Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Ofiary uzdrowicieli

Aneta Kowalewska
Ilustr. S. Leszczyńska
Czym są pieniądze wobec groźby śmierci ukochanego dziecka? Niczym. A kiedy lekarz mówi, że już nic nie może pomóc, że zostało tylko czekanie na to, co nieuchronne, w sercu rodzi się bunt i złość. Człowiek szuka za wszelką cenę ratunku i wierzy w cud, i czeka na cud. I chce wierzyć w cuda. I nawet w nie wierzy.

Krawczykowie też wierzyli, że chociaż profesorowie z Centrum Zdrowia Dziecka nie dają ich synkowi żadnych szans na wyleczenie czy zahamowanie rozwoju choroby, filipińscy uzdrowiciele uratują mu życie.

Dlaczego my?

Najpierw były bóle głowy - trochę dziwne u sześcioletniego chłopca. Uporczywe. Adrian skarżył się na nie niemal codziennie.
- Dziwne były te bóle, w pierwszej chwili myślałam, że to może od zęba, albo że go przeziębienie bierze, nie bardzo chciało mi się wierzyć, że takiego dzieciaka boli głowa. Któregoś dnia zwymiotował. Dzień później zrobiło mu się słabo. Zdenerwowałam się bardzo, pojechaliśmy do lekarza - opowiada pani Krawczykowa.
Pamięta dziwny wyraz twarzy rodzinnego lekarza, gdy zbadał Adriana. Skierował go na kolejne, specjalistyczne badania.
- Powiedział mi, że bez badań niewiele może powiedzieć. Błyskawicznie załatwiłam tomografię, przez znajomą dotarłam do profesora z Centrum Zdrowia Dziecka. Miałam złe przeczucia. Kiedy czekaliśmy na tego profesora pod jego gabinetem, obok siedziała matka z dzieckiem, w podobnym wieku, tyle że z dziewczynką. Gdy zdjęła czapeczkę, zobaczyliśmy, że jest łysa. Zrobiło mi się zimno. Wiedziałam, że to efekt chemioterapii. I w tej jednej chwili zaczęłam się modlić, żebym w tym gabinecie nie usłyszała tego samego. Pan Bóg mnie jednak nie wysłuchał. Lekarz spokojnie, najdelikatniej, jak potrafił, powiedział mi, że mój synek ma raka mózgu - pani Krawczykowa nie kryje łez. Choć od śmierci synka minęły już dwa lata, ona nie może się z nią pogodzić. Pokoik synka, niezmieniony do dziś, żyje przeszłością. Jak matka Adriana.
- To był dla nas szok. Taki mały chłopczyk i rak? Mój mąż szalał z rozpaczy. Tłumaczyłam mu, że nie wolno się nam załamywać, że musimy walczyć. I walczyliśmy, jeżdżąc od lekarza do lekarza, załatwiliśmy operację w renomowanej klinice. Zoperowano Adrianka, ale okazało się, że są już przerzuty. Lekarze byli bezsilni - opowiada pani Krawczykowa.

Nie chcieli się pogodzić z faktami. Próbowali konsultacji kolejnych specjalistów. Niestety, medycyna okazywała się bezsilna.
- Któregoś dnia sąsiadka mi powiedziała, że gdzieś słyszała o jakimś uzdrowicielu, który naprawdę potrafi pomóc ludziom i wyleczył już bardzo wiele osób. Poradziła jej tego uzdrowiciela koleżanka z pracy. Pojechałyśmy do tej koleżanki, ta pokierowała nas do Wesołej. Tam przyjmował jakiś znany, bodajże filipiński uzdrowiciel - opowiada pani Krawczykowa.

Cudowne wyzdrowienie

Wyciągnęła męża z pracy i pojechali do Wesołej. Uzdrowiciel przyjmował w małym, jednorodzinnym domu. Przed furtką kłębił się tłum ludzi. Od nich Krawczykowa dowiedziała się o dokonaniach uzdrowiciela oraz o tym, że wizyta u niego kosztuje sto sześćdziesiąt złotych, plus kolejne pieniądze za zalecane przez niego medykamenty. I że jedna wizyta nie wystarczy. Ale dla niej te pieniądze to były żadne pieniądze w zamian za życie jej dziecka. Stanęła cierpliwie w kolejce. Nie doczekała się jednak, bo tego dnia uzdrowiciel przyjął tylko piętnaście osób i był zbyt zmęczony, by dalej uzdrawiać. Kobieta w średnim wieku oznajmiła to oczekującym i zaprosiła ich na następny dzień.
- Mąż miał wątpliwości, ale zakrzyczałam go, że nie ma serca dla swojego dziecka, że mu pieniędzy szkoda, chociaż wiedziałam, że to oczywista bzdura. Ja zyskałam nadzieję, czułam, że mogę coś dla swojego dziecka zrobić, jakoś mu pomóc. Oślepłam, ogłuchłam - naprawdę wierzyłam, że ten uzdrowiciel może sprawić cud i uratować moje dziecko - opowiada Krawczykowa.

Następnego dnia uzdrowiciel ich przyjął. Zgodził się na wizytę w ich domu, ale za trzykrotną stawkę. Zgodzili się bez szemrania.
- Przyjechał. Coś tam mamrotał pod nosem, głaskał synka, masował - tyle widzieliśmy przez szparę w drzwiach, bo nas wyprosił z pokoju. Zapowiedział kolejną wizytę. Patrzyłam na synka i wydawało mi się, że jest zdrowszy. Popadłam w jakieś szaleństwo - sprowadzałam kolejnych radiestetów, bioenergoterapeutów, uzdrowicieli. Lekarze patrzyli na to wszystko ze spokojem. Nawet nie próbowali niczego tłumaczyć. Oni wiedzieli, że Adrianowi i tak już nic nie pomoże - to mnie miało pomóc. Kiedy jednak któregoś dnia nasz profesor zwrócił mi uwagę, że to nie ma sensu, żebyśmy się nie zapożyczali na kolejnych cudotwórców, bo oni i tak nic nam nie pomogą - prawie go pobiłam. Ja właśnie widziałam, jak mojemu synkowi lepiej się robi po wizycie kolejnego uzdrowiciela. Cztery dni później zmarł. Podobno zawsze jest tak, że chory przed śmiercią nagle czuje się lepiej, zdrowszy, na chwilę wraca do sił, żeby odejść na zawsze - mówi Krawczykowa.
- Nasi znajomi patrzyli, jak w obłędzie walczyliśmy o swoje dziecko. Nie próbowali nam tego wyperswadować, chociaż widzieli, że ci uzdrowiciele to zwyczajni naciągacze. Nikt nie miał odwagi odebrać nam nadziei - dodaje.

Kupowanie nadziei

Krawczykowie odwiedzili kilku uzdrowicieli - polskich, tybetańskich, filipińskich, zza naszej wschodniej granicy. Spotykali przed niewielkimi pokoikami uzdrawiaczy ludzi podobnych do siebie, zdesperowanych, z lwią pasją walczących o bliskich i kupujących nadzieję, bo przecież nie wyzdrowienie.
- Oni wszyscy, cudotwórcy, tacy do siebie podobni, emanujący spokojem, nadzieją - mówili nam to, co tak bardzo chcieliśmy usłyszeć, to, co nam było potrzebne. Tak naprawdę nie płaciliśmy za leczenie, ale za pozbywanie się strachu - przyznaje teraz pani Krawczykowa. Informacje o kolejnych uzdrowicielach zdobywali pocztą pantoflowa, od kolejnych "wyleczonych" pacjentów lub ich znajomych. Jeździli do Białegostoku, Częstochowy, Kielc, Radomska, Głogowa, a nawet Jeleniej Góry.
- Oczywiście nie wszyscy byli oszustami, wielu bioenergoterapeutów, ludzi zajmujących się radiestezją, od razu mówiło nam, jak mogą pomóc i na ile są skuteczni. Na czym polega ich moc. Tak było na przykład z bioenergoterapeutą z Białegostoku, którego ogłoszenie znaleźliśmy w gazecie. Powiedział nam wprost, że nie jest cudotwórcą. Dzisiaj potrafię na to spojrzeć w miarę obiektywnie, ale kiedy patrzy się na swoje umierające dziecko, kiedy ono pyta, mamusiu, czy ja umrę? - w takiej sytuacji człowiek jest gotów duszę diabłu zaprzedać, byleby je ratować, a cóż dopiero zapłacić komuś za jego leczenie.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki