Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Oszukują, jak śmieci nas traktują

Ewa Pyśk
We wtorek, 17 lutego do naszej redakcji przyszło ponad czterdziestu pracowników Zakładów Mięsnych "Ostrołęka". Prosto z sądu. Zdesperowani, walczą o swoje pieniądze. Od października nie otrzymują wynagrodzeń. Pierwsza sprawa w sądzie pracy nic nie dała, kolejny termin rozprawy wyznaczono na 26 marca.

- To, co przekazują do gazet właściciele zakładów, to bzdura! - krzyczeli rozgoryczeni stwierdzeniem prezesa zakładów w ostatnim "Tygodniku", że siedzą w domu i biorą pieniądze. - Nie mamy pieniędzy, jesteśmy oszukiwani, jak śmieci nas traktują!
Opowiadają jeden przez drugiego, nie mają nic do stracenia, dotychczas bali się mówić, bo ciągle mieli nadzieję na pracę.
- Zacznijmy od tego, jak nas potraktowali dziś w sądzie (17 lutego - przyp. red.) - Czekaliśmy od 9.00 do 11.30, zanim doszło do rozprawy, bez przedstawiciela zakładów się odbyło.

Szybko zwolnieni

Zwalniani pracownicy zaskarżyli Zakłady Mięsne "Ostrołęka" w sądzie pracy o nie wypłacone świadczenia od października (pensje, składki ZUS, składki na ubezpieczenie zdrowotne, zasiłki rodzinne, ubezpieczenie w PZU). W styczniu i w lutym ok. 200 osób otrzymało wypowiedzenia. Wieloletnie umowy o pracę zostały wypowiedziane z zachowaniem skróconego - miesięcznego wypowiedzenia. Za pozostałe dwa miesiące wypowiedzenia, które im przysługują, zwalniani mają otrzymać odszkodowania.
- Od października nie mamy na nic, ani na opłacenie mieszkania, ani światła, ani na życie - mówili rozgoryczeni. - Paczki na święta dostaliśmy z przeterminowaną pasztetową! Na drugi dzień się do jedzenia nie nadawała.
- Sędzia nam powiedział, że nie mamy wielkich szans na odzyskanie swoich pieniędzy - relacjonowała rozprawę Krystyna Zalewska. - Do 26 marca mamy dokładnie podać, ile pracodawca jest nam winien.
- A za co żyć do tego marca? - pytała Anna Grabowska.
- Pasuje tylko jechać do zakładu, gardło poderżnąć komuś i iść siedzieć, bo tam przynajmniej jeść dadzą - denerwował się inny były pracownik. - Dzieci opieka zabierze i z głowy. Bo jak inaczej przy życiu się utrzymać?
Wiesław Zembrzuski pokazuje nam zaświadczenie, wystawione przez pracodawcę, gdzie czytamy, że wynagrodzenie za miesiące listopad, grudzień, styczeń na dzień dzisiejszy nie zostało wypłacone.
- Za nic nie płacimy, za mieszkanie, za światło - mówiła Anna Mierzejewska.
- Nawet do lekarza nie możemy pójść, bo przecież zakład od października nie płaci za nas składek ZUS ani ubezpieczenia - opowiada Krystyna Zalewska.
Marek Zyśk pokazuje pismo z ZUS-u informujące, że jego składki nie są opłacone od maja 2003 roku.
Jak twierdzą pracownicy, pracodawca zmuszał ich do pracy w soboty i niedziele.
- Szantażem nas do tego zmusili - mówiła Krystyna Zalewska. - Czerwiec, lipiec i sierpień, każdy dzień 39 złotych. Do tego zatrudniali nas na zlecenia, mimo że mieliśmy umowy na czas nieokreślony. Powinny być płacone godziny nadliczbowe, a nie zlecenia.
- Kto nie chciał pracować, to go zwalniali - dodaje Hanna Chełstowska. - Urlopy bezpłatne dawali, a jak nie, to do widzenia.
- W lipcu obniżyli nam płacę zasadniczą - mówi. - Ani premii, ani wysługi lat - nic! - Krystyna Zalewska pokazuje nam na dowód dokumenty. "W związku z wprowadzeniem regulaminu wynagradzania od dnia 1 lipca 2003 roku nie przysługuje dodatek świąteczny za pracę w dni dodatkowo wolne od pracy, niedziele i święta, dodatek za staż pracy oraz dodatek za pracę w warunkach dla zdrowia szkodliwych, uciążliwych lub niebezpiecznych". Podpisane prezes Tomasz Łączyński. Zdaniem pracowników, pensje zmniejszyły się o ok. 500 złotych.
- Za 30 lat pracy zabrali nam wysługę lat? - pyta Hanna Chełstowska. - Oni tyle nam wypracowali?
- Straciliśmy zdrowie, a oni nas na bruk wyrzucili - denerwuje się Jan Chełstowski.
- Jak biali Murzyni pracowaliśmy dla pana Szczęsnego, dla pana Łączyńskiego - wyrzuca Krystyna Zalewska. - Bez ubezpieczenia, bez niczego. Syn jest chory, poszłam do Narodowego Funduszu Zdrowia o potwierdzenie opaski ortopedycznej. Odmówiono mi, bo składki nie są odprowadzane.
- Teraz nie może nikt w rodzinie umierać, ani się rodzić, bo żadnych pieniędzy nie odzyskamy - mówi Stanisław Cymek. - Pasuje spać na innym łóżku niż żona, żeby coś się nie przytrafiło, bo co wtedy? Skąd pieniądze na opiekę nad żoną i dzieckiem wziąć?
- Ojciec mi zmarł w styczniu, świadczeń pogrzebowych ani żona, ani ja nie możemy odebrać - mówił Jan Chełstowski. - Zakład nie wpłacił jeszcze zaległości do PZU za październik, listopad i grudzień, a dopóki tego nie zrobi, to koniec, żadnych pieniędzy.
- Jak psom nam pod płotem przyjdzie zdechnąć! - sarkają z goryczą ludzie.
- Tylko dzięki związkom mamy tak, jak mamy - uważa Wiesław Zembrzuski. - Oni wszystko podpisywali. Myśmy nic nie wiedzieli.
- Związki za nas decydowały - twierdzi Hanna Chełstowska. - Swoje zarobili, nawet żadnego spotkania z nami nie zrobili! Oni nas reprezentowali?!
- Szczęsny (współwłaściciel ZM - przyp. red.) powiedział na zebraniu: ja będę miał chleb, ale wy nie! - opowiada Chełstowski. - I nie skłamał.

U prezydenta

Prosto z naszej redakcji zdecydowani walczyć o swoje pracownicy zakładów udali się do prezydenta Ostrołęki. Na pytanie, dlaczego przyszli ze swoimi kłopotami do niego, padła odpowiedź: - Przyszliśmy do pana, bo na pana głosowaliśmy.
- Bóg wam wielki zapłać - odpowiedział Załuska.
Prezydent pytał, czy pracownicy rozmawiali z właścicielami zakładu, czy kontaktowali się z syndykiem.
- Nic te rozmowy nie dały.
- Nie wiem, jak mogę państwu pomóc, bo to nie są moje kompetencje - odpowiadał Załuska. - Zakłady to prywatna firma, nawet nie jest położona na terenie Ostrołęki. Roszczenia pracownicze powinny być wypłacane jako pierwsze - próbował uspokajać prezydent.
- Niech nam pan doradzi i da zapomogi - prosili pracownicy.
- Ale w "Tygodniku Ostrołęckim" napisali, że pan się cieszy, że zakłady ruszyły - atakowali prezydenta.
- Ja się ucieszyłem, że przynajmniej 100 osób zatrudniono - tłumaczył Ryszard Załuska. - Dobrze państwo wiecie, że zakłady zaczęły się rozkładać dużo wcześniej, kiedy miały wejść na giełdę. Gdzie są winni? Ja nie chcę ani chwalić, ani ganić obecnych właścicieli, bo nie znam sprawy do końca. Właściciele przedsiębiorstwa przekonywali mnie, że sytuacja nie jest aż tak zła.
Do pomocy wezwany został Janusz Kobyliński, radca prawny Urzędu Miejskiego.
- Dopóki trwa stosunek pracy, a w tym przypadku trwa on do końca okresu wypowiedzenia, to należy wam się wynagrodzenie - mówił Janusz Kobyliński. - Wypowiedzenie pod względem prawnym i formalnym jest w porządku. Pozostaje jednak sprawa gwarancji, kiedy te pieniądze będą. Teraz wszystko jest w rękach sądu. Sąd nie odrzucił, nie oddalił waszych pozwów. Sąd zażądał jedynie, żeby zakład pracy podał wysokość zaległych wynagrodzeń, podstawę prawną przeliczenia i takie sumy wam zasądzi.
Z takim wyjaśnieniem zwolnieni pracownicy opuścili gabinet prezydenta. Spotkanie nie rozwiało ich obaw ani żalu.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki