Kurp w Paragwaju. Ksiądz Jan Krajza z Cyku opowiada o pracy misjonarza

Kazimierz Żyra
Ks. Krajza pochodzi ze wsi Cyk w parafii Czarnia. Niemal cały okres posługi kapłańskiej spędził jako misjonarz w odległym Paragwaju.

17 lipca w kościele pw. NP NMP w Czarni obchodzono jubileusz 25-lecia kapłaństwa ks. Jana Krajzy. Miejsce uroczystości nie było przypadkowe. Ks. Krajza pochodzi bowiem ze wsi Cyk w parafii Czarnia. Niemal cały okres posługi kapłańskiej spędził jako misjonarz w odległym Paragwaju. Księża-misjonarze mają prawo do urlopu tylko raz na trzy lata. Tym razem ks. Jan ze względu na swój jubileusz ponownie przyjechał do Polski po dwuletniej przerwie.

Jan Krajza bardzo chciał zostać kapłanem. Najkrótsza droga do realizacji marzeń wiodła przez naukę w seminarium duchownym. Młody chłopak z kurpiowskiej wsi trafił do Seminarium Duchownego Księży Werbistów w Pieniężnie na Warmii. Wybór ten był trochę przypadkowy. Istotne znaczenie miał tu fakt, że siostra przyszłego kapłana jest zakonnicą w Zgromadzeniu Sióstr Św. Katarzyny w pobliskim Braniewie. Kleryk chciał pobierać nauki niedaleko od miejsca pobytu siostry. Dopiero potem zorientował się, że seminarium w Pieniężnie kształci przede wszystkim misjonarzy. Jan Krajza uznał to za znak od Boga i nie myślał o zmianie uczelni.
Święcenia kapłańskie uzyskał w 1991 r. w Pieniężnie. Niemal natychmiast wyjechał do Boliwii. Tam przez pół roku uczył się języka hiszpańskiego, który dominuje w całej Ameryce Południowej. Po kursie językowym trafił do misji katolickiej, która prowadziła działalność wśród Indian Ava Guarani w Paragwaju. Po przybyciu na miejsce musiał poznać jeszcze podstawy języka miejscowej ludności. Warunki pracy były bardziej niż skromne. Źródłem światła w nocy były głównie lampy naftowe i świece. Agregat prądotwórczy służył do grzania wody do kąpieli oraz gotowania posiłków.

Praca misjonarzy do nie tylko działalność duszpasterska. Ogromne znaczenie mają także inne działania, które służą poprawie warunków życia miejscowej ludności. Jeszcze 25 temu poważnym problemem dla Indian w Paragwaju była kwestia uregulowania prawa własności ziemi. Rozwój przemysłu i zwiększanie powierzchni plantacji kukurydzy oraz soi przyczyniały się do karczowania lasów. Indianie byli spychani z zajmowanych do tej pory terenów. W ich kulturze nie istniał zwyczaj potwierdzania prawa do ziemi stosownymi dokumentami. Indianie byli napadani, a niejednokrotnie mordowani przez ludzi nasyłanych przez obszarników. Dzięki misjonarzom udało się zakupić ok. 3 tys. hektarów ziemi uprawnej. Sporą jej część plemiona indiańskie dzierżawią właścicielom plantacji. Pozostały areał jest wykorzystywany gospodarczo przez Ava Guarani. Jedną z form gospodarowania są spółdzielnie produkcyjne. Takie gospodarstwo około 20 lat temu założył ks. Krajza.

Początki były jednak bardzo trudne. Najpierw trzeba było przestawić sposób myślenia Indian, którzy wcześniej zajmowali się łowiectwem i zbieractwem. Ks. Jan uczył ich orki, siewu, nawożenia ziemi, sposobów ochrony roślin, koszenia, zwózki plonów i obsługi maszyn. Najwięcej problemów pojawiało się w chwili awarii traktora. Wszystko należało pokazać osobiście, bo w przypadku miejscowej ludności nie można było odwołać się do zasobów posiadanej wiedzy. Ks. Krajza założył także kilka stawów rybnych i pasiek oraz tłoczarnię oleju. W spółdzielni, która ma około 300 hektarów ziemi, uprawia się przede wszystkim kukurydzę i soję. Plony sprzedawane są po cenach obowiązujących na giełdzie rolnej w Chicago. Misjonarz z Cyku ukończył w Paragwaju studia z dziedziny księgowości i na bieżąco śledzi notowania giełdowe. Ks. Jan stale wprowadza różne innowacje w prowadzonym gospodarstwie. Indianie sami wyrabiają mydło, hodują świnie i kury. Indianie ze spółdzielni mają swoje konto w banku. Ich pojawienie się w tej instytucji wywołuje zawsze spore poruszenie i niedowierzanie ze strony urzędników i innych klientów.

Kolejne istotne działanie w ramach działalności misyjnej to ochrona zdrowia. Misjonarz niejednokrotnie pełni rolę lekarza i pogotowia ratunkowego. Czasami trzeba przewieźć chorego lub rodzącą kobietę do oddalonego o 60 km szpitalu. Należący do księży samochód nie raz służył za karawan. Indianie są zwolennikami medycyny naturalnej. Zioła nie są jednak skuteczne w leczeniu niektórych chorób zakaźnych, np. ospy. Ava Guarani nie chcieli przyjmować szczepień. Zdarzało się, że przez dwa tygodnie na ospę umierało ponad 30 dzieci. W tej chwili jednak sytuacja wygląda bardziej korzystnie. Podobnie jest w szkolnictwie. Do niedawna nauczycielami byli tylko „biali”, jak Indianie określają wszystkich obcych. Obecnie Guarani są nie tylko nauczycielami, lecz także kuratorami szkół. Wspólnoty mają dostęp do elektryczności, a wielu Indian korzysta z Internetu.

Nie oznacza to jednak, że zniknęły wszystkie problemy.
- Indianie, często za sprawą bolesnych doświadczeń z przeszłości, są bardzo zamknięci w sobie i traktują wszystkich „białych” z podejrzliwością. Zdobycie ich zaufania wymaga ogromnej cierpliwości i sporych umiejętności dyplomatycznych. W kontaktach z nimi należy unikać gwałtownych ruchów i ostrych opinii oraz sformułowań. Ava Guarani zazwyczaj nie wykazują inicjatywy i przyjmują postawę wyczekującą. Większość z paragwajskich Indian jest już ochrzczona, lecz katolicy wśród nich to tylko 25-30% całej populacji. Przedstawiciele innych wyznań i sekt koncentrują swoje wysiłki tylko na pozyskiwaniu nowych wyznawców. Ich działania prowadzą do podziałów w lokalnych społecznościach. Tylko misjonarze katoliccy prowadzą taką „pracę u podstaw”, która służy wszechstronnemu rozwojowi wspólnot indiańskich - mówi ks. Krajza.

Przez 25 lat działalności misjonarskiej nie brakowało momentów zadowolenia ze swojej pracy. Były także przykre i bolesne doświadczenia. Intrygi i podszepty osób z zewnątrz prowadziły do nieporozumień. W pewnym okresie grupa Indian inspirowana przez „białych” postanowiła przejąć rządy w spółdzielni produkcyjnej. Ks. Jan poczuł się odsunięty od dzieła, które tworzył od podstaw. Po kilku miesiącach okazało się, że zarządzanie tak wielkim gospodarstwem nie jest jednak łatwą sprawą. Indianie poprosili kapłana, by ponownie kierował spółdzielnią.

Takie zdarzenia nie załamują jednak misjonarza z Cyku.
- Pewnie pomaga mi fakt, że jestem Kurpiem. Przedstawiciele tej grupy etnicznej nigdy się nie poddają. W swojej pracy w dalekim kraju udało mi się zrealizować wiele spraw, które na pierwszy rzut oka wydawały się nierealne. Ciężka praca i wysiłek zawsze się jednak opłacają. Na pewno zaowocują. Jeśli nie teraz, to w przyszłości. Moja biografia zatoczyła koło. Urodziłem się na wsi i pomagałem rodzicom w prowadzeniu gospodarstwa. Nie widziałem jednak siebie w roli rolnika. Uciekłem od pracy na roli, by… podjąć ją w innym kraju. Praca misjonarza daje mi wiele satysfakcji. Mogę w niej wykorzystać wszystkie swoje zdolności. Cieszę się, gdy widzę wkraczające w dorosłość młode pokolenie członków wspólnoty indiańskiej. Urodzili się oni już podczas mojego pobytu w Paragwaju. Mają oni inny sposób myślenia niż ich rodzice. Z każdym rokiem swojego życia utwierdzam się w przekonaniu, że dokonałem właściwego wyboru. Jeśli Bóg da mi zdrowie, to chciałbym jeszcze coś zrobić dla tych ludzi, wśród których żyję od ćwierćwiecza - podkreśla ks. Krajza

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie