Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Kobiety samorządowe

Aldona Rusinek, Anna Suchcicka
Agnieszka Mieczkowska lubi domową ciszę, w którą ucieka od zgiełku oficjalnych spotkań
Agnieszka Mieczkowska lubi domową ciszę, w którą ucieka od zgiełku oficjalnych spotkań A. Rusinek

Piszę doktorat

Z Agnieszką Mieczkowską, wiceprezydent Ostrołęki, rozmawiamy:

O kobietach ambitnych.
Skromnie mówi, że nie jest kobietą nadmiernie ambitną, aczkolwiek aktywne, ambitne kobiety bardzo sobie ceni. Stanowisko wiceprezydenta miasta nie wydaje się jej nadzwyczajnym osiągnięciem dla kobiety. Takiemu wyzwaniu mogłaby sprostać niejedna ostrołęczanka. Nie pcha się w politykę, nie marzy o karierze na wyższych szczeblach. Od ponad dziesięciu lat piastuje kierownicze funkcje w samorządach lokalnych: w latach 1992-1994 była wiceprezydentem Ostrołęki, potem, do 2002 roku, sekretarzem miasta w Ełku (gdzie wygrała konkurs na stanowisko), obecnie powróciła na fotel wiceprezydenta w ostrołęckim ratuszu. Jej ambicją jest jak najlepiej wypełniać powierzone obowiązki. Stara się odpowiadać za to, na czym zna się najlepiej - czyli za gospodarkę nieruchomościami, procedury inwestycyjne i budowlane.

O godzeniu obowiązków.
Nie ma żadnego problemu z godzeniem obowiązków służbowych z domowymi. To kwestia sprawnej organizacji, ale także pomocy ze strony najbliższych. Agnieszka Mieczkowska wstaje o 6.30. Kąpie się, je śniadanie. Przed lustrem i przed szafą raczej nie marudzi. Wyjeżdża z domu o 7.30, by po drodze do pracy zawieźć córkę Emilię do szkoły. Z pracy wraca o różnych porach. Czasami bardzo późno. Zawsze jednak wieczorem stara się przygotować obiad na następny dzień. Przede wszystkim zupę wegetariańską dla Emilii, i drugą zupę, dla siebie i męża Jacka. Drugie danie robi już następnego dnia. Obiady rodzina jada raczej późno, koło 19.00, gdy wszyscy są już w domu. Kiedy Emilia była mała, przychodziła kobieta do pomocy, teraz córka stara się pomagać mamie. Mąż również. Do pana Jacka należy odkurzanie domu. Pani Agnieszka odkurzania nie znosi, bo strasznie trudno jest wyczyścić fotele i dywany pełne sierści dwóch wielkich dalmatyńczyków, wypasionych pieszczochów, uwielbiających cukierki. Prasuje natomiast mężowi koszule, robi pranie, gotuje - jak wszystkie kobiety. Nie czuje się zmęczona takim rytmem dnia. Męczy ją natomiast i stresuje krytyka władz miasta, z jaką się nieraz spotyka, podejrzenia o nieuczciwe intencje.

O domu.
Dom jest azylem. Schronieniem przed służbowymi obowiązkami, przed zgiełkiem oficjalnych spotkań, które ją nieco męczą. Lubi domową ciszę. Uwielbia niedzielę, jedyny wolny dzień w tygodniu (choć też nie zawsze). Pani Agnieszka śpi wtedy do 10.00. Lubi spokojnie chodzić w szlafroku po domu. Przygotowywać obiad z deserem. Po obiedzie lubi poczytać. Ale nie literaturę piękną (nie lubi czytać "babskiej" literatury ani oglądać "babskich" seriali). Czyta fachową literaturę, dotyczącą uwarunkowań administracyjno-prawnych w handlu nieruchomościami. Od dłuższego czasu pisze pracę doktorską na ten temat, więc cały czas pogłębia wiedzę. Agnieszka Mieczkowska lubi także spacery, świetnie odpoczywa biegając z psami. Czasami spotyka się z przyjaciółmi, wieloletnimi, sprawdzonymi, na których zawsze może liczyć. Bardzo ceni sobie te przyjaźnie.
Dom, w którym obecnie mieszkają państwo Mieczkowscy, kupiony był na początku lat 90. Obecnie pani Agnieszka zaabsorbowana jest urządzaniem nowego domu. Przed rokiem kupiła starą, zabytkową kamieniczkę przy ul. Farnej w Ostrołęce. Adaptuje ją na biuro - ewentualne miejsce przyszłej pracy i na mieszkanie. Marzy jej się mieszkanie jasne i przestronne. Cieszy się, że będzie mieszkała w centrum starego miasta, które bardzo lubi.

O rozmowach z córką.
Emilia skończyła właśnie 18 lat. Jest maturzystką w liceum. Bardzo dużo się uczy, przygotowując się do matury i do egzaminów na prawo. Pani Agnieszka uważa, że ma dobry kontakt z córką. Stara się z nią dużo i często rozmawiać. Ale w rozmowach nie może przekroczyć pewnej granicy prywatności. Emilia bardzo broni własnej intymności, więc o sprawach, które mamę dorastającej córki interesują najbardziej, rozmawiać z nią trudno. Czasami się zdarza, że wiceprezydent Mieczkowska wraca z pracy zdenerwowana lub bardzo zmęczona po trudnym dniu. Wyłącza się wtedy, pochłonięta służbowymi problemami. Emilia niecierpliwi się wówczas, że mama jej nie słucha.

O garderobie w pastelowych kolorach.
Stanowisko, jakie piastuje Agnieszka Mieczkowska, na pewno wymaga bardziej starannego stroju, choć pani Agnieszka zapewnia, że nie przywiązuje szczególnej wagi do własnego wyglądu. Od roku, jak mówi, nie kupiła sobie żadnego nowego "ciucha", takiego "ekstra". Ale szafa w sypialni i garderoba zawieszone są stylowymi garsonkami. Jako sekretarz w Ełku zarabiała znacznie lepiej niż obecnie, jako wiceprezydent. Kupowała wówczas drogie, w dobrym gatunku, kostiumy lub sukienki, które latami jej służą. Lubi stroje w pastelowych kolorach. Nie wyobraża sobie, by mogła się ubrać w czerwony kostium.
W pierwszej kadencji co najmniej dwa razy w tygodniu chodziła do fryzjera. Pilnowała tego ówczesna wiceprzewodnicząca Rady Miasta, Irena Nosek, która kazała pani wiceprezydent czesać się poważniej. W Ełku pani Agnieszka zapuściła włosy. Teraz nosi długie, proste, rozpuszczone, co może nie wygląda poważnie, ale jest bardzo wygodne. U fryzjera bywa na wyjątkowe okazje. Nie chodzi również do kosmetyczki, bo szkoda jej czasu. Cerę pielęgnuje od lat kremami Vichy. Ostatnio, jak mówi, kupuje także przeciwzmarszczkowe. Prawie się nie maluje, a jeśli już, to bardzo delikatnie.
Figurę utrzymuje od lat niezmienną. Kilka lat temu przestała jadać chleb i ziemniaki. Natychmiast zrzuciła kilka kilogramów i stara się obecną wagę utrzymać. Je dużo białego sera, jogurtów, chudą wędlinę. Ale nie odmawia sobie ciast i słodyczy.

O pstrągu z brokułami.
Agnieszka Mieczkowska bardzo dobrze czuje się w kuchni. Lubi gotować, jeśli tylko czas pozwala. Ma swoje dania "ekstra", które potrafi zrobić na poczekaniu, nawet na bardziej elegancką kolację. Na przykład pstrąg zapiekany w śmietanie z brokułami. Podaje go z ziemniaczanymi kulkami, do tego białe francuskie wino. Wszystkim zazwyczaj to danie smakuje. Robi też bardzo dobry sernik gotowany z herbatnikami. Obowiązkowym deserem na wigilijnym stole jest szarlotka na ciepło z bitą śmietaną.

O Wigilii.
W tym roku Agnieszka Mieczkowska marzy o Wigilii w domu. Dawniej, kiedy dzieci były małe, bardzo lubiła duże, rodzinne wieczerze wigilijne, na których było dużo radosnego gwaru. Teraz dzieci podorastały, nie przychodzi już "prawdziwy" Mikołaj. Spotkania rodzinne straciły dawny urok. Pani Agnieszka pamięta jedną straszną Wigilię, gdy Emilia zachorowała. Całe święta przesiedzieli z mężem w szpitalu przy chorym dziecku, przerażeni, że mogą je stracić. To najgorsze wspomnienie wigilijne. W tym roku ma nadzieję na spokojny wieczór we troje. Przygotuje śledzie, rybę po grecku, barszcz czerwony z uszkami, postną kapustę z suszonymi grzybami. Będzie można posiedzieć, porozmawiać.

O marzeniach.
Największym marzeniem jest, by Emilka dostała się na studia. A drugim, służbowym, by udało się zrealizować w mieście dwie duże inwestycje - obwodnicę i system kanalizacji. Marzy także o tym, by we wtorki, kiedy jest dzień przyjęć interesantów, jak najwięcej ludzi wychodziło z jej gabinetu zadowolonych. Ale to bardzo trudno osiągnąć, bo wobec wielu ludzkich problemów jest po prostu bezsilna. A nie lubi ludziom obiecywać niczego, czego spełnić nie może.

Aerobik w oborze

Jadwiga Kołodziejska planuje sylwestra z wnukiem
Jadwiga Kołodziejska planuje sylwestra z wnukiem
A. Suchcicka

Grażyna Wróblewska wójt, hodowca trzody chlewnej

(fot. A. Suchcicka)

Grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne tam, gdzie chcą. I ja jestem właśnie taką niegrzeczną dziewczynką - mówi o sobie Grażyna Wróblewska, wójt gminy Przasnysz.
Panią wójt odwiedziliśmy 16 grudnia. Rozmawialiśmy w pokoju pełnym pamiątek z podróży, rodzinnych zdjęć i świątecznych ozdób.
Grażyna Wróblewska urodziła się i wychowała w Przasnyszu. Dziś mieszka w Golanach, w domu, który wybudował jej ojciec. Jak żartuje, jest ostatnim mieszkańcem gminy Przasnysz. Tuż za jej polem przechodzi granica między gminami Przasnysz, Krasne i Czernice Borowe.
- Lubię wieś, lubię spokój i zapach zboża, nie chciałabym mieszkać w mieście, nawet tak niewielkim jak Przasnysz - twierdzi Grażyna Wróblewska, która obowiązki wójta łączy z obowiązkami hodowcy trzody chlewnej.
- Wstaję o godz. 4.30 i do 6.45 - zamiast aerobiku - wykonuję gospodarskie obowiązki. Potem robię wszystkim śniadanie i wyruszam do pracy na godz. 8.00 - opowiada. - Wracam bardzo różnie, czasem bardzo późno, a w domu, co najmniej trzy razy w tygodniu, czeka na mnie mielenie śruty dla 150 świń.

Odpowiedziałam na wyzwanie wójta Wołosza.
Grażyna Wróblewska studiowała ekonomię i filologię rosyjską w Odessie. Po studiach zaczęła pracować w Urzędzie Wojewódzkim w Ciechanowie, ale szybko porzuciła administrację i zaczęła podróżować jako pilot wycieczek zagranicznych. Podróże skończyły się dziewięć lat temu, gdy zginął jej ojciec.
- Od tego czasu jestem chłopakiem, który potrafi wszystko zrobić. Umiem jeździć ciągnikami i potrafię obsługiwać maszyny rolnicze. Mam jednak nadzieję, że znowu, w ramach wakacji, zacznę jeździć po świecie. Dawno nie byłam w Wilnie, chciałabym też bardzo pojechać do Indii i do Samarkandy.
Zanim pani Grażyna trafiła do samorządu, udzielała się w radzie rodziców, brała udział w akcji telefonizacji wsi, organizowała dożynki kościelne. Pięć lat temu okoliczni mieszkańcy docenili jej społeczną aktywność i zaproponowali, by została radną. I tak zaczęła się jej przygoda z samorządem. W minionej kadencji była przewodniczącą rady, a przed wyborami bezpośrednimi mieszkańcy Golan ponownie podpowiedzieli jej, by kandydowała na wójta.
- Jeszcze nie podjęłam decyzji, kiedy w TO ukazał się artykuł, w którym Jan Wołosz, poprzedni wójt gminy Przasnysz, scharakteryzował mnie jako najpoważniejszą kontrkandydatkę. Poczułam się wywołana do tablicy i podjęłam decyzję o kandydowaniu. Gdybym tego nie zrobiła, wyglądałoby to tak, jakbym się bała - wspomina Wróblewska, która wygrała wybory, po dogrywce, z 70-procentowym poparciem.

Zmieniłam strój, zostałam przy fryzjerce.
Od tamtego czasu w jej szafie przybyło sporo oficjalnych garsonek.
- Wcześniej chodziłam zwykle na sportowo, natomiast garsonki zakładałam tylko na specjalne okazje. Teraz, dla odmiany, dżinsy i sportowe kurteczki wyciągam z szafy tylko na wolny weekend - pani wójt prezentuje nam wypełnioną po brzegi szafę i zdradza, że nie może oprzeć się pokusie zakupu różnego rodzaju ozdób, zwłaszcza srebrnej biżuterii. Wierna jest też swojej fryzjerce. - Od wielu lat chodzę do Eli Morawskiej. Zmieniają się tylko adresy, bo pani Ela wciąż zmienia zakłady.
- Kiedy byłam nastolatką, życzyłam sobie, abym się nigdy nie nudziła i chyba mi się to spełniło. Czasem zastanawiam się, czy jestem odpowiednią osobą do kierowania gminą, ale chyba każdy ma takie chwile zwątpienia. Ja w takich sytuacjach lubię się wyspać i zaczynam od nowa. Jestem bardzo upartą kobietą i jako zodiakalny Bliźniak lubię wszelkiego rodzaju zmiany. Potrafię też podejmować tzw. męskie decyzje. Jestem przyzwyczajona do wydawania poleceń i ich egzekwowania - tak charakteryzuje siebie pani wójt. A jak traktują kobietę-wójt inni samorządowcy? - Bez taryfy ulgowej i bez prowadzenia za rączkę, wręcz przeciwnie - pilnie z boku obserwują, co potrafię i bez owijania w bawełnę wytykają błędy - wyjaśnia Wróblewska.

Żyję w babskim świecie.
Na co dzień Wróblewska żyje w babskim świecie. W urzędzie pracuje tylko jeden mężczyzna.
- Przez wiele lat pracowałam wyłącznie z mężczyznami i początkowo nie mogłam się przyzwyczaić do nowych relacji. Kobiety są bardziej wrażliwe i inaczej reagują na wszystkie sprawy, natomiast z mężczyznami można porozmawiać w sposób bezpośredni, bez urazy - twierdzi nasza rozmówczyni.
Również dom to świat kobiet. Grażyna Wróblewska mieszka z mamą i siedemnastoletnią córką Dagmarą.
- Uważam, że mam z córką dobry, partnerski kontakt. Nie jestem mamusią, która roztacza skrzydła nad własnym dzieckiem. Najlepiej uczyć się na własnych błędach - uważa Grażyna Wróblewska, która kocha historię i z myślą o emeryturze zbiera wszelkie informacje na temat swojej rodziny. Skrzętnie zapisuje różne prześmieszne rodzinne historyjki.
- Chcę kiedyś napisać historię rodziny. W poszukiwaniach cofnęłam się już dwa wieki do tyłu. Jak się okazuje, moje samorządowe zapędy nie wzięły się znikąd. Dwóch moich pradziadków: Krzyżewski i Wróblewski byli radnymi, walczyli o język polski w szkołach na początku XX wieku, obaj zakładali Ligę Narodową w Przasnyszu, Bank Spółdzielczy i obaj przeprowadzali meliorację - opowiada.
Przedświąteczne przygotowania w kobiecym domu przebiegają bez zgrzytów. Pani Grażyna robi zakupy i pierogi z kapustą i grzybami, a całą resztę przygotowują pozostałe kobiety.
Na wigilijnym stole musi być obowiązkowo siedem potraw.
- Nie wiem dlaczego akurat siedem, ale tak tu się utarło. Musi być zupa z suszonych owoców, kapusta z grzybami, pierogi i ryby pod różnymi postaciami. Musi być też żywa choinka, jemioła i prezenty - wylicza i opowiada o jeszcze jednym "golańskim" zwyczaju: - W Wigilię kobiety nie mogą chodzić do sąsiadów, bo uważa się powszechnie, że przynoszą nieszczęście. Kobiety nie mogą też w tym dniu telefonować. Czasem jest to dosyć kłopotliwe - przyznaje Wróblewska, która stara się tej tradycji przestrzegać.
A czego pani wójt życzy swoim mieszkańcom? - Pomyślności, spokoju i żeby nigdy nie byli samotni i smutni.

Pani wójt najmniejszej gminy

Jadwiga Kołodziejska planuje sylwestra z wnukiem

(fot. A. Suchcicka)

Przed świętami odwiedziliśmy Jadwigę Kołodziejską, panią wójt gminy Młynarze. O urokach posiadania wnuka, świątecznych planach i pracy w samorządzie rozmawialiśmy w budynku Urzędu Gminy.
- Nie zaprosiłam państwa do domu, bo właśnie trwa w nim wymiana okien. Jakoś wcześniej nie było na to czasu, a chcieliśmy odliczyć za ten rok co nieco z podatku - wyjaśniła nam pani wójt i zaczyna się zastanawiać: - Trzeba chyba też zrobić malowanie, bo po wymianie okien ściany nie wyglądają najlepiej...
Gmina Młynarze jest maleńka, mieszka w niej zaledwie 1860 mieszkańców, jej budżet to trzy miliony złotych, a w urzędzie pracuje osiem osób - sześć kobiet i dwóch mężczyzn.
- Może i jest przewaga kobiet, ale tak dyktuje życie. Mamy bardzo dużo papierkowej pracy, a kobiety są bardziej cierpliwe i dokładne. Mężczyźni są do konkretnego załatwiania spraw - uważa pani wójt, która wprawdzie nie lubi całowania po rękach, ale do pracy zawsze przychodzi w sukience. Prywatnie woli dżinsy, bo są wygodniejsze.
- Nie przykładam specjalnej wagi do strojów, ubrania kupuję przy okazji, gdy jestem w Ostrołęce czy w Pułtusku. Nigdy też specjalnie nie wybieram się na zakupy, jak coś mi się spodoba, to kupuję. Co jakiś czas chodzę do fryzjerki, głównie po to, aby przyciąć włosy, ale do krawcowej i kosmetyczki nie chodzę - zdradza nam Kołodziejska i wraca do samorządowych tematów: - Praca w samorządach jest trudna, tu na okrągło trzeba się uczyć, trzeba słuchać, patrzeć i dokonywać ciągłych wyborów. Czasem trzeba podejmować niepopularne decyzje. Kieruje się np. tytuły wykonawcze do komornika albo upomnienia podatkowe do rolników. Jest to bardzo niewdzięczny obowiązek, ale należy to robić, bo z dochodów gminy trzeba się rozliczyć przed radnymi.

Do Różana trafiła za mieszkaniem.
Jadwiga Kołodziejska wychowywała się w miejscowości Wielodróż w gminie Przasnysz. Gdy wyszła za mąż, los rzucił ją do Różana.
- Wpłaciliśmy na mieszkanie spółdzielcze w Makowie, ale dowiedzieliśmy się, że w Różanie nie trzeba tak długo czekać, bo właśnie oddają nowe bloki. Wtedy nawet nie wiedziałam, jak wygląda Różan. Pojechałam, zobaczyłam, Różan mi się spodobał i przenieśliśmy wkład mieszkaniowy z Makowa do Różana - wspomina Kołodziejska.
Dzisiejsza pani wójt nie od razu trafiła do pracy w samorządzie. Jako absolwentka Akademii Rolniczo-Technicznej zaczęła od pracy w służbach rolnych, potem była kierownikiem referatu w Wojewódzkim Ośrodku Postępu Rolniczego, a następnie pracowała w szkole. Poważna przygoda z samorządem zaczęła się od naczelnikowania w Szelkowie. Do Młynarzy Kołodziejska trafiła w 1992 roku - w roku, w którym powstała gmina Młynarze.

O posadę walczyła z mężczyzną.
O posadę wójta walczyła z mężczyzną. I wygrała.
- Zaczynaliśmy od zera. Nie mieliśmy nawet budynku dla administracji, nie było biblioteki, a autobusy kursowały tylko po drogach krajowych. Na urząd gminy zaadaptowaliśmy stary budynek szkoły podstawowej, ale był czas, że gnieździliśmy się na 40 metrach kwadratowych - wspomina Kołodziejska.

Wigilia w Dyszobabie.
Przy wigilijnym stole w domu Jadwigi Kołodziejskiej mieszkającej w Dyszobabie zasiądzie osiem osób: oprócz pani domu - jej mąż, osiemnastoletnia córka, dwóch synów z żonami i wnuczek. Ze świąteczną kolacją gospodyni domu zaczeka na przyjazd swoich dwóch żonatych synów mieszkających w Ostrołęce. Wraz z nimi zjawi się jej ukochany wnuczek, Szymek. Będzie jemioła powieszona na żyrandolu, prezenty, kapusta z grzybami, barszcz czerwony z uszkami, śledzie pod rozmaitymi postaciami i - zamiast domowych klusek - makaron.
- Nie mam żadnych popisowych świątecznych potraw, bo po prostu nie mam na to czasu. Nawet część ciast kupuję - przyznaje pani domu, która od Świętego Mikołaja chciałaby dostać dla całej swojej rodziny dużo zdrowia, a rolnikom ze swojej gminy życzy, by nie musieli wypełniać tych wszystkich okropnych wniosków. A gdzie Jadwiga Kołodziejska będzie się bawić w sylwestra?
- Prawdopodobnie będę bawić wnuczka. I będę to robić z wielką przyjemnością - odpowiada pani wójt. - Bo Szymek jest taki kochany.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki