Maków. Adriana Rawa o swoim wolontariacie w Afryce [ZDJĘCIA]

Renata Jasińska
Ada do Afryki wybrała się wraz z koleżanką ze studiów medycznych, Iwoną Lubińską z Rzeszowa. Dziewczyny do Tanzanii trafiły poprzez projekt AfricaMed, którego koordynatorem jest Fundacja Księdza Orione „Czyńmy dobro”. Po długich przygotowaniach spakowały walizki oraz mnóstwo sprzętu medycznego zebranego w czasie licznych akcji i wsiadły w samolot.

Na początku trochę się bałyśmy. Przez pierwsze dni przemieszczałyśmy się po naszej ulicy, ale już poza teren szpitala nie wystawiałyśmy nosa. Zupełnie inne były też nasze wyobrażenia o tym, co będziemy robić, jak będzie wyglądał nasz pobyt, na czym polega pomoc – tak swoją opowieść o wolontariacie w Tanzanii zaczyna Adrianna Rawa, mieszkanka Makowa Mazowieckiego.

- Na szczęście szybko się przestawiłyśmy, przyjęłyśmy do wiadomości, że to nie Europa, że tu życie wygląda inaczej, rządzi się swoimi prawami i wtedy było nam łatwiej pewne rzeczy zrozumieć, zaakceptować. Najszybciej przestałyśmy się bać, bo okazało się, że ludzie w Tanzanii są bardzo życzliwi, przyjacielscy i pomocni – dodaje.

- Kiedy dotarłyśmy na miejsce był weekend, więc akurat nic tam się nie działo, musiałyśmy czekać do poniedziałku. Miałyśmy więc chwile zwątpienia, że może nie będzie tam co robić. Jedyną pociechą był fakt, że miałyśmy ze sobą sprzęt medyczny, który przekazałyśmy szpitalowi. Na domiar złego kazało się też, że w Tanzanii ludzie muszą płacić za pobyt w szpitalu, dlatego idą tam w ostateczności i zwykle wychodzą jeszcze niedoleczeni. Zwyczajnie na leczenie nie mają pieniędzy.

Według tanzańskiego prawa darmowy pobyt w szpitalu przysługuje tylko kobietom w ciąży i dzieciom do 5 roku życia, choć jak się okazuje czasem i dla nich leki są płatne. – Lekarze od razu poinstruowali nas, żeby nie przepisywać za dużo leków, nie zlecać zbyt dużo zabiegów, bo ludzi zwyczajnie na to nie stać. Skutek jest taki, że do szpitali trafiają ludzie często w bardzo zaawansowanym stadium choroby, a lekarze nie spieszą się z wykonywaniem niezbędnych zabiegów. I choć to w nas wywoływało pewien bunt, to okazało się, że ci ludzie tam są do tego przyzwyczajeni, dla nich to jest normalna sytuacja, którą akceptują. Zresztą oni tam zupełnie inaczej podchodzą do życia, a śmierć nie jest dla nich tragedią. Sam pogrzeb to wręcz impreza, z muzyką, tańcami i śpiewem.

Dziewczyny swój dzień w Afryce zaczynały o godzinie 7.30 – Wtedy była poranna modlitwa w języku suahili, potem kilka słów od dyrektora lub księdza, poranny raport i tak jak u nas obchód. Po obchodzie chodziłyśmy na zabiegi, operacje , porody. Uczyłyśmy się badania położniczego, doglądałyśmy jakiś ciekawych przypadków, studiowałyśmy historię choroby- opowiada nasza rozmówczyni. - Jak widać nie był to typowy wolontariat, ja bym powiedziała, że raczej praktyki.

- Co prawda mogłybyśmy robić wszystko co chciałyśmy, ale jeżeli ja nigdy nie pobierałam płynu mózgowo- rdzeniowego i nie robiłam punkcji lędźwiowej i nagle miałabym to zrobić zupełnie sama, bez pomocy, ani nawet żadnego nadzoru, to nie mogłam się na to zgodzić. To byłoby eksperymentowanie na ludziach – wspomina Ada i dodaje, że dodatkową przeszkodą, która nie pozwalała studentkom wykorzystać w praktyce ich umiejętności był język. – Nam powiedziano, że damy sobie radę znając tylko angielski, ale to nie tak. Owszem lekarze mówili po angielsku, wypełniali dokumenty po angielsku, ale z pacjentem już w tym języku ciężko się dogadać. Nauczyłyśmy się więc wywiadu lekarskiego w języku suahili, ale nasza wiedza wystarczała do momentu kiedy pacjent odpowiadał na pytania „tak” albo „nie”.

Na jednym z obchodów studentki medycyny poznały Ricka, 7-letniego chłopca chorującego na wypadanie odbytnicy. – Rodzice najpierw starali się leczyć go u miejscowego znachora, więc kiedy trafił do szpitala jego stan był bardzo ciężki. On w ogóle nie jadł, a jego organizm był wycieńczony do tego stopnia, że chłopiec sam nie mógł utrzymać głowy. Przeszedł operację jelita, ale te zabiegi się w ogóle nie udawały, po operacji jelito się nie zrastało, bo w organizmie dziecka nie było białka ani żadnych mikro i makro elementów. Lekarze zdecydowali się na to, by dokonać wyłonienia stomii, ale Ricka trzeba było najpierw podkarmić. A ponieważ w Tanzanii je się dwa duże posiłki dziennie, tak i rodzice karmili Ricka – opowiada.
Dla chłopca było to jednak za rzadko, a jednocześnie przyjmowane porcje były zbyt duże.

- Postanowiłyśmy się skontaktować z pediatrą w Polsce, siostrą zakonną, która pracowała kiedyś w Afryce. Poleciła nam byśmy dawały mu co dwie godziny mleko z cukrem, olejem i potasem. Tego ostatniego oczywiście w Tanzanii nie udało nam się zdobyć. Ale chłopiec zaczął nabierać siły, przybierać na wadze i co było bardzo budujące zaczął uśmiechać się, rozmawiać, rysować. To była dla nas ogromna radość. Do dziś jestem pełna podziwu, że Rick przeżył.
Na drodze do wyzdrowienia i planowanej operacji stanęły jednak kolejne przeszkody - pieniądze. – Rodzice Ricka już mieli ogromny dług wobec szpitala, nie stać ich było na leki dla chłopca. I wtedy spróbowałyśmy zorganizować dla nich zbiórkę przez Internet. Odzew był niesamowity i bardzo szybki. W ciągu dwóch dni miałyśmy już dla Ricka całą sumę, łącznie około 2 tys. zł. Starczyło jeszcze na leki dla chłopca. Dziś dostałam zdjęcia Ricka jak sam stoi na nogach i kiedy sobie czasem myślę, tak od strony duchowej, po co Bóg nas tam w ogóle posłał, to jestem przekonana, że właśnie dla Ricka – zamyśla się Ada.
Dziewczyny pomogły sfinansować leczenie jeszcze innym dzieciom, czteromiesięcznemu chłopcu choremu na zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, gdyż okazało się, że akurat na tę chorobę antybiotyk był płatny i dziewczynce chorej na dur brzuszny.

- Miałam czasem wrażenie, że ci ludzie tam są ze stali. Pomimo bólu, cierpienia nie narzekali, nie płakali, czasem nawet się śmiali i prosili o zdjęcia. A przecież nikt ich nie faszerował środkami przeciwbólowymi – wspomina – Więc to co ja przywiozłam dla siebie z tej wyprawy to poczucie, że my tu przejmujemy się wieloma rzeczami niepotrzebnie. Narzekamy, marudzimy, a tak naprawdę dopóki jest zdrowie to wszystko inne da jakoś rozwiązać.

Na szczęście pobyt dziewczyn w Afryce nie ograniczał się tylko do obserwowania standardów tanzańskiego szpitala. Miały również możliwość przyjrzeć się codziennemu życiu Tanzańczyków, spróbować ich kuchni, brać udział w ich obrzędach. – Poznałyśmy nawet kilku znachorów, którzy zajmują się leczeniem ludzi. Ku mojemu zdziwieniu, żaden z szamanów nie nosił piórek i króliczych łapek. W ich stylu ubierania się dominowały raczej koszulki Adidasa, czy innych markowych firm – śmieje się Ada – Reszta jednak jest tak jak można sobie wyobrazić. W chałupce pod strzechą uzdrowiciele albo dobierają odpowiednie zioła, leczą korą z drzewa, szykują płyny z kamieniami, albo po prostu modlą się o czyjeś zdrowie. I tu w zależności od pacjenta, modły odprawiają do jedynego Boga, do różnych bóstw lub np. do byłych… prezydentów. Rząd wydaje nawet specjalną listę tych uzdrowicieli. Teoretycznie więc idąc do któregoś z nich mamy pewność, że ten nie jest oszustem.

Pogoda w Tanzanii dopisała – Byłyśmy tam w porze suchej, a to była taka ich zima. W ciągu dnia 30 stopni, choć tego gorąca się nie czuło. W nocy zaś temperatura spadała do 15 stopni, więc łatwo można było się przeziębić. Podobno w lato, w porę deszczową wcale nie jest dużo gorzej jeśli chodzi o upały – opowiada Ada i dodaje, że warunki mieszkaniowe też były całkiem przyzwoite - W pierwszym tygodniu mieszkałyśmy we dwie w małym domku, gdzie cała kuchnia sprowadzała się do butli gazowej, była łazienka, w niej kran i miska do mycia. Potem poznałyśmy studentki z Holandii, które również przyjeżdżały do Tanzanii na praktyki i one zaproponowały nam żebyśmy się do nich wprowadziły. One mieszkały w domu studenckim zbudowanym przez Holendrów i tam było dużo lepiej. Jedyne co to trzeba było się przyzwyczaić do jaszczurek chodzących ciągle po pokoju.

W Tanzanii było też coś, co zachwyciło wolontariuszki – Te kolory na ulicach, smaki, zapachy, muzyka to było coś niesamowitego, coś co powoduje, że chce się tam wracać. Ludzie życzliwi, radośni i pomocni. Tam starsze dzieci opiekują się dziećmi sąsiada, każdy może liczyć na pomoc drugiego. Jest spokój, nikt, nigdzie się nie spieszy. I do tego wszystkiego taka wolność. Człowiek nie jest ograniczony zasadami, nakazami, prawem które wkrada się w każdą dziedzinę życia, tak jak w europejskich krajach – mówi nasza rozmówczyni i dodaje, że jej przygoda z Afryką się jeszcze nie dobiegła końca.

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
Marceli Szpak

Przyjemnie czyta się takie reportaże :)  Tak śledząc słowo po słowie, zdanie po zdaniu utwierdzam się tylko, że Tanzania ma  TO nadal, to co my Polacy i ogólnie Europa straciły, nie na zawsze ale każdego dnia coraz rzadziej można zauważyć, a owe TO to człowieczeństwo , ludzkie odruchy , życzliwość etc. Musimy się na nowo tego nauczyć na szeroką skalę żeby było bardziej zauważalne i przede wszystkim odczuwalne na co dzień nie tylko od święta.

Dodaj ogłoszenie