Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Małżeństwo na dobre, ale już nie na złe

anek
Sądy orzekają coraz więcej rozwodów. Kiedyś ludzie rozchodzili się przed sądem głównie w dużych miastach. Dziś wieś dogania miasto.

Rozwody z biedy?

Rozwody z biedy?

Wyszkowianie rozwodzą się w Ostrołęce, w wydziale cywilnym Sądu Okręgowego.
Przewodnicząca tego wydziału sędzia Lucyna Bąk potwierdza, że liczba rozwodów systematycznie od lat wzrasta. Ten zdecydowany wzrost związany jest z wejściem w życie nowej ustawy o pomocy społecznej i likwidacją funduszu alimentacyjnego. Teraz o zasiłki na dzieci mogą się starać tylko samotni rodzice.
Generalnie jednak rozwodzimy się coraz częściej. Sędzia Lucyna Bąk zauważa, że zdecydowanie przybywa rozwodów na wsi.
- Teraz to chyba nawet układa się to po połowie: miasto i wieś. Rozwodzą się i ci małżonkowie z bardzo niewielkim stażem, i ci, którzy mają staż kilkudziesięciu lat. Nawet bardzo starzy, których rozwód jeszcze kilka lat temu byłby nie do pomyślenia - mówi sędzia. Rozwody przełamały też wszelkie bariery, jeśli chodzi o wykształcenie i status społeczny - twierdzi sędzia przewodnicząca. Zdecydowanie najczęstszymi przyczynami rozwodów dzisiaj zdaniem sędzi są bieda i alkohol. Te kobiety, które kiedyś nie odważyłyby się wnieść o rozwód z mężem pijakiem, z mężem, który nie łoży na rodzinę, albo co gorsza używa wobec niej siły fizycznej, dziś to robią.
- Rzadko mamy do czynienia z rozwodami z powodu zdrady, niezgodności charakterów czy innych przyczyn osobistych - mówi Lucyna Bąk.

Jeszcze kilkanaście lat temu na rozwodnika czy rozwódkę ludzie spoglądali ze zgorszeniem. Każdy, kto porwał się na rodzinę, uważany był za osobę co najmniej aspołeczną. O rozwodzie w rodzinie mówiło się szeptem, albo wcale. I nawet jeśli mąż pił i bił, rozwód był ostatecznością, po którą sięgało się w akcie desperacji. Świadomie rozwodzili się przede wszystkim ludzie wykształceni, mieszkańcy dużych miast. Dziś rozwody zawitały pod wiejskie strzechy i nawet tam już nie gorszą. Dorota i Szymek rozwiedli się niespełna dwa lata po ślubie. Dziś ona z pomocą rodziców kupiła kawalerkę w Warszawie i znalazła tam pracę, a do Wyszkowa przyjeżdża bardzo rzadko. Szymek pojechał zaś do pracy do Norwegii. Oboje jak najszybciej chcą zapomnieć o małżeństwie, które uważają za pomyłkę. Każde z nich chciało czegoś innego.

Niezgodność charakterów

Nie potrafili pogodzić swoich planów i aspiracji. Było piękne wesele, a rok potem smutny i nerwowy rozwód.
- Już po dwóch miesiącach wspólnego życia czułam, że nic z tego nie będzie - opowiada Dorota. - Ja chciałam się dalej uczyć, pracować, a on wolał ze mnie zrobić kurę domową. Buntowałam się, nie chciałam jeszcze planować dziecka, zamierzałam po licencjacie iść na studia magisterskie. On nie chciał nawet o tym słuchać. Kłóciliśmy się prawie o wszystko. Po roku takiego piekła oboje mieliśmy siebie dość i uznaliśmy, że rozwód to najlepsze wyjście.
Przed ślubem spotykali się prawie dwa i pół roku. Nie zdążyli uzgodnić najważniejszych kwestii wspólnego życia, zanim złożyli przysięgę małżeńską.
- Rozmawialiśmy o wielu sprawach, ale potem każde z nas szło do swojego domu i robiło tak, jak uważało za słuszne, żadne drugiego do niczego nie mogło zmusić. Po ślubie było inaczej. Trzeba było liczyć się z opinią tej drugiej osoby - twierdzi Dorota. Ale zdaniem jej matki i ona, i Szymek po prostu nie dorośli do małżeństwa, mimo swoich dwudziestu kilku lat.
- Żadne nie umie ustąpić - wzrusza ramionami mama Doroty. - Teraz młodzi się pobierają, ale tylko na dobre. Gdy przychodzi to złe, uciekają przed rozwiązywaniem problemów. Jestem ze swoim mężem trzydzieści cztery lata. Różnie bywało, ale gdyby każda nasza kłótnia czy problem kończył się wnioskiem o rozwód, nie wytrwalibyśmy dwóch lat.
Matka Doroty nie ma żadnych pretensji do swego byłego zięcia.
- Nie chcę oceniać ani jednego, ani drugiego. Dobrze, że nie mieli dzieci, to rozstanie było prostsze. Wydaje mi się, że nie byli po prostu dla siebie stworzeni i skoro nie było im razem dobrze, to lepiej chyba, że się rozstali. W jednym ta sytuacja mnie zmieniła. Kiedyś byłam przeciwna, aby młodzi ludzie mieszkali razem bez ślubu, a teraz wydaje mi się, że może oni gdyby najpierw poznali się w tym normalnym życiu, sprawdzili, jak im ze sobą na co dzień, uniknęliby rozczarowań - mówi mama Doroty.
Rozwód córki po dwóch latach małżeństwa nie jest powodem do dumy, ale rodzice Doroty pogodzili się już z tą decyzją i chcieliby, aby Dorota jakoś ułożyła sobie życie. - Rozstaliśmy się elegancko, z klasą - chociaż wiem, że oboje teraz chcielibyśmy jak najszybciej o tym zapomnieć i zacząć wszystko od nowa. Decyzja o rozwodzie, cała sprawa rozwodowa były bardzo nieprzyjemne. I tak dziwnie brzmi - rozwódka - kiwa głową Dorota.

Pobrali się, bo musieli

Kaśka była w siódmym miesiącu ciąży, gdy rodzice organizowali jej przyspieszone wesele z Adamem. Wszyscy myśleli, że jakoś to się poukłada. Młodzi przecież się kochali. Jednak młody chłopak nie dorósł do bycia mężem i ojcem, nie wyszumiał się i gdy jego rówieśnicy korzystali z uroków młodości, on niańczył niemowlę, które miało skłonności do kolki. Cały żal i złość wyładowywał na żonie.
- Twierdził, że się kłócimy, bo mieszkamy z moimi rodzicami i oni ciągle się wtrącają, więc się wyprowadziliśmy. Niedługo potem zaszłam w drugą ciążę. Z dwójką dzieci było jeszcze trudniej, Adam zaczął popijać. Był taki moment, że nie mieliśmy z czego żyć. Wróciłam z dziećmi do rodziców. On nawet nie zabiegał, abyśmy się pogodzili, jakby wreszcie uwolnił się od nas - opowiada Kasia. Jej sprawa rozwodowa jest właśnie w toku.
- Postanowiłam to wreszcie załatwić, bo coraz trudniej mi się utrzymać z dziećmi mimo pomocy rodziców i chciałabym od Adama uzyskać jakieś alimenty na dzieci. Do tej pory, a nie jesteśmy razem już trzy lata, w ogóle nam nie pomaga finansowo. Rzadko widuje się z dziećmi, sporo natomiast pije - twierdzi Katarzyna.
Adwokat, kiedy Kasia rozmawiała z nim o swoim małżeństwie, powiedział: "widzi pani, jedni się rozwodzą, bo się pobrali właściwie z przymusu, którym była nieplanowana ciąża, a inni dlatego, że nie mogą mieć dziecka". Właśnie w tym samym czasie prowadził inną sprawę rozwodową. Też dosyć młodzi ludzie się rozwodzili, bo jedno z nich nie mogło mieć dzieci, a drugie bardzo chciało naturalnego potomka. Po kilku latach leczenia i starania o dziecko zrezygnowali i nie mogli dalej być razem. Nie umieli sobie poradzić z tym problemem i prawie znienawidzili się.
- Tak naprawdę to nasi rodzice nie zmuszali nas do ślubu, bardziej chodziło o to, że tak wypada, że wstyd, że ludzie będą gadać. Ale też nie przemówili nam do rozsądku, żebyśmy poczekali z tym ślubem do czasu, gdy będziemy chcieli, a nie musieli. Nie wiem, czy wtedy w ogóle byśmy się pobrali - zastanawia się Kasia.

Publiczne pranie brudów

O rozwodzie Ewy i Krzyśka głośno było w Wyszkowie. To był trudny rozwód, z publicznym praniem brudów, walką o dzieci i majątek. Ona twierdziła, że on ją zaniedbuje, zdradza i nie dba o rodzinę. On, że z nią nie da się żyć, bo o wszystko ma pretensje i robi z domu piekło. Byli małżeństwem szesnaście lat. Teraz każde z nich żyje własnym życiem.
- Najbardziej ucierpiały dzieci. Teraz, gdy na to patrzę z pewnej perspektywy wiem, że niepotrzebnie wmieszaliśmy je w rozgrywki między nami, ale czasem po prostu puszczały nerwy i jedno na drugim chciało się odegrać - przyznaje Ewa. - A one to wszystko przeżywały. Teraz, zwłaszcza z młodszym synem mam kłopoty.
Były mąż nadal działa na nią jak czerwona płachta na byka.
- Ja duży kawał swojego życia poświęciłam dla jego kariery, zrezygnowałam z własnych ambicji, oddałam się rodzinie. Gdy dzieci podrosły i przestałam im być tak potrzebna, poczułam pustkę. Dla niego byłam tylko zużytym sprzętem domowym. On miał swoje przyjemności, sukcesy i tylko to było dla niego ważne. Wreszcie powiedziałam "dość", choć nie była to łatwa decyzja - wspomina Ewa. Złośliwi twierdzą jednak, że zemściła się na byłym mężu, bo prawie puściła go w skarpetkach.
Kobiety są coraz bardziej świadome i niezależne, i stąd coraz częściej decydują się na rozwody, bo przestają już być zahukanymi kurami domowymi, które sobie nie poradzą bez pomocy męża. Kiedyś, nawet jak mąż zdradzał, bił, pił, to kobieta cierpiała w czterech ścianach, a pozwu o rozwód nie wniosła. Teraz są odważniejsze, mają więcej pomocy różnych organizacji kobiecych, coraz więcej się pisze o prawach kobiet. Może stąd w ostatnich latach jest więcej rozwodów. A może zagonieni za groszem albo karierą zwyczajnie oddalamy się od siebie? Coraz rzadziej rozmawiamy i coraz mniej radzimy sobie z rozwiązywaniem problemów? Trudniej o kompromisy, a nerwy i stres robią swoje? Przysięga małżeńska nie jest już tak święta, jak kiedyś. Może jesteśmy coraz bardziej egoistyczni w walce o realizację siebie, swoich marzeń i własne, prywatne szczęście.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki