jersey również pracuje, Marcin tylko nie może się odnaleźć i chodzi na stację męczennika, czyli stację benzynową, pod którą podjeżdżają kontraktorzy i zabierają do pracy na budowach tych, którzy nie mają stałej pracy. Mówią tam, że zawsze 2-3 dni w tygodniu jakieś zajęcie się trafi. Na ogół można zarobić 80 dolarów dziennie.
Po pracy chodzimy często chicagowskimi ulicami, żeby lepiej poznać miasto. Zadziwiające, ilu tu jest Polaków. Nieraz próbowaliśmy zapytać o coś swoją łamaną angielszczyzną, a zagadnięta osoba natychmiast pytała: Mówicie po polsku? Po czym tłumaczyła nam, którą drogą powinniśmy dojść do wybranego celu. Lepiej jednak nie chodzić tu pieszo. Ulice są bardzo długie i można tak krążyć i krążyć godzinami. Łatwo za to poruszać się samochodem, bo układ dróg jest bardzo prosty - biegną równolegle i prostopadle. Jest jeszcze kilka bardzo długich ulic przecinających pozostałe skośnie. Jedną z nich jest Milwaukee - najdłuższa ulica Chicago. Milwaukee znana jest także z polskich sklepów. To wzdłuż niej, poczynając od krańców Downtown, poprzez ulice Belmont, Pulaski aż po Devon, zamieszkiwali Polacy. Mieszkają tu nadal, ale już nie tak licznie jak kiedyś. Teraz przenoszą się do bardziej prestiżowych dzielnic na obrzeżach miasta. Pozostały sklepy. Nieprawdą jest, że jesteśmy tu skazani na paskudne, amerykańskie jedzenie. Tak naprawdę w Ameryce można kupić potrawy z większości krajów świata. Mają tu swoje sklepy Grecy, Filipińczycy, Azjaci, wreszcie sami Amerykanie. I Polacy, na Milwaukee, rzecz jasna, choć to nie jedyna ulica ekspansji rodaków. WallyŐs, Kurowski Sausage, Mikołajczyk - każdy poczuje się swojsko widząc te napisy i zdanie na drzwiach: "Mówimy po polsku". Poczuje się jeszcze lepiej, gdy kupi prawdziwą polską kiełbaskę i skosztuje polskiego chleba. Ceny za wynajem mieszkania są, mniej więcej, o połowę niższe w porównaniu do Nowego Jorku. Pracy - raz więcej, raz mniej - ale jest co robić. Takie jest Chicago.

Dzień sześćdziesiąty

Ledwo zdążyłem się zadomowić, a już za niecały miesiąc wracam. Jestem z siebie zadowolony, bo pojechałem zupełnie sam, a jakoś mi się udało.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki