MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Kurp na jeziorach

Magdalena Mrozek
Czesław Pliszka - Kurp z Olsztyna i Irena Siemaszkiewicz - Kurpianka z Mikołakek
Czesław Pliszka - Kurp z Olsztyna i Irena Siemaszkiewicz - Kurpianka z Mikołakek Fot. M. Mrozek
Od dwóch lat przez jeden dzień w roku Kurpie trzęsą mazurskimi Mikołajkami

Czesław Pliszka - Kurp z Olsztyna i Irena Siemaszkiewicz - Kurpianka z Mikołakek
(fot. Fot. M. Mrozek)

Wpływowa grupa Kurpiów doprowadziła do tego, że połowa corocznego miejskiego święta w Mikołajkach poświęcona jest kulturze kurpiowskiej. 29 czerwca, wczesne popołudnie, trwają właśnie Dni Mikołajek. W centrum miasta aż roi się od osób w różnym wieku poubieranych w stroje ludowe. Turyści z różnych stron Polski zastanawiają się co to za jedni. Kaszubi? Chyba nie. Górale? Tym bardziej! No chyba raczej nie Ślązacy czy Łowiczanie. Przepraszam, co to za strój? Kurpiowski, a gdzie te Kurpie leżą? Za miedzą? Nie wiedziałem. Dni Mikołajek to dwudniowe święto miasta. Drugi dzień to od dwóch lat dzień kurpiowski. "Wychodziła" ten dzień u burmistrza Mikołajek i dyrektora Centrum Kultury i Sportu prezeska tutejszego oddziału Związku Kurpiów, energiczna emerytka Irena Siemaszkiewicz. Burmistrz w końcu zgodził się na włączenie kurpiowskich prezentacji w program Dni Mikołajek. Przez całą niedzielę 29 czerwca na placu Wolności turyści polscy i zagraniczni mówiący po niemiecku i angielsku, francusku i rosyjsku oglądali wytwory kurpiowskich wycinankarek, hafciarek i koronkarek, rzeźbiarzy, próbowali piwa kozicowego i chleba wypiekanego na chrzanowych liściach, posmarowanego grubo, od serca, smalcem ze skwarkami. Furorę zrobiły zespoły folklorystyczne, które podobnie jak ludowych twórców ściągnęła nad jezioro Mikołajskie pani prezes związku. Kurpiowskie melodie grali i śpiewali Dąbrozianie z Rozóg, Puszcza Zielona z Łysych i Jagodecki z Zalasa.

Skąd was tu tylu

skąd tylu Kurpiów na Mazurach? W wielu mniejszych i większych mazurskich wsiach i miasteczkach oraz na Warmii można spotkać ludzi, którzy sami, albo ich rodzice opuszczali po wojnie kurpiowskie wioski i przenosili się w poszukiwaniu lepszego bytu za dawną pruską granicę, czyli na Ziemie Odzyskane. Ostatnio mazurscy i warmińscy Kurpie zaczęli się organizować. W Mikołajkach, Szczytnie, Olsztynie działają oddziały Związku Kurpiów. Blisko sześćdziesiąt lat temu, po drugiej wojnie światowej masową migrację ludności przeżywała Warmia i Mazury. Wśród Polaków siłą przesiedlonych z Wileńszczyzny i Kresów do poniemieckich majątków przybyli także Kurpie. Na wielodzietne rodziny, które mieszkały w drewnianych chatach ze strzechą i gospodarzyły na bardzo słabej ziemi, na Warmii i Mazurach czekały murowane, kryte dachówką domy i urodzajna gleba. Przenosili się zazwyczaj tuż za miedzę, wybierając poniemieckie gospodarstwa w południowej części Mazur. Nie bez przeszkód. Wielu Kurpiów na Mazurach do dziś wstydzi się swego pochodzenia. "Nowa komunistyczna władza awansowała lud pracujący, czyli robotników i chłopów a Kurpie byli zwykłymi chłopami" - wspomina ksiądz kanonik Romuald Zapadka, duszpasterz Związku Kurpiów na Warmii i Mazurach w opracowaniu "Wizerunek Kurpia na Warmii i Mazurach". "(...) Wielu Kurpiów, choć związanych z wsią, trudniło się rzemiosłem. Ci Kurpie - rzemieślnicy zaczęli pracować w tworzonych na Warmii i Mazurach PGR-ach jako kierowcy, operatorzy kombajnów itp. Wielu trafiło do miast i zaczęli pracować w zakładach przemysłowych. Kształcili się na organizowanych kursach. Ich dzieci zdobywały wykształcenie zwykle w szkołach zawodowych i technikach. To ci Kurpie zaczęli najbardziej, moim zdaniem, wstydzić się swego wiejskiego, chłopskiego pochodzenia. Wstydzili się nie tylko gwary kurpiowskiej, ale także wszelkiej obyczajowości. Nie wiem dlaczego w tym środowisku ukształtował się stereotyp Kurpia jako człowieka prymitywnego, skłonnego tylko do pijaństwa i awantur. Kurp - robotnik miejski do dziś często wstydzi się przyznawać do swego pochodzenia". Tę obserwację potwierdza Irena Siemaszkiewicz z Mikołajek. - Przylgnął stereotyp jeszcze z dawien dawna, że Kurp jest kimś gorszym, pijakiem. Szczerze się dziwię, że ludzie tak długo to jeszcze pamiętają. Przecież w każdej nacji są bardzo różni ludzie. Próbuję jakoś tych ludzi jednoczyć, ale niestety sił brakuje - mówi Irena Siemaszkiewicz. Tak jak kiedyś mazurscy Kurpie wstydzili się swojego pochodzenia z obawy przed nieprzychylnym traktowaniem przez sąsiadów, tak teraz zwyczajnie nie mają czasu, by pamiętać skąd przyszli ich rodzice. - Młodsi nie chcą się tym zajmować. Ludzie drzemią, są ciągle zajęci, gonią za pieniędzmi, a jeszcze inni w ogóle nie chcą nic robić - żali się prezeska Związku Kurpiów w Mikołajkach.

Powojenna przeprowadzka

Irena Siemaszkiewicz urodziła się i wychowała w Dębach, wsi oddalonej zaledwie o trzy i pół kilometra od Łysych. Kiedy miała czternaście lat wyjechała do Mrągowa. Tam mieszkała już jej siostra, krawcowa. - Zdałam egzaminy do liceum pedagogicznego i po skończeniu nauki zostałam nauczycielką. Moim pierwszym miejscem pracy była szkoła podstawowa w Bagienicach koło Mrągowa - opowiada. Do Mikołajek trafiła wspólnie z mężem, zegarmistrzem, który właśnie tu otrzymał lokal na prowadzenie zakładu. Od tego czasu minęło już czterdzieści lat. Pani Irena była w tym czasie nauczycielką, zastępcą dyrektora szkoły, inspektorem oświaty w Mikołajkach i pedagogiem szkolnym. Obecnie jest na emeryturze i od trzech lat prezesuje oddziałowi Związku Kurpiów, który w Mikołajkach liczy dwadzieścia osób. - Działalnością w związku zajęłam się przez zupełny przypadek, bo muszę przyznać, że w trakcie pracy zawodowej Kurpie nie towarzyszyły mi w żadnym momencie - przyznaje Irena Siemaszkiewicz, postrzegana obecnie w Mikołajkach jako "ortodoksyjna Kurpianka". Przypadek miał miejsce trzy lata temu w kościele pw. Matki Bożej Różańcowej. - Na Mszy świętej zobaczyłam Kurpiów ubranych w stroje ludowe. Pamiętam, że byli wśród nich Stanisław Sieruta i Apolonia Nowak. Po nabożeństwie zaśpiewali piękne kurpiowskie pieśni. A do parafii zaprosił ich ksiądz dziekan Stanisław Gadomski, także Kurp z urodzenia, pochodzący z Szafrank. Na placu przed kościołem była wystawa wydawnictw regionalnych, prezentowali swoje wyroby twórcy ludowi. Wyszłyśmy z kościoła razem z koleżanką i ona wiedząc, że jestem Kurpianką pociągnęła mnie w stronę straganików, których obejrzenie polecał ksiądz. Wtedy też dowiedziałam się że doktor Stanisław Pajka przysłał wcześniej księdzu ankiety do wypełnienia przez ludzi, którzy wywodzą się z Kurpiowszczyzny. Jednak ankiety nie wróciły do adresata. Przeglądając różne publikacje Zarządu Głównego Związku Kurpiów do rąk pani Ireny trafiły się "Losy Kurpiów - sukcesy i porażki". - "Ciekawe czy jest tam o kimś z mojej rodziny" pomyślałam, bo z tego co rodzice opowiadali, mieliśmy wielu zdolnych krewniaków. Nie miałam jednak z nimi żadnego kontaktu. Zaczęłam wertować książkę i wzrok utkwił mi na zdjęciu z podpisem: Jerzy Waszkiewicz. Skojarzyłam, że to nazwisko mojego kuzyna i czym prędzej kupiłam książkę. Zdążyłam zapłacić i za plecami słyszę: "ciocia! ". Tak przywołał mnie mąż mojej siostrzenicy Józef Bacławski z Łysych, który najczęściej rzeźbi świątki. Zaczęliśmy rozmawiać i w tym momencie podszedł do nas doktor Pajka. "O pani to na pewno jest Kurpianką" powiedział. Zainteresowało mnie to i pytam po czym poznał. Tak myślę - odpowiedział i zaproponował wstąpienie do Związku Kurpiów. Pani Irena przyznaje, że był to dla niej powrót do korzeni i impuls do odświeżenia przyblakłych wspomnień z dzieciństwa. - Postanowiłam odszukać kuzyna, którego "opowieść o najbliższych" przeczytałam w książce. Napisał tam m.in. o rodzinie mojej mamy, że przezywano ich sitorzami, bo wyrabiali naczynia z sitowia. Napisał, że było ich sześć sióstr, że były bardzo piękne, że każda w posagu dostała konika i źrebaka - wymienia jednym tchem. - Łzy mi pociekły po twarzy i zadzwoniłam na informację telefoniczną po jego numer. Przed tą rozmową na kartce spisałam sobie w punktach, to co chciałam mu powiedzieć. Przedstawiłam się, że jestem jego ciotką, że moja mama mieszkała w Dębach, ale pochodzi z tej samej wsi, w której on mieszka - z Piątkowizny. Jerzy jest organistą, uczy religii w szkole i prowadzi zespół Jagodecki. Postanowiłam poznać go bliżej i bliżej poznać losy mojej rodziny. Na Kurpie pani Irena wraca kilka razy w roku. Przyjeżdża na posiedzenia Zarządu Głównego Związku Kurpiów, na imprezy folklorystyczne, na które jest zapraszana, odwiedza brata i chrześniaka w Dębach, siostrę w Wykrocie, odwiedza groby najbliższych na cmentarzu w Łysych.

Wygonił ich rynek

Nie tylko jednak tuż po wojnie Kurpie emigrowali na Mazury. Jest też całkiem świeża emigracja, którą wygoniły na północ przemiany rynkowe lat 90. Do Związku Kurpiów na Warmii i Mazurach trafili Maria i Mirosław Obrębscy, dziś mający adres w Olsztynie, ale jeszcze siedem lat temu mieszkali z trzema synami w pobudowanym własnymi rękami domu w Cierpiętach koło Baranowa. Pani Maria pracowała w Zakładzie Przemysłu Drzewnego w Parciakach, pan Mirosław na PKP był dyżurnym ruchu. - Pierwszy do Olsztyna przeniósł się mąż. Kolej zamykała u nas linie, nie było pracy, a tu dzieci zaczęły dorastać. Najstarszy syn uczył się w liceum w Ostrołęce i myślał o studiach. Mąż dostał służbowe przeniesienie. Rok trwało męskie gospodarzenie pana Mirka i średniego syna w Olsztynie - wspomina Maria Obrębska. - Potem najmłodszy syn rozpoczął naukę w technikum samochodowym, a ja dołączyłam do nich 4 grudnia 1998 roku. W Olsztynie mieszkały już od dawna moje trzy siostry, tak że mam tu prawie całą swoją rodzinę. Zlikwidowałam jeszcze firmę, którą prowadziliśmy i jechałam z nadzieją, że w nowym miejscu uda mi się znaleźć coś dla siebie. Pani Maria pracy szukała pracy w Olsztynie dwa lata. Znalazła w Polskim Związku Niewidomych. Zupełnie jak we wspomnieniach powojennych kurpiowskich emigrantów, małżeństwo Obrębskich zgodnie twierdzi, że Kurpiowszczyznę opuszczali bez żalu, bo przeprowadzali się z myślą o lepszym życiu dla siebie i dla swoich dzieci. - Nie wracamy myślami do dawnych czasów, pochłonęło nas to co nowe. Migracja była dla nas zupełnie bezbolesna. Państwo Obrębscy do rodzinnych stron wracają dwa, trzy razy w roku. - Na Wszystkich Świętych i latem - mówi pan Mirosław. - Ostatnio byłem wiosną i nawet zrobiłem sobie zdjęcie pod dawnym swoim domem. W olsztyńskim Związku Kurpiów spotykają się z okazji różnych uroczystości, np. Wigilii, Dnia Kurpia. - Dzieci śmieją się z nas, że znaleźliśmy sobie takie zajęcie - mówi Maria Obrębska. - One chyba już nie czują się Kurpiami. Bardzo podoba im się Olsztyn. Prezes oddziału Związku Kurpiów w Olsztynie Jan Prusik również pochodzi z Baranowa. Jego ojciec był mistrzem kowalstwa. W rodzinnej wiosce przebywał do czternastego roku życia. Potem uczył się w Przasnyszu, mieszkał w Warszawie, aż w końcu osiadł w Olsztynie. Widział jak działa się historia, bo obserwował ulice stolicy w grudniu 1970 roku. Ale za przełomowy dzień w swoim dorosłym życiu uważa 6 lipca 1996 roku, kiedy został zaproszony do udziału w Zjeździe Założycielskim Związku Kurpiów w Ostrołęce.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki