MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Kameralność popłaca

epe
- Muszę powiedzieć, że te maluchy są naprawdę zdolne - chwali uczniów anglista, Leszek Czarnik. W szkole na pełnym etacie pracują dwie nauczycielki nauczania zintegrowanego, dyrektor Rozenek i Janina Łapka
- Muszę powiedzieć, że te maluchy są naprawdę zdolne - chwali uczniów anglista, Leszek Czarnik. W szkole na pełnym etacie pracują dwie nauczycielki nauczania zintegrowanego, dyrektor Rozenek i Janina Łapka A. Wołosz
To brzmi, jak marzenie większości rodziców: dzieci jeżdżą na wycieczki do coraz ciekawszych zakątków Polski, systematycznie wybierają się do teatru, uczą się w kolorowych klasach, po kilka osób w grupie. Jak się okazuje, takie szkoły istnieją. Odwiedziliśmy jedną z nich - tę w Dalekiem-Tartaku.

- Taka szkoła powinna być w każdej miejscowości - mówi Joanna Zasłona, prezes Stowarzyszenia Na Rzecz Rozwoju Osiedla Dalekie-Tartak "Sosna". Stowarzyszenie od czterech lat jest organem prowadzącym Publiczną Szkołę Podstawową w Dalekiem, która należy do sieci "małych szkół". Szkoła liczy 22 uczniów, trzy oddziały (klasy 1-3 plus zerówka). Jest najmniejszą szkołą w powiecie wyszkowskim (samodzielną placówką, nie licząc szkół filialnych).

Nie przeszkadza, nie pomaga

Szkoła w Dalekiem-Tartaku zajmuje kilka pomieszczeń w piętrowym budynku w środku wsi. Budynek jest zadbany, przy wejściu starannie wypielęgnowane rabaty z kwiatami. Przez uchylone drzwi słychać pierwsze kroki w nauce języka angielskiego. - I like school (lubię szkołę) - powtarzają za anglistą Leszkiem Czarnikiem. Budynek, w którym mieści się szkoła, ma już kilkadziesiąt lat. W ostatnim czasie dokonano tam jednak kilku zmian - np. wymieniono okna, na podłogach położono nową wykładzinę. - Patrzy pani na to moje stare biurko? - pokazuje na wysłużony mebel Jadwiga Rozenek, dyrektor szkoły. - Moje biurko nie jest tu ważne. Ważniejsze są pomoce naukowe, wyposażanie klas. Jadwiga Rozenek o pieniądzach mówi nie przypadkiem. W Dalakiem-Tartaku liczy się je bardzo uważnie. Szkoła, jako placówka publiczna otrzymuje od gminy subwencję na każdego ucznia (ok. 300 złotych miesięcznie) i niewielkie pieniądze z gminy. Z tych pieniędzy należy opłacić nauczycieli, dwóch na pełnym etacie i jednego na pół, a w sezonie grzewczym - woźnego. Do tego dochodzą jeszcze pomoce naukowe, inwestycje, koszty eksploatacyjne. Wszystkie pozostałe prace wykonują rodzice. Od malowania ścian, po naprawianie sprzętów, zakładanie ogrzewania do sprzątania. Kiedy nie trzeba budynku ogrzewać, nie pracuje woźny, który jednocześnie sprząta, to rodzice dwa razy w tygodniu sprzątają szkołę. Mają wyznaczone dyżury. - To, co zaoszczędzimy przez te kilka miesięcy na pensji dla woźnego, możemy przeznaczyć na wycieczki - mówi dyrektor Jadwiga Rozenek. - Nikt się nie buntuje przeciwko sprzątaniu - śmieje się Joanna Zasłona. Podobnie było cztery lata temu, kiedy powstał pomysł stworzenia tzw. małej szkoły. Jak to zwykle bywa, wpadli na niego rodzice, żeby uniknąć likwidacji placówki. Gdyby do tego doszło, maluchy musiałyby dojeżdżać kilka kilometrów do szkoły w Białymbłocie albo Brańszczyku. Rodzice zgodnie więc stwierdzili, że muszą wziąć sprawy w swoje ręce. - Sami szukaliśmy informacji o małych szkołach - opowiada Joanna Zasłona. - Dowiedzieliśmy się, jak należy to zrobić, zarejestrowaliśmy stowarzyszenie i mamy szkołę. Jeżeli chodzi o władze gminy, to wójt nam nie przeszkadza, ani nie pomaga. Kiedy okazało się, że szkoła w Dalekiem będzie dalej istnieć, na innych co prawda, zasadach, mieli miesiąc na remont budynku. Zdążyli. Na początku w szkole uczyło się 13 dzieci. Rok później już 18. Dzieci z roku na rok przybywa. Żeby szkoła mogła w takim systemie funkcjonować, musi liczyć co najmniej trzynaścioro dzieci.

Wszyscy do teatru

W klasie pierwszej uczy się w tym roku rekordowa - jak na Dalekie-Tartak - liczba dzieci. Jest ich dziewięcioro. Klasa druga to cztery osoby, trzecia pięć, w zerówce jest w tym roku czterech chłopców. Uczą się w tzw. oddziałach łączonych, zerówka z klasą pierwszą, druga z trzecią. Rodzice biorą udział w życiu szkoły. Poza wspomnianymi pracami przy utrzymaniu budynku, przychodzą na szkolne uroczystości, jeżdżą z dziećmi na wycieczki. Śmiało można powiedzieć, że odkąd istnieje ich mała szkoła mieszkańcy wsi systematycznie oglądają przedstawienia teatralne. - Mamy 22 uczniów, a przecież i tak musimy wynająć autobus, żeby maluchy dowieźć np. do Warszawy - mówi dyrektor szkoły. - Są wolne miejsca, a i tak za nie płacimy. Rodzice kupują sobie tylko sami bilet, jadą z nami autobusem za darmo. Szkoła stała się elementem, który integruje ludzi. - Dyrektor tartaku użycza nam sali - mówi prezes Zasłona. - Tam dzieci dają przedstawienia dla całej wsi. Na pytanie, czy szkoła uczy i wychowuje na odpowiednim poziomie, rodzice i nauczyciele twierdzą zgodnie, że tak. - Nasze dzieci nie są gorsze od innych, kiedy idą dalej do szkoły - przekonuje pani prezes. - Mają tu dobrych, wykwalifikowanych nauczycieli, dobre warunki do rozwoju emocjonalnego i poczucie bezpieczeństwa. To bardzo dużo, to taki ekstra bilet do przyszłości. Uczymy dzieci, żeby o siebie wzajemnie dbały. A to procentuje. - W edukacji duże społeczności nie popłacają - twierdzi anglista Leszek Czarnik. - Dobry nauczyciel zawsze powinien mieć indywidualne podejście do ucznia. To trudne w dużych szkołach. Tu mamy ułatwione zadanie. Kameralność popłaca. Kiedy odwiedzamy szkołę w Dalekiem-Tartaku, trafiamy na pasowanie pierwszoklasistów na "pełnoprawnych uczniów". Dziewiątka uśmiechniętych i stremowanych maluchów, co chwila zerka na dumnych rodziców, którzy siedzą w sali. A tam tłok, bo poza rodzicami, nauczycielami, są też ich starsi i młodsi koledzy. Kiedy deklamują wierszyki w ramach części artystycznej, siedzący obok nas chłopcy z zerówki, powtarzają zwrotki razem z nimi. - Razem się uczyli na próbach - mówi szeptem pani Zasłona. Wszyscy się dobrze znają, nie ma mowy o tym, że nauczyciel zapomni imienia któregoś z uczniów. Po uroczystym ślubowaniu pierwszaków, modlitwie, której przewodniczy ksiądz Tadeusz Andryszewski (uczy maluchy religii społecznie), czas na święcenie tornistrów. A potem mamy i pani dyrektor wnoszą do sali tort z jedną świeczką. - Uwaga, najpierw życzenie! - woła jedna z mam. Potem czas na herbatę i ciasto. Wszyscy siedzą w jednej sali, nauczyciele nie wychodzą z rodzicami do innego pomieszczenia. Wspólnie świętują. Jak w rodzinie.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki