"Ofiary ulgi meldunkowej" mają do zapłacenia gigantyczne kary!

Beata Modzelewska
Beata Modzelewska
Ilustracja
Ania ma do zapłacenia fiskusowi prawie 30 tys., Bolesław 260 tys. złotych!

Co to takiego ta ulga meldunkowa?
Nabycie nieruchomości w latach 2007-2008 uprawniało przy zbyciu do skorzystania z tzw. ulgi meldunkowej. Zwolnieniu z podatku podlegały przychody uzyskane z odpłatnego zbycia:
budynku mieszkalnego, jego części lub udziału w takim budynku; lokalu mieszkalnego stanowiącego odrębną nieruchomość lub udziału w takim lokalu; spółdzielczego; własnościowego prawa do lokalu mieszkalnego lub udziału w takim prawie; prawa do domu jednorodzinnego w spółdzielni mieszkaniowej lub udziału w takim prawie. Zwolnienie z podatku należało się, jeżeli podatnik był zameldowany w budynku lub lokalu na pobyt stały przez okres nie krótszy niż 12 miesięcy przed datą zbycia. Z ulgą meldunkową związany był taki warunek: podatnik musiał w ciągu 14 dni od sprzedaży nieruchomości lub prawa majątkowego, złożyć oświadczenie (że spełnia warunki do zwolnienia) w urzędzie skarbowym.

W 2008 roku Ania – ostrołęczanka (imię zmienione, dane do wiadomości redakcji) stała się szczęśliwą – jak wtedy myślała – właścicielką mieszkania w centrum miasta. Dostała je od rodziców, w darowiźnie.
- Nie upłynęło 5 lat od darowizny, rodzice raz jeszcze pomogli mnie i moim córkom. Wzięli pożyczkę z banku - 80 tys. zł i dołożyli do zakupu większego mieszkania. Akty notarialne obu transakcji sporządzane były w kancelarii notarialnej, a do urzędu skarbowego trafił PIT o darowiźnie.
I życie Ani toczyło się zwykłym trybem. Do mikołajek 2016 roku.
- 6 grudnia zostałam wezwana do Urzędu Skarbowego w Ostrołęce. Poszłam, myśląc, że jest to zwykła, rutynowa kontrola. Ale nie stresowałam się, bo wierzyłam, że jeśli chodzi o moje zobowiązania podatkowe, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Jednak informacja jaką uzyskałam na miejscu, spowodowała, że w jednej minucie mój świat runął – opowiada wciąż roztrzęsiona kobieta.

Okazało się, że ponieważ Ania nie dopełniła warunków ulgi meldunkowej, musi teraz zapłacić fiskusowi… prawie 30 tys. zł.
- Wbiło mnie w fotel, nie wiedziałam, co robić – opowiada. - Do dziś nie potrafię się z tym pogodzić. „Na pocieszenie” od urzędniczki usłyszałam: nie pani jednej to dotyczy. Tego nieszczęsnego 6 grudnia po raz pierwszy usłyszałam o uldze meldunkowej. Nikt – ani notariusz, ani urzędnicy w skarbówce – wcześniej wobec mnie tego pojęcia nie użyli. Przecież złożenie oświadczenia nie byłoby dla mnie problemem, a warunek ulgi spełniałam. Czuję się bardzo, bardzo skrzywdzona tą decyzją. Jestem samotną matką, pomimo przeciwności i trudności starałam się pracować i uczciwie wywiązywać ze swoich obowiązków. Nie mam pieniędzy na zapłacenie tej kary. Spłacam kredyty. Moja córka w tym roku zdaje maturę i chce podjąć studia dzienne, jednak w tej sytuacji może to nie być możliwe, gdyż okazuje się, że jestem bankrutem. Mam do zapłacenia 21 tys. zł podatku i ok. 8 tys. zł odsetek. Wiem, że w Polsce ten problem dotyczy wielu osób, w Ostrołęce także. Może zgłoszą się i razem spróbujemy walczyć o sprawiedliwość.

Ania dostała wezwanie do zapłaty zaległości. Po rozmowie z prawnikiem, zdecydowała odwoływać się od tej decyzji.
- Poruszę niebo i ziemię – zapowiada. – Nie wiem, czy to coś da, ale nie spocznę, póki nie wykorzystam wszystkich możliwości, włącznie ze złożeniem skargi do Trybunału Konstytucyjnego, a nawet Trybunału w Strasburgu.

Ania śledzi fora internetowe poświęcone „ofiarom ulgi meldunkowej”. Nawiązała też kontakt z profesorem drem habilitowanym Bolesławem Rafałem Kucem. Profesor zgodził się na rozmowę z nami. Jest rozgoryczony. Musiał zapłacić… 260 tys. zł (podatek plus odsetki)! Opowiedział nam swoją historię, która różni się od historii Ani tym, że profesor wiedział o uldze i towarzyszącym jej oświadczeniu. Podkreśla, że je złożył za pośrednictwem poczty, ale dokument nie dotarł do urzędu skarbowego.

- Przez cały 2016 rok byłem maltretowany przez III Urząd Skarbowy Warszawa Śródmieście w sprawie ulgi meldunkowej przysługującej mi przy sprzedaży nieruchomości nabytej 25 stycznia 2007 roku, a zbytej 8 grudnia 2010 roku. Byłem tam zameldowany dłużej niż 12 miesięcy. O zbyciu nieruchomości poinformowałem naczelnika III Urzędu Skarbowego w piśmie (oświadczeniu) z 20 grudnia 2010 roku - opowiada. - W urzędzie zaginał akt notarialny nabycia zbywanej nieruchomości, jak też moje oświadczenie. 17 października 2016 roku, po dziewięciu miesiącach maltretowania mnie, inspektorzy wyliczyli 19% podatek od dochodu, czyli różnicy miedzy ceną sprzedaży a kosztami uzyskania, naliczyli z radością odsetki i zajęli mi konto na poczet „zabezpieczenia kwot zobowiązania podatkowego”. Moim przewinieniem jest niedostarczenie osobiście oświadczenia tak, żeby był stempel kancelarii US, tylko wysłanie pisma pocztą - mam dowód nadania - oraz nierozliczenia dochodu ze sprzedaży przy składaniu PIT-37 (kwiecień 2011). Jestem zdruzgotany – mówi profesor. - Kontrolą zajmuję się od 1970 roku, czyli prawie pół wieku. Jestem autorem 10 książek o kontroli. Jestem jedynym lub jednym z kilku specjalistów z naukowym tytułem profesora specjalizującym się w problematyce kontroli. Moje książki pokazują zgoła inny obraz urzędu skarbowego (pisałem naiwnie o humanizacji kontroli), czyli obraz nieprawdziwy. Jest to dla mnie prakseologa, ucznia profesora Kotarbińskiego – wyjątkowo bolesny cios.

Profesor mówi nam, że z tego wszystkiego co przeszedł w ostatnich miesiącach, powstałaby książka.
- Wciąż słyszę, że popełniłem błąd, wysyłając oświadczenie pocztą. Że lepiej byłoby, gdybym przyszedł do urzędu i uzyskał stempel potwierdzający – mówi. - A ja to oświadczenie wysyłałem nawet dwa razy: najpierw listem zwykłym 21 grudnia, a potem, 29 grudnia, poleconym. Ani jeden ani drugi w okresie świątecznym nie dotarł do urzędu skarbowego.

I chociaż zachowało się potwierdzenie nadania listu z dnia 29 grudnia 2010 roku, zarówno naczelnik urzędu, jak i organ odwoławczy zanegowali fakt nadania listu zawierającego oświadczenie. Żeby uniknąć wyroku skazującego w procesie karno-skarbowym profesor dobrowolnie poddał się karze - zapłacił “daninę” - jak mówi.

- Jak mówię o tym studentom, to nikt nie chce wierzyć, jak to jest z tą ulgą meldunkową. Ludzie ją mylili z ulgą mieszkaniową. U mnie przewinienie jest inne. Ja wiedziałem o uldze i wiedziałem o oświadczeniu. I co z tego? A co jest najgorsze – wezwany zostałem do urzędu skarbowego na kilka miesiąc przed przedawnieniem. Zapłaciłem odsetki za siedem lat! Obywatelowi się wmawia, że sprawy się przedawniają po pięciu latach. Nieprawda. W tej chwili pracuję nad tym, żeby wzruszyć tę sprawę, Muszę mieć jakiś nowy dowód. Wysłałem do naczelnika urzędu skarbowego pismo z prośbą o wyjaśnienie, dlaczego w moim przypadku – gdy zbycie nastąpiło 8 grudnia 2010 roku - za cały ten rok skarbówka obarczyła mnie podatkiem i odsetkami.
Urzędnicy stosują przepisy. Przepisy nie są niewzruszonym prawem boskim. Można nimi manipulować. Są przepisy przemyślane, dobrze przygotowane, uwzględniające interes społeczny. Są też przepisy pisane na kolanie, nieprzemyślane, rodzące gorycz. Do nich należy tzw. ulga meldunkowa, której pojawienie się nie miało żadnego społecznego uzasadnienia. Uwarunkowanie jej zastosowania od złożenia oświadczenia, że nieruchomość została zbyta, co wynikało z przesłanego do urzędów aktu notarialnego – jest kuriozalną, antyspołeczna konstrukcją w polskim prawodawstwie, zbierającą swoje pełne goryczy żniwo.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie