reklama

Maciej Kawulski: KSW powróci na PGE Narodowy. Ale nie będą u nas walczyć gwiazdy disco polo

Tomasz Dębek
Tomasz Dębek
Maciej Kawulski
Maciej Kawulski Fot. Damian Kujawa/ Polska Press
Rozważamy kolejną galę na stadionie piłkarskim. Przyglądaliśmy się kilku obiektom, zwłaszcza w regionach, gdzie brakuje dużych hal. Ryzyko związane z załamaniem pogody jest jednak zbyt duże. Obecnie tylko PGE Narodowy, który ma rozsuwany dach, spełnia nasze oczekiwania. Na pewno tam wrócimy, i to w nieodległej przyszłości. Już myślimy o karcie walk na taką galę - zapowiada Maciej Kawulski, współwłaściciel KSW, w drugiej części rozmowy z Tomaszem Dębkiem z "Polska The Times". Szef największej polskiej organizacji mieszanych sztuk walki opowiada też m.in. o freak fightach, gwiazdach disco polo w MMA, rywalizacji z boksem i UFC oraz szansach na galę w Zakopanem.

Tomasz Dębek: Interesuje się Pan skokami narciarskimi?
Maciej Kawulski: Jak każdy Polak kibicuję zawodnikom reprezentującym nasz kraj w sportach, w których jesteśmy nieźli. MMA jest jednym z nich, ale cieszę się też, że w skokach, siatkówce, a ostatnio nawet w piłce nożnej osiągamy coraz większe sukcesy. W jakiś sposób łechce to nasz lokalny patriotyzm. Mój także.

Słyszał Pan o aferze z Janem Ziobrą w roli głównej?
Nie...

Powstały śmiałe plotki, że jego konflikt z Adamem Małyszem to ustawka pod KSW w Zakopanem.
(śmiech) Nie planujemy gali w Zakopanem. Z bardzo prostego powodu – nie ma tam hali, w której byśmy się zmieścili. To piękne miejsce, ale aby zorganizować gdzieś galę, potrzebujemy hali widowiskowej na kilkanaście tysięcy miejsc. A zrobić KSW pod Wielką Krokwią byłoby pewnie trudno.

Skoro w Pjongczangu stawiają stadion olimpijski tylko po to, by po igrzyskach go rozebrać, to chyba nie wszystko jeszcze stracone.
Igrzyska faktycznie są impulsem, przez który często buduje się zupełnie niepotrzebną później infrastrukturę. Nie jestem fanem takiego podejścia. To marnotrawstwo pieniędzy. Myślę, że takie obiekty można budować trochę mądrzej. I wykorzystywać je przez lata.

>> PIERWSZA CZĘŚĆ WYWIADU Z MACIEJEM KAWULSKIM. "KSW CHCE ZDOBYĆ EUROPĘ I NIE WYPUŚCIĆ POLSKI Z DRUGIEJ RĘKI" <<

3 marca wracacie do Łodzi z galą KSW 42, 14 kwietnia po pięciu latach przerwy zawitacie do Wrocławia. Po sukcesie ubiegłorocznej gali na PGE Narodowym planujecie kolejne wydarzenie na stadionie piłkarskim?
Rozważamy to. Problem w tym, że obecnie taką galę możemy zorganizować tylko na Narodowym. To jedyny stadion, który gwarantuje, że impreza na nim się odbędzie niezależnie od warunków pogodowych. Po prostu ma dach. Przyglądaliśmy się kilku obiektom, zwłaszcza w regionach, gdzie brakuje dużych hal. Robienie gali na mniej niż sześć tysięcy widzów to duża strata. Dziś większość naszych zawodników, nawet bez statusu gwiazdy, jest w stanie sprzedać więcej biletów. Ale na koniec dnia ryzyko załamania pogody jest zbyt wielkie. Z deszczem padającym na zawodników sobie poradzimy, kibiców już przed nim nie uchronimy. Planujemy gale z dużym wyprzedzeniem. Nie możemy sobie pozwolić, jak mniejsze organizacje, na przeniesienie wydarzenia w ostatniej chwili. Dopóki nie ma pogodynek wróżących wystarczająco daleko do przodu, trudno nam zrobić KSW na stadionie bez dachu. Mogę jednak zadeklarować, że na pewno wrócimy na Narodowy. I nie będzie to melodia odległej przyszłości. Już szukamy pomysłu na termin i kartę walk, która znów zapełni ten stadion. Wierzę, że będzie to kolejny sukces.

W polskich warunkach zorganizowanie gali na dużym stadionie bez freak fightu w karcie walk jest możliwe?
Myślę, że tak. Na pewno nie da się tego zrobić bez wielkich walk. Zwykle mają one charakter stricte sportowy, jak pojedynki Chalidowa z Narkunem czy Mańkowskim. Ale freak fighty czasem też są wielkie, taka była choćby walka Pudziana z Popkiem. Nie chodzi o to, czy dane starcie ma większy potencjał sportowy, czy komercyjny. Ważne, żeby budziło jak największe emocje. Jesteśmy łowcami takich przestrzeni. Z drugiej strony, stawiamy twardą barykadę. W KSW nie będzie walczył gwiazdor disco polo tylko dlatego, że ma na to ochotę. Jesteśmy konsekwentni. Zapraszamy do współpracy osoby, które mają jakiś background sportowy predestynujący je do tego, by dobrze się bić. A w perspektywie czasu zostać zawodnikiem MMA. Rozmawiamy z ich sztabami szkoleniowymi, chcemy wiedzieć, że faktycznie przygotowują się do walk. Nie przekroczymy pewnej granicy. Nie zobaczycie u nas pojedynku dwóch gwiazd disco polo. Z szacunku do naszych zawodników, kibiców i tej dyscypliny sportu.

Jak dużo dostajecie podobnych zgłoszeń? Na każdego gwiazdora disco polo, którego akces do KSW przedostaje się do mediów, przypada pewnie kilku, o których nie wiemy.
Bardzo dużo. To ciekawe zjawisko. Osobiście nie mam żadnego wstrętu do tej przestrzeni. Staram się trzymać odpowiedni dystans. Showbiznes pewnie przełknąłby też takie walki. Idea jest na tyle ciekawa, że powinny się one odbywać. Nie w KSW, ale ktoś inny pewnie podejmie ryzyko i odważy się przekroczyć tę granicę. W historii przemysłu rozrywkowego zawsze znalazła się taka osoba. Lata temu pomysłodawca „Randki w ciemno” był najbardziej kontrowersyjną osobą związaną z telewizją. Dziś to program dla babci, z którego się śmiejemy. Świat idzie do przodu, złamanie kolejnych barier jest kwestią czasu.

ciąg dalszy wywiadu na następnej stronie

Mamed Chalidow: Tęskniłem za walkami. Cieszę się, że wracam na podwórko KSW

Freak fighty z lekkim zabarwieniem sportowym są jednak nadal potrzebne do rozwoju MMA w Polsce?
Moim zdaniem to historie, które powinny iść równolegle z normalnymi pojedynkami. Takie walki są kopalniami emocji. MMA nie może się od nich odcinać i napinać się wyłącznie na walki rankingowe. Wiele sportów, nawet dyscyplin olimpijskich, na takim podejściu przegrało. Teraz na trybuny często przyciągają tylko rodziny zawodników. Więcej osób je trenuje niż ogląda. Nie chcemy tego w MMA. Zawsze będę podkreślał, że wykorzystanie freak fightów to dla MMA właściwa droga. Ale nie jedyna. Musi podążać razem z doskonałymi widowiskami sportowymi. Ostatnio w Katowicach mieliśmy głośną walkę Popka z Tomaszem Oświecińskim. Ale doszło do niej mnóstwo pojedynków na świetnym poziomie. Z kapitalnym main eventem, w którym objawiła się nowa gwiazda, Roberto Soldić. Idealna kolacja, z deserem na końcu. Tak to powinno wyglądać. Idąc na wydarzenie sportowe ludzie chcą bić brawo swoim faworytom, buczeć na zawodników, których nie lubią i wzruszać się, nawet płakać razem ze swoim idolem, któremu nie poszło. Te emocje powodują, że chcemy iść na piwo ze znajomymi i dyskutować o gali, którą zapamiętamy na wiele lat. Fajnie, że udaje nam się tworzyć takie wydarzenia. O to chodzi w tym sporcie.

Skoro wspomniał Pan o Popku – jaka jest jego przyszłość w KSW po porażce z debiutującym w mieszanych sztukach walki aktorem?
Paradoksalnie, Popek dał w Katowicach jedną z najlepszych walk w życiu. Przynajmniej w pierwszej rundzie, bo później zabrakło mu tlenu. Wtedy stał się to pojedynek z cyklu „na dwoje babka wróżyła”. Gdyby przeturlali się trochę inaczej, wynik byłby pewnie inny. Dlatego uważam, że Paweł stoczył ładną, wyrównaną walkę, którą zasłużył na kolejną. Podoba mi się to, że ten facet się rozwija. Zmienia swoje życie na lepsze. Sam mówi, że mu je uratowaliśmy. Będziemy to robić dalej.

Poza celebrytami przyciągacie też znanych sportowców. Nie jest tajemnicą, że negocjowaliście z Arturem Szpilką. Pięściarz był na gali w Katowicach, kontrowersyjnym zachowaniem położył podwaliny pod walkę z Oświecińskim, a ostatnio często pokazywał w mediach społecznościowych zdjęcia z treningów MMA, m.in. z Michałem Materlą. Jak widzi Pan „Szpilę” w KSW?
Pytanie, jak on widzi siebie w MMA. Nasz przekaz jest jasny. Jesteśmy od tego, by łączyć ludzi w pary i konfrontować ich w naszej klatce. Szczególnie w przypadku osób, które są gwiazdami zanim do nas trafią. Artur to postać, którą jesteśmy zainteresowani. Chcemy, by się u nas bił. Wiem też, że wykonuje teraz ciężką robotę trenując z naszymi zawodnikami. To zawsze rodzi postępy i przybliża go do ewentualnego startu w KSW. Zobaczymy, w którą stronę pójdzie jego sytuacja.

Zakontraktowanie Szpilki to dla was szansa na pokazanie się nowej grupie kibiców? Są fani boksu, którzy nie uważają MMA za sport. A już na pewno nie tak szlachetny jak szermierka na pięści.
To ich sprawa. Kiedyś wszyscy twierdzili, że prawdziwy samochód musi mieć manualną skrzynię biegów. I palili grube papierosy, bo przecież cienkie są dla gejów. Ale świat idzie naprzód. Jeśli „Diablo” Włodarczyk uważa, że MMA nie jest dla niego, to go rozumiem, ma do tego prawo. Ale kiedy pojawiają się ludzie reprezentujący sporty walki, którzy krytykują MMA jako dyscyplinę, to zapraszamy do miejsca, w którym krytyka spotka się z rzeczywistością. Czyli naszej klatki. Najgłośniej krzyczą ci, którzy nigdy by do niej nie weszli.

Jak w takim razie odniesie się Pan do słów Iwony Guzowskiej, która niedawno stwierdziła m.in. że MMA obok sportu nawet nie stało? Swoją drogą, była pięściarka, a później posłanka, kiedyś zaakceptowała propozycję z KSW?
Nie tylko zaakceptowała, ale podpisała kontrakt. Mam go nawet jeszcze w biurze. Doszły mnie słuchy, że później wycofała się ze swoich słów, tłumaczyła to nadużyciem dziennikarza. Prawda pewnie leży gdzieś pośrodku. Ale jeśli mam się odnieść do tego, co rzekomo powiedziała, to kompletna bzdura. Absolutny brak taktu i oceny sytuacji. Jeśli ktoś przez ostatnie kilka lat siedzi głównie na Wiejskiej lub jeździ konno, to nie powinien wypowiadać się na temat hokeja, golfa czy MMA. O naszym sporcie ta dziewczyna nie ma zielonego pojęcia. Wśród setek zawodników dostrzega tylko Popka, Chalidowa i Materlę. To wielkie gwiazdy, ale takie podejście jest zwykłą ignorancją. Jeśli ktoś nie ma wiedzy na dany temat, powinien milczeć. Ja o skokach narciarskich wiele nie opowiem, bo nie jestem żadnym ekspertem. Ale na MMA trochę się znam, dlatego mogę sklasyfikować wypowiedź pani Iwony jako kompletną bzdurę.

Pana zdaniem MMA wygrywa obecnie korespondencyjny pojedynek z boksem?
Zawsze tak było. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Promotorzy polskiego boksu, z nielicznymi wyjątkami, to ludzie posiadający bardzo małą fantazję. Może dlatego ta dyscyplina w naszym kraju jest tak mało fantastyczna.

ciąg dalszy wywiadu na następnej stronie

Maciej Kawulski: Mamed sięga po kolejne berło. Walka z Narkunem będzie trudniejsza niż z Mańkowskim

KSW stworzył Pan od podstaw z Martinem Lewandowskim. To ewenement, że po tylu latach nadal zgodnie prowadzicie wspólnie biznes, bez medialnych kłótni i dramatów?
Nie jesteśmy najlepszym małżeństwem z prawie 15-letnim stażem. W wielu sprawach się nie zgadzamy. Gdyby on prowadził ten biznes od początku, KSW wyglądałoby zupełnie inaczej. Analogicznie byłoby, gdybym jedynym szefem był ja. Może właśnie połączenie różnych charakterów i opinii miało wpływ na nasz sukces? Wypracowaliśmy złoty środek, bo każdy z nas jest odjechany w inny sposób. Zgadzamy się co do szkieletu naszej inżynierii finansowej. To najważniejsze, w innych kwestiach możemy się spierać i szukać kompromisu. Kiedyś zapytano Keitha Richardsa, kto gra lepiej – on czy Ronnie Wood? Odpowiedział, że jest słaby, Ronnie też. Ale razem zaj… potrafią dać czadu.

W jaki sposób dzielicie obowiązki związane z prowadzeniem organizacji?
Najważniejsze jest to, że razem zajmujemy się częścią sportową. Każdy z nas ma swój portfel zawodników, którymi się zajmuje. Aktywnie zajmujemy się też poszukiwaniem nowych nazwisk. Jeśli chodzi o inne kwestie, to ja zajmuję się produkcją gal, spotami, oprawą. Działkami Martina są sprawy związane z grafiką czy logistyką. W związku z tym, co robiliśmy przed założeniem KSW, w niektórych obszarach czujemy się mocniejsi. Dziś nasza organizacja jest jednak bardzo dużą firmą. My zajmujemy się kręgosłupem, nad innymi sprawami pracują dziesiątki ludzi. Znaleźliśmy osoby tak dobre na swoich stanowiskach, że głupotą byłoby poprawiać ich czy próbować być mądrzejszymi. Przygotowaniem kart walk – poza main eventami, które zwykle są decyzjami biznesowymi – zajmuje się Wojsław Rysiewski. Konsultuje je z nami, daje do zatwierdzenia, ale w większości to jego autorskie pomysły. Mamy wyspecjalizowanych ludzi od produkcji czy montażu. Dziewczyny w biurze, które sprawiają, że cały mechanizm funkcjonuje. Przy każdej gali pracuje około 300, a w przypadku KSW Colosseum nawet tysiąc osób. Nie są z nami na co dzień, ale z każdym eventem stają się coraz lepsi. Mamy naprawdę świetną ekipę. Śmiem twierdzić, że jesteśmy w stanie konkurować w produkcji z każdą firmą. Nie mówię o MMA, bo tu nie mamy sobie równych. Chodzi mi o produkcję wielkich wydarzeń, jak np. otwarcie igrzysk olimpijskich.

Na jakim etapie jest projekt „Liga KSW”, czyli seria mniejszych gal transmitowanych w otwartej telewizji?
Ten projekt miał być produkowany przez nas dla stacji Polsat. Często jesteśmy o to pytani, ale pewnie więcej do powiedzenia na ten temat miałby pan Marian Kmita. Jako szef sportu tej telewizji decyduje o tym, w jaki sposób będzie tam dystrybuowane MMA. W tym momencie nie porozumieliśmy się w sprawie powstania takiej ligi, ale to bardzo rozwojowy projekt. Na pewno pomógłby polskiemu MMA. A pan Marian jest osobą, dla której poza komercyjnymi aspektami bardzo ważna jest też idea rozwijania dyscyplin. Dowodem na to jest fakt, że 15 lat temu to właśnie on zaczął z nami rozmawiać. Myślę, że będzie dążył do powstania ligi KSW. My też chcemy, by ten program powstał. Ale kiedy do tego dojdzie, to już nie nasza decyzja. Pozostawiamy ją stacji, która jest naszym partnerem od lat.

Polsat ma też ostatnie słowo do powiedzenia w sprawie „Polskiego The Ultimate Fightera”? Martin Lewandowski mówił nam, że od lat macie na niego gotowy scenariusz, który jest regularnie aktualizowany.
To nie jest żart, pomysł na ten program powstał zanim na rynku pojawił się TUF. Zależnie od domu produkcyjnego, nazywał się „Jeden” lub „Tylko jeden”. Idea przez lata ewoluowała, podobnie jak TUF. Mamy gotowy scenariusz, który co jakiś czas uaktualniamy. Naszą aspiracją jest otwarta antena. Nie sądzę, by kanały sportowe udźwignęły reality show, bo tym głównie byłby ten program. Ale kooperacja dwóch kanałów jest już idealnym rozwiązaniem. Lifestylowe aspekty show można pokazać na otwartym kanale, walki na sportowym. Holding Polsatu jest świetnym partnerem do takiej produkcji.

KSW ma dziś w Polsce konkurencję?
Organizacje sprzedające poniżej stu biletów na galę nie mogą być konkurencją biznesową dla takiej, która w ubiegłym roku podbiła PGE Narodowy, a regularnie wypełnia kilkunastotysięczne hale. Na rynku polskim konkurować może z nami tylko i wyłącznie z UFC. Jeśli chodzi o rynek światowy, możemy im dorównać w pewnych aspektach. W innych, jak liczba gal czy park zawodniczy, trudno z nimi rywalizować. Ale jesteśmy lepsi pod względem produkcyjnym. Właśnie na to stawiamy, nasze gale są ciekawsze pod innym kątem. Rzeczywistość jest jednak taka, że UFC pewnie jeszcze długo na naszym rynku pojawiać się będzie incydentalnie. Ale gdyby zdecydowali się penetrować go tak głęboko jak my, byliby godną konkurencją.

Aż ciśnie się na usta pytanie: gdzie jest dziś UFC na polskim rynku?
Rozumiem, że liczysz na kolejny cytat roku. (śmiech) Wymyślam je spontanicznie, dam znać kiedy coś wpadnie mi do głowy. Wiem, co chciałem wtedy powiedzieć. Bardzo cieszy mnie, że te słowa dały polskiej scenie MMA tyle radości i interpretacji. Mam prawo oceniać sytuację tego giganta po swojemu. Znałem ją zresztą lepiej niż niektórzy, którzy później parafrazowali moje słowa czy traktowali jako żart. Nadal twierdzę, że w tamtym momencie UFC było w du...

We współczesnych realiach w KSW może zaistnieć świetny zawodnik, który nie potrafi „sprzedać się” w mediach?
Nigdzie nie może. Ten sam problem mają zawodnicy UFC, Bellatora i innych organizacji. Jeśli jesteś zwycięzcą, ale ludzie nie rozmawiają o twoich walkach w knajpach, to nie zrobisz kariery. Nie chodzi o pajacowanie i uprawianie trash talku. Ani nawet o robienie czegokolwiek poza klatką. Poza kopnięciami i uderzeniami trzeba mieć jednak wtedy coś, co przyciąga obiektyw. Medialny potencjał, elektryczność. Doskonałym przykładem jest Mamed, który robi w klatce takie rzeczy, że nie potrzebuje trash talku. A mimo tego jest numerem jeden z Polsce. Z kolei inni 90 proc. swojego jestestwa opierają na tym, co dzieje się poza ringiem. Jeszcze inni idą środkiem tej drogi. Tak czy inaczej żeby pokochały cię tłumy musisz mieć i umiejętności i charyzmę. Wyobraź sobie, że Conor McGregor daje takie same walki, ale siedzi cichutko na konferencjach prasowych. Nikt by go nie zauważył. Mogę wymienić kilku zawodników o podobnych umiejętnościach, ale nieznanych szerszej publice dlatego, że nie potrafią się „sprzedać”. Pewne rzeczy muszą ze sobą współgrać, czy się to komuś podoba czy nie. Dziś wszyscy zawodnicy prowadzą konta w social mediach. Rozumieją, że w ten sposób robi się pieniądze. A ci, którzy obrażają się za to, że tak działa świat są po prostu idiotami. Powinni bić się w piwnicach dla własnej przyjemności zamiast szukać zawodowej kariery. Jeśli ktoś nie chce bawić się w budowanie swojej marki poza walkami, ma do tego prawo. Ale musi liczyć się z tym, że będzie zarabiał mniej niż inni.

Zastanawia się Pan czasem, co by było, gdyby zamiast zaangażować się w KSW postawił na karierę zawodnika?
Kariera to duże słowo, byłem po prostu sprawnym ruchowo zawodnikiem MMA. Trenowałem, startowałem amatorsko i stoczyłem jedną zawodową walkę. Wybrałem jednak zupełnie inną drogę. Żeby móc porównywać się do obecnych zawodników, trzeba reprezentować jakikolwiek poziom. Ja od lat na nim nie jestem. Poza tym ten sport ewoluował pod względem umiejętności czy wszechstronności w taki sposób, że to już zupełnie inna dyscyplina. Mój background pomaga mi jednak w lepszym odbieraniu tego sportu czy rozumieniu potrzeb zawodników. Znam ich bolączki. Trenuję do tej pory, rekreacyjnie. Ale nie śmiałbym twierdzić, że gdybym dłużej zajmował się tym na poważnie, to mógłbym zrobić to czy tamto. Nie mogę tego wiedzieć. Jesteś tak dobry, jak twoja ostatnia walka. A ja swoją stoczyłem 17 lat temu. Dziś w Polsce mamy 17-letnich zawodników, którzy spraliby mnie na kwaśne jabłko. (śmiech)

Rozmawiał Tomasz Dębek
Obserwuj autora artykułu na Twitterze

Mamed Chalidow: Nie interesują mnie występy dla innych organizacji niż KSW i ACB

Wideo

Materiał oryginalny: Maciej Kawulski: KSW powróci na PGE Narodowy. Ale nie będą u nas walczyć gwiazdy disco polo - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3