MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Oszustwo za zaliczeniem pocztowym

Mieczysław Bubrzycki
W tej chatce na odludziu byłemu katechecie Henrykowi Dołęgowskiemu przychodzą do głowy pomysły, jak dorobić do renty
W tej chatce na odludziu byłemu katechecie Henrykowi Dołęgowskiemu przychodzą do głowy pomysły, jak dorobić do renty Fot. M. Bubrzycki
W kilku numerach "Tygodnika" w lutym i marcu ukazało się ogłoszenie o treści: "Zatrudnię do pracy biurowej w domu - rozsyłanie ulotek reklamowych, 1600 zł miesięcznie. Załącz znaczki za 8,40 zł. Dom wysyłkowy Irena, Łączki 120, 07-438 Zalas".

W tej chatce na odludziu byłemu katechecie Henrykowi Dołęgowskiemu przychodzą do głowy pomysły, jak dorobić do renty
(fot. Fot. M. Bubrzycki)

Na początku marca do redakcji zatelefonował mężczyzna:
- Mam pytanie do pani naczelnik poczty w Zalasiu: co robi z listami i znaczkami za 8,40 zł, które przychodzą na adres podany w ogłoszeniu, a który nie istnieje w rzeczywistości?
Sprawdziliśmy w Urzędzie Gminy w Łysych. Rzeczywiście we wsi Łączki najwyższy numer domu to 108.

Rozmowa z nadawcą

Co wysyłał do ludzi Henryk Dołęgowski?

Mamy kartkę, którą Henryk Dołęgowski wysyłał tym, którzy odpowiedzieli na jego ofertę.
U samej góry jest napis: "Firma Domex, ul. Fredry 32, 30-605 Kraków". Redaktor ulotki dziękuje najpierw za odpowiedź na ogłoszenie. "Jesteśmy przedstawicielem polskiej firmy" - podkreśla. Zaznacza też, że "poniższe oferty są wzięte z materiałów promocyjnych tej firmy, które będzie można na końcu zamówić", co - od razu uprzedzamy, bo zajrzeliśmy na koniec ulotki - kosztować będzie dodatkowo 49 zł 80 gr.
Praca w firmie, którą prowadzi "prawnik - magister prawa handlowego", może polegać na:
1. regeneracji kaset do drukarek (zarobki 2100-2900 zł miesięcznie); 2. reklamie na samochodzie (zarobek do 1000 zł); 3. ankietowaniu obiektów turystycznych ; 4. kolportażu czeków hotelowych; 5. prowadzeniu autoryzowanego biura reklamowego w domu lub mieszkaniu (zarobki 5000-10.000 zł!).
Na koniec jest zapewnienie, że - gdy już podpiszemy umowę z firmą Domex - zwróci nam ona nie tylko 49 zł 80 gr, ale nawet całe 50 złotych!

Ogłoszenie do naszej redakcji przysłane zostało SMS-em. 10 marca, ok. godz. 14.30, zatelefonowaliśmy pod numer telefonu komórkowego, z którego wysłano SMS-a. Telefon odebrał chłopak.
- Czy dawał pan ogłoszenie do "Tygodnika?"
- Tak.
- Jest problem, bo do redakcji zgłaszają się ludzie, którzy twierdzą, że takiego adresu w Łączkach w ogóle nie ma.
- Aha.
- Jak to rozumieć?
- To tak już musi być.
- Jak to: musi być?
- Nie wiem, tak jest.
- To ty dałeś to ogłoszenie do "Tygodnika"?
- To jakby ja, ale komu innemu wysyłałem.
- Komu?
- Takiemu panowi.
- Jak się z tym panem skontaktować?
- Nie wiem, czy można, ale chyba tak. Najlepiej przez telefon.
- Ale w takim razie muszę znać telefon do niego.
- Chwileczkę, zaraz spytam.
Słyszymy rozmowę z kimś dorosłym, szczeka pies, chłopak tłumaczy, o co chodzi: "To co, podać komórkę?" - pyta. "Nie, nie, bo nie będzie dalej podawał".
- Halo, to ogłoszenie już nie będzie dalej podawane.
- A czy ja dodzwoniłem się do wsi Łączki?
- Tak.
- Ale takiego adresu podanego w gazecie nie ma w Łączkach?
- To zostało już podane i tak musi być to ogłoszenie.
- Ale komórka należy do ciebie, a nie można podawać nieprawdziwego adresu.
(cisza)
- To kto w końcu kazał ci wysłać SMS-a?
- Ja nie mogę tego podać, nie mogę.
- A pod jakim adresem ty mieszkasz?
- Nie mogę podać.

Pani naczelnik tłumaczy

- Nie będę udzielała żadnych informacji bez zgody dyrektora - zapowiedziała na wstępie naczelnik poczty w Zalasiu, Hanna Calik.
- Ponieważ jednak ja także wysłałem list pod wskazany w ogłoszeniu adres, to chyba mam prawo wiedzieć, komu został doręczony? - mówię prawdę, bo 15 marca na poczcie głównej w Ostrołęce wrzuciliśmy do skrzynki list zaadresowany na dom wysyłkowy "Irena".
Naczelniczka w końcu mówi, że parę tygodni temu przyszedł do niej mężczyzna mieszkający w Piątkowiznie i zapowiedział, że listy, które będą przychodzić na dom wysyłkowy "Irena", będzie odbierał osobiście na poczcie.
- Jest taka możliwość i ten pan z niej skorzystał - wyjaśnia naczelniczka. - Ja nie widziałam tego ogłoszenia w gazecie.
- Ale przecież takiego adresu w ogóle nie ma, więc jak pani mogła się na to zgodzić? - pytam.
- Nie ma takiego adresu? - dziwi się pani naczelnik.
- Nie ma, sprawdziłem w Urzędzie Gminy - zapewniam.
- Ja wiem, że ten człowiek w Łączkach nie mieszka, ale gdy się zgłosił do mnie, to pomyślałam, że może pomylił gdzieś adres i dlatego o to prosi - tłumaczy.
- Tu jednak chodzi o dwie różne miejscowości, bo przecież on nie mieszka w Łączkach - zauważam.
- Nie udzielę więcej żadnych informacji, dopóki nie skontaktuję się z dyrektorem - pani naczelnik wraca do początku rozmowy. - Zresztą już częściowo wiedzą o tej sprawie.
- Kto wie częściowo? - pytam.
- My wiemy w każdym razie, co mamy z tym zrobić i na pewno zrobimy - zapewnia pani naczelnik.
- A co zrobicie? - dopytuję.
- Myślę, że przede wszystkim wezwę tego pana na rozmowę - odpowiada szefowa poczty w Zalasiu. - Przecież nie można tak ludzi oszukiwać.

"Irena" to znowu on?

W pobliskiej Piątkowiźnie ludzie, których pytam o właściciela domu wysyłkowego "Irena", z początku nie bardzo wiedzą, o kim mówię. Nie znam nazwiska, bo naczelniczka nie chciała podać nam nazwiska klienta. W końcu ktoś domyśla się:
- Aaa, to pewnie chodzi o "Księdza"...
Tak niektórzy nazywają Henryka Dołęgowskiego, który od trzech lat mieszka na krańcu Piątkowizny, niemal na odludziu. Wynajmuje drewniany, mały dom bez wygód. Obok stoi rower, ale w oczy najbardziej rzuca się antena satelitarna zamocowana na brzozie, kilka metrów od domu.
Henryk Dołęgowski to mężczyzna w średnim wieku, kawaler. Pochodzi spod Wysokiego Mazowieckiego, na przełomie lat 80. i 90. uczył religii w szkole w Zalasiu. Zachorował jednak i na parę lat znikł. Gdy pojawił się tutaj kilka lat temu, był już rencistą.
- Czy Dołęgowski daje pracę? - pytam sołtysa Jana Trzcińskiego.
- Akurat, daje... - śmieje się sołtys. - To co? Ta "Irena" z Łączek to znowu on?
W Piątkowiźnie i w Zalasiu pamiętają, jak w tamtym roku po ogłoszeniu, które Dołęgowski umieścił w "Tygodniku", dotyczącym sprawdzonej podobno metody na duże wygrane w totka, przyjeżdżali ludzie, którzy poczuli się oszukani. Mechanizm był taki sam, jak w ostatnim ogłoszeniu. Trzeba było wysłać list ze znaczkami, a Henryk Dołęgowski odsyłał jakąś ulotkę na temat gry w totka. Słyszę, że pewnego dnia to nawet kilka samochodów zajechało pod dom Dołęgowskiego, bo w przeciwieństwie do ostatniego ogłoszenia, poprzednie opatrzył imieniem, nazwiskiem i adresem. Podobno było dość nieprzyjemnie.

Czy daje, czy odbiera?

W chacie na skraju Piątkowizny, gdzie mieszka Henryk Dołęgowski, zastajemy mężczyznę po czterdziestce. Zajęty jest zmywaniem naczyń.
- To ja dałem te ogłoszenia, a właściwie to taki chłopak z Wejda, którego o to poprosiłem, bo ja nie umiem wysyłać SMS-ów - przyznaje. - Podałem, bo chciałem zarobić parę złotych, ale ja już nie będę tego robił. Żaden zarobek, bo przyszły tylko cztery listy.
Na jednym - jak twierdzi - zarobił około 5 zł.
Dołęgowski odpowiedział kiedyś na podobne ogłoszenie, które znalazł w "Telegazecie". Wysłał list ze znaczkami i otrzymał niegrubą przesyłkę, za którą musiał zapłacić listonoszowi kilkanaście złotych. W kopercie była ulotka, z której niewiele wynikało. To była ulotka o tym, jak wygrać w toto-lotka. Potem wysłał jeszcze raz. Ogłoszenie mówiło, że jest praca do wzięcia - można zarobić nawet parę tysięcy miesięcznie. Znów otrzymał ulotkę za pobraniem pocztowym.
Postanowił sam spróbować tej metody zarabiania pieniędzy. Najpierw dał ogłoszenie o wygranych w totka. W Ostrołęce odbił na ksero otrzymaną ulotkę. Wysłał ją każdemu, kto do niego napisał. Odsyłał listy za pobraniem odpowiedniej kwoty, ostatnio ustalił ją na 14 zł.
- Czy panu tak bardzo są potrzebne pieniądze? - pytamy.
- Teraz już nie, bo mam 1148 złotych renty, ale wcześniej miałem tylko 490 zł - przyznaje.
- Ale przecież to było oszustwo, a także grzech - tłumaczę speszonemu renciście-katechecie.
- Wiem, ale ja tego już więcej nie będę robił - powtarza. - Przepraszam za to.

Nadawca nieznany

Sporo czasu nam to zajęło, ale mimo to - niestety - nie udało nam się dotrzeć do chłopca, którym posłużył się Henryk Dołęgowski, aby wysłać SMS-a z oszukańczym ogłoszeniem.
Mieliśmy tylko numer komórki nadawcy. Tu warto wyjaśnić, że redakcja nie odpowiada za treść publikowanych ogłoszeń. Zgodnie z regulaminem publikowania ogłoszeń również w systemie SMS, redakcja może odmówić opublikowania ogłoszenia, jeśli jego treść jest sprzeczna z prawem lub zasadami współżycia społecznego. Ogłoszenie Dołęgowskiego takich treści nie zawierało.

Dyrektor wyjaśnia

Poczta i petent

Czy ktokolwiek może odbierać w urzędzie pocztowym przesyłki, które nadchodzą na nieprawdziwy adres?
Wyjaśnia dyrektor Rejonowego Urzędu Poczty w Ostrołęce Mieczysław Daszewski:
- Przesyłki pocztowe mogą być doręczone adresatom bądź innym odbiorcom uprawnionym do odbioru przesyłek za adresata zależnie od ściśle określonych okoliczności. Dlatego też Poczta Polska nie może doręczyć żadnej przesyłki, nawet tej z właściwym adresem, przypadkowej osobie. Adres wpisany przez nadawcę przesyłki jest istotną wskazówką do ustalenia osoby adresata, z tym że miejsce doręczenia przesyłki bądź przekazu pocztowego nie zawsze musi być zgodne ze wskazanym na przesyłce adresem, m.in. z tego względu, że adresat może życzyć sobie doręczenia przesyłek w innym miejscu niż wskazane przez nadawcę, składając np. pisemne żądanie dosłania przesyłki bądź doręczenia jej do innej miejscowości na terenie tej samej placówki oddawczej w przypadku zmiany miejsca pobytu. W przypadku, gdy adres przesyłki jest niekompletny, błędny, a tym samym nieprawdziwy, w stopniu uniemożliwiającym ustalenie osoby adresata, a więc doręczenia przesyłki, zwraca się ją do nadawcy, a gdyby to było niemożliwe, traktuje się ją jako niedoręczalną. Przesyłki, które zawierają błędny adres, uniemożliwiający w sposób jednoznaczny określenie osoby adresata, zwracane są do nadawcy.

Henryk Dołęgowski, dając ostatnie ogłoszenie do gazety, zrobił wiele, żeby odsunąć od siebie wszelkie podejrzenia. Podał w ogłoszeniu fałszywy adres, posłużył się do nadania ogłoszenia nieletnim chłopcem. Czy pani naczelnik poczty w Zalasiu, godząc się na przyjmowanie listów wysyłanych na fałszywy adres naruszyła przepisy? Z wyjaśnień dyrektora Rejonowego Urzędu Poczty w Ostrołęce Mieczysława Daszewskiego wynika, że nie miała podstaw by protestować.
- Postępowanie naczelnika Urzędu Pocztowego w Zalasiu było zgodne z obowiązującymi przepisami służbowymi w zakresie doręczania przesyłek - powiedział nam dyrektor Daszewski.
Pokwitowania odbioru zawierały czytelny podpis odbiorcy, datę odbioru i odcisk stempla firmowego, a to zwalniało pracownika Poczty Polskiej z obowiązku wpisywania na dowodach odbioru adnotacji o dokumencie potwierdzającym uprawnienie do odbioru przesyłek.
Natomiast zgodnie z nowymi przepisami obowiązującymi od 2 stycznia br. poczta na żądanie klienta, złożone na piśmie, może dostarczać przesyłki zgodnie z dyspozycjami adresatów, a nie jak dotychczas nadawców. Henryk Dołęgowski mógł więc zażyczyć sobie, że będzie odbierał na poczcie listy kierowane do domu wysyłkowego "Irena".
Jednak naczelnik poczty w Zalasiu ukarana została zabraniem połowy premii kwartalnej za inne niedociągnięcia popełnione w tej właśnie sprawie. Dyrektor Daszewski nie powiedział nam jednak, jakie to były niedociągnięcia.
***
To, co robił Henryk Dołęgowski, to oszustwo. Wykorzystywał ludzi, którzy mają mało pieniędzy i łapią się każdej okazji, żeby zarobić. Ogłaszał w gazecie, że da pracę, a wiedział przecież, że żadnej pracy nie ma. Można powiedzieć, że wymuszał od biednych ludzi ostatnie pieniądze.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki