Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Nie skrzywdzić dziecka

Rozmawiała Aldona Rusinek
Na emeryturę odeszli obaj wieloletni dyrektorzy LO w Makowie Mazowickim - Krzysztof Wachol i Andrzej Szwejkowski. Młodzież na pożegnanie śpiewała swoim dyrektorom "Sto lat”
Na emeryturę odeszli obaj wieloletni dyrektorzy LO w Makowie Mazowickim - Krzysztof Wachol i Andrzej Szwejkowski. Młodzież na pożegnanie śpiewała swoim dyrektorom "Sto lat” A. Rusinek

- Panie dyrektorze, przepracował Pan w tej szkole 31 lat, w tym 20 na stanowisku dyrektora. Podczas pożegnania z młodzieżą ocierał pan łzy z oczu. Przykro jest rozstawać się ze szkołą?
- Bardzo bałem się dzisiejszego pożegnania i tych wzruszeń. Oczywiście, że przykro jest rozstawać się ze szkołą, w której spędziło się całe zawodowe życie. Ale kiedyś trzeba odejść. Myślę, że to jest dobry moment.
- Jak Pan trafił do makowskiego liceum, bo o ile wiem, nie pochodzi Pan z Makowa?
- Po ukończeniu Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego w początkach lat 70., po całej Polsce szukałem pracy, bo były wtedy takie czasy, że nauczyciela z dyplomem katolickiej uczelni postrzegano niezbyt dobrze, choć nauczycieli z wyższym wykształceniem było wtedy jeszcze niewielu. Pracowałem kilka miesięcy na zastępstwach w Szczecinku, potem zacząłem się rozglądać w kuratorium mazowieckim. Odwiedziłem bez efektu kilka szkół. Dopiero w Makowie spotkałem się z życzliwym zainteresowaniem i inspektor Dzwoniarski zaproponował mi etat w liceum. A 11 lat później on także zaoferował mi funkcję dyrektora, którą w 1984 roku objąłem.
- Jak Pan ocenia te 20 lat? Czy rola, pozycja dyrektora, zmieniała się jakoś wraz ze zmianami w systemie oświaty, ze zmianami w sytuacji kraju?
- Na pewno. Dawniej zza urzędniczych biurek szło wiele dyspozycji nie przystających do realiów szkoły. Szkoła to żywy organizm, tworzony przez młodych, wrażliwych ludzi, którym niełatwo jest narzucać nakazy i zakazy. W ostatnich latach nastąpiła liberalizacja także w życiu szkolnym. Młodzież stała się bardziej samodzielna, ze strony uczniów zaczęły się pojawiać różne inicjatywy, nie zawsze jednak dojrzałe. Znowu, jak dawniej, trzeba było wychowawczej cierpliwości i dyplomacji, by utrzymać harmonijne życie w szkolnej społeczności.
- Dyrekcja liberalizowała się wraz z młodzieżą?
- Zapewne, choć szkoła z istoty jest dosyć konserwatywna. Niemniej staraliśmy się szanować poglądy i oczekiwania uczniów. Pamiętam, jaki bunt był kilka lat temu w sprawie tak zwanego "kieratu", czyli spacerów w kółku po korytarzu podczas przerw. Uczniowie stwierdzili, że czują się jak na spacerach więziennych i dziś już nie spacerują.
- Co sprawiało Panu najwięcej kłopotów w piastowaniu stanowiska?
- Zawsze najbardziej męczyło mnie pisanie planów pracy, sporządzanie wszelkiej dokumentacji, cała ta papierowa robota, którą każdy dyrektor jest obłożony. Na szczęście w dużej mierze dźwigał to mój zastępca.
- Który wraz z Panem dzisiaj żegnał szkołę po 38 latach pracy, w tym 19 jako wicedyrektor. Jak układała się Panom współpraca?
- Bardzo sobie cenię współpracę z dyrektorem Szwejkowskim. Byliśmy nieraz wobec siebie szczerzy aż do bólu, nie zawsze się zgadzaliśmy w różnych sprawach, ale zawsze byliśmy wobec siebie lojalni. Jeżeli wspólnie podejmowaliśmy decyzje, wspólnie braliśmy na siebie odpowiedzialność. Dzięki temu rada pedagogiczna była zintegrowana, nie dzieliła się na zwolenników jednego czy drugiego dyrektora, co często w takich gremiach się zdarza. Jestem dyrektorowi Szwejkowskiemu bardzo za to wdzięczny, jak również za niezmiernie rzetelne prowadzenie całej organizacji szkoły. To także wspaniały nauczyciel matematyki, bardzo lubiany przez młodzież. W szkolnych konkursach na najmilszego nauczyciela nikt nie miał z nim szans. Całym sercem był zawsze oddany młodzieży i szkole. Wydaje mi się, że tworzyliśmy dosyć zgrany dyrektorski tandem i dzięki temu też dobrze układała nam się współpraca z całym gronem pedagogicznym.
- Sukcesy i porażki dwudziestolecia?
- O sukcesach trudno mi mówić. Innym to oceniać. Myślę jednak, że między innymi moim sukcesem jest to, że utrzymujemy wysoki poziom nauczania, że wiele młodzieży dostaje się na studia. Że tak wielu moich i dyrektora Szwejkowskiego wychowanków powróciło do naszej szkoły w roli nauczycieli. Wielu też wykłada na wyższych uczelniach, pracuje na wysokich stanowiskach. Naszymi uczniami są obaj nasi posłowie - Zbigniew Chrzanowski i Zbigniew Deptuła. Myślę, że wraz z innymi nauczycielami mogę uznać to także za swój sukces.
A porażki? No cóż, wielu rzeczy jednak nie udało się zrobić. Nie udało mi się wybudować sali gimnastycznej, choć zabiegaliśmy o to przez dwadzieścia lat. Ani szatni z prawdziwego zdarzenia. Chciałoby się też, by młodzieży na studia dostawało się jeszcze więcej.
- Jaka dewiza przyświecała Panu przez te ponad 30 lat pracy nauczycielskiej?
- Nie skrzywdzić dziecka. Tego zawsze się trzymałem. Dlatego zawsze wielkim przeżyciem były dla mnie wszelkie egzaminy - wstępne do szkoły, maturalne, promocje do następnej klasy. Ocena ucznia była dla mnie zawsze ciężkim przeżyciem. Nie lubiłem nigdy oceniania - ani dzieci, ani nauczycieli. Ocena jest sprawą tak delikatną, tak niewymierną, że z wiekiem coraz trudniej to znosiłem. Pilnowałem się zawsze sam i starałem się tym zarazić kolegów, by przy egzaminach nie być urzędnikami. Zawsze próbowałem docenić i wydobyć wszystko, co najlepsze w uczniach, by nie niszczyć ich wrażliwości.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki