Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Piłka rozsławi meble

ar
Roman Wargulewski
Roman Wargulewski A. Rusinek
Jest bodaj najwięcej inwestującym ostrołęckim biznesmenem. Ma największy sklep meblowy w okolicy, buduje centrum biurowo-handlowe, przygotował obiekty pod terminal celny, a ostatnio przejął drużynę piłkarską Narew Ostrołęka. Kim jest Roman Wargulewski?

Pochodzi Pan, o ile wiem, z rodziny, która była właścicielem wielu hektarów przy ulicy, która dawniej nazywała się Ostrowską, a dziś 11 Listopada.
- Mój dziadek ze strony ojca, Telesfor Wargulewski, pochodził z Kleczkowa. W latach dwudziestych ubiegłego wieku kupił ziemię w Ostrołęce. Tutaj urodził się mój ojciec. W latach 70. i późniejszych Ostrołęka zaczęła rozbudowywać się w kierunku stacji i miasto wykupiło od rodziny większość ziemi. Kilka lat temu mój stryj przekazał jedną z ostatnich rodzinnych działek pod budowę kościoła na osiedlu Centrum. Ja urodziłem się w Myszyńcu, ale wychowałem się w Ostrołęce.

Z Ostrołęką związał też Pan swoje interesy. Dziś uchodzi Pan za jednego z najprężniejszych biznesmenów w mieście. Jak rozpoczęła się droga do biznesu?
- W 1989 roku, kiedy nastały większe swobody polityczne i gospodarcze, postanowiłem jak wielu innych młodych ludzi wziąć los w swoje ręce. To był nawet taki modny wtedy slogan. Jak się okazało, wcale niełatwy do zrealizowania. Niby nastała wolność gospodarcza, ale możliwości, choćby w dostępie do kredytów, były dużo mniejsze niż dzisiaj. Dla kogoś, kto jak ja zaczynał wszystko od zera, bez większego kapitału, były to naprawdę dosyć karkołomne czasy. Od początku nastawiłem się na handlowe kontakty ze Wschodem, gdzie też wówczas zaczęły się większe swobody gospodarcze. Zaczynałem od handlu produktami rolnymi i ogrodniczymi. Kontakty z krajami byłego ZSRR utrzymuję do dzisiaj, ale wtedy, na początku lat 90. były one niezwykle trudne i ryzykowne. Te pierwsze lata działalności wspominam czasem jak zły sen, sam się dziwię, jak to przetrwałem. Wiele razy miałem chwile takiego zwątpienia, że chciałem rzucić wszystko i wyjechać z kraju. Ale jestem jednak Kurpś i to pniok - więc uparty i przywiązany do tego, co nasze. Zostałem i szukałem nowych możliwości.

Kiedy skończyła się zła passa?
- W 1994 roku wygrałem przetarg na zaopatrzenie całego rynku łotewskiego w apteczki pierwszej pomocy. Zamówiliśmy 2,5 mln apteczek we wrocławskiej firmie Viscoplast. To był mój pierwszy duży, solidny biznes, który pozwolił napędzić kolejne interesy i przywrócił wiarę w to, że można jednak osiągać sukcesy na rynku. Wymaga to jednak ciągłej czujności, nieustannej obserwacji, poszukiwania i pewnego ryzyka.
n Dziś kojarzony jest Pan przede wszystkim z największym w mieście salonem meblowym War-Pol-Renolit. W 1998 roku na targach meblowych w Poznaniu poznałem Thomasa Tossmana, dyrektora wielkiego koncernu niemieckiego Renolit, produkującego okładziny meblowe. Staliśmy się jedynym w Polsce dystrybutorem tych oklein. Nie bez znaczenia były tu moje znajomości na rynku wschodnim. Obecnie sprowadzamy okleiny dla około stu zakładów w całej Polsce, produkujących meble, drzwi, okna. Wysyłamy także ten towar na Białoruś, Litwę, Łotwę i Estonię, co stanowi połowę naszych obrotów. Dzisiaj kontakty ze Wschodem są łatwiejsze i bardziej ustabilizowane. Stabilizację z drugiej strony zapewnia współpraca z takim potentatem jak Renolit, który ma około 40 firm produkcyjnych na całym świecie. My jesteśmy tylko jej dystrybutorem, zupełnie samodzielnym. Nie stanowimy żadnej spółki polsko-niemieckiej. To co robię, jest wyłącznie moim własnym, prywatnym interesem.

Nie jedynym. Ostatnio zainteresowanie wzbudza inwestycja w starym domu kultury w Wojciechowicach, który kupił Pan w przetargu. Za ile i po co? Co będzie mieściło się w dawnym obiekcie kultury?
- Za 300 tysięcy złotych. Teraz kilkakrotnie więcej inwestuję w gruntowną modernizację tego starego budynku. Ma to być wielofunkcyjny obiekt przeznaczony do dzierżawy pod usługi, biura, ewentualnie handel. Jestem także od roku właścicielem starej kamienicy przy ul. Kościuszki, którą chciałbym przeznaczyć na podobne cele, ale ponieważ jest to strefa starej miejskiej zabudowy, niełatwo jest uzyskać zgodę na modernizację.

Inwestuje Pan więc - podobnie jak dziadek - w nieruchomości. Czy to może być intratny interes w mieście takim jak Ostrołęka, które po upadku województwa znacznie wyhamowało tempo rozwoju?
- Każdy interes to ryzyko. Zakładam, że wejście Polski do Unii Europejskiej stworzy znów nowe szanse dla młodego pokolenia przedsiębiorczych ludzi i że miasto nie popadnie jednak w marazm. A nieruchomości to jest zawsze jakaś lokata kapitału.

Przegrał Pan ostatnio przetarg na siedzibę posterunku celnego. Jaką nieruchomość Pan tutaj proponował?
- Obiekty dawnej gminnej spółdzielni w Grabowie, przy głównej trasie Warszawa-Białystok. Moja oferta okazała się dla Urzędu Celnego w Warszawie zbyt droga, choć moim zdaniem nie była wygórowana. Nie dramatyzuję z powodu przegrania przetargu, ale uważam, że lokalizacja posterunku na ul. Przemysłowej nie jest korzystna ani dla posterunku, ani dla miasta - bo podatki odpłyną znów do gminy Rzekuń. W naszym obiekcie w Grabowie powstanie prawdopodobnie magazyn firmy Renolit.

Niedawno podjął Pan jeszcze jedną inwestycję - tym razem w sport, przejmując czwartoligową drużynę Narwi. Jaki był tego cel, bo przecież trudno w tym wypadku mówić o intratnym interesie?
- To czysto marketingowe przedsięwzięcie. Jest to forma reklamy dla firmy War-Pol. Piłka nożna jest dyscypliną bardzo medialną, cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Gdyby udało się doprowadzić klub do sukcesów, czyli wprowadzić go do III ligi, byłaby to znakomita reklama dla naszej firmy. A koszty nie będą zapewne wiele większe, niż wydawane na tradycyjną reklamę.

Czy zgadza się Pan z powiedzeniem, że pieniądz robi pieniądz?
- Na pewno tak, pod warunkiem że jest sensownie inwestowany. W biznesie potrzebny jest duży rozsądek, intuicja i gotowość pewnego ryzyka.

Robienie pieniędzy sprawia radość? Czy nie wolałby Pan być mniej zamożnym, a żyć i spać spokojniej?
- Zawsze byłem raczej niespokojnym duchem. Lubię żyć aktywnie. A umiejętność robienia pieniędzy na pewno daje satysfakcję. Jeżeli robi się to uczciwie, można spać spokojnie.

Pan śpi spokojnie?
- Tak, śpię spokojnie i potrafię cieszyć się życiem. Interesy nie przesłaniają mi świata. Myślę natomiast o tym, jak przygotować moje dzieci do życia w nowej, ciekawej, ale i niełatwej rzeczywistości. Mam siedemnastoletnią córkę i dwóch młodszych synów. Oboje z żoną, która pomaga mi w prowadzeniu interesów, staramy się już teraz uczyć dzieci odpowiedzialności, zaradności i pracy. W wakacje na przykład starsze dzieci pracują. Chciałbym, żeby znały wartość pracy i wiedziały, że w życiu niczego nie dostaje się za darmo, a losowi zawsze trzeba pomagać.

Rozmawiała Aldona Rusinek

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki