Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Jazda pod haraczem

Jacek Pawłowski
Przystanek prywatnych autobusów koło Dworca Wileńskiego w Warszawie. Tu najczęściej "Wyszków" wymuszał haracze
Przystanek prywatnych autobusów koło Dworca Wileńskiego w Warszawie. Tu najczęściej "Wyszków" wymuszał haracze Fot. Sł. Olzacki
Podpalenia autobusów, wymuszanie haraczy od przewoźników, wybijanie szyb, przecinanie opon - to czyny zarzucane aresztowanym przed trzema tygodniami członkom gangu wyszkowskiego.

Ze śledztwa nie wynika to jeszcze wprost, nie ma kompletnego materiału dowodowego, ale nie jest tajemnicą, że wyszkowska mafia próbowała przejąć kontrolę nad rynkiem prywatnych przewozów na wschód od Warszawy.

Choć trzon grupy wyszkowskiej siedzi już za kratami i nikt już nie zastrasza przewoźników, właściciele firm przewozowych nadal obawiają się o swoje bezpieczeństwo. "Oddzwonimy do pana" - drżącym głosem mówi jeden z transportowców. Po kilku dniach telefon: "Proszę w ciągu godziny przyjechać (tu nazwa miejscowości i adres)". W suterenie prywatnego domu kilku przewoźników opowiada o swoich kontaktach z wymuszaczami haraczów.
Przewoźnik I: - Któregoś dnia jeden z moich kierowców przyjechał z Warszawy i pyta, "czy szef jest komuś winien jakieś pieniądze?" Odpowiedziałem, że nie, a kierowca opowiedział mi, że w Warszawie na Jagiellońskiej weszło do autobusu dwóch "karków" i powiedziało, że właściciel musi zapłacić. Początkowo myślałem, że to jakieś nieporozumienie, pomyłka. Dopiero koledzy, którzy mieli większe doświadczenie na tym rynku, uświadomili mi, że mafia chce, abym dzielił się zarobkiem.
Przewoźnik II: - Piętnaście lat jeździłem w pekaesach. Potem ciężko pracowałem na własny rachunek. A tu przyjeżdża mi do domu taki łobuz dobrym samochodem i chce ode mnie pieniędzy. Powiedziałem, żeby spierdalał, a po kilku dniach miałem powybijane szyby w autobusie i poprzebijane opony. Co ciekawe, autobus tej nocy stał zamknięty w garażu.
Przewoźnik III: - Na początku prywatne autobusy to był niezły interes. Nie było aż tylu przewoźników co teraz, konkurencja nie taka mordercza. Firma się rozwijała i po pewnym czasie chciałem kupić drugi autobus. Nie wiem, skąd się o tym dowiedzieli, ale przyszli do mnie i powiedzieli, że jak będę miał dwa autobusy, to muszę im płacić za ochronę. Zapłaciłem ze dwa razy, a potem powiedziałem, że nie będę płacił. Parę dni później autobus spłonął na podwórku u kierowcy. Całe szczęście, że coś mnie tknęło i wykupiłem autocasco.
Przewoźnik IV: - Jak się zagęściła konkurencja, to miałem parę takich przypadków, że jadę do Warszawy albo z Warszawy, a tu inny autobus ciągle zajeżdża mi drogę, wyprzedza, podbiera pasażerów z przystanków. Wkurwiłem się i zadzwoniłem na policję. Ci oczywiście nie mogli nic pomóc. Niedługo potem dostałem propozycję nie do odrzucenia, żebym wycofał się z tego rynku, bo psuję interesy komuś, za kim stoi mafia. Powybijali mi szyby. Dobrze, że nie podpalili autobusu, bo stał w drewnianej wiacie połączonej z drewnianą stodołą.
Wymuszanie haraczy, groźby, próby zastraszenia i niszczenie autobusów trwały od połowy lat 90. Uspokoiło się w ubiegłym roku. Ci którzy płacili haracze, płacili jednak do końca. Stawki nie były małe. Gangsterzy żądali po 400-500 zł miesięcznie od jednego autobusu. Z Warszawy na wschód Mazowsza jeździ ponad stu zarejestrowanych prywatnych przewoźników. Zazwyczaj mają po kilka autobusów. Jeżeli połowa z nich płaciła gangsterom, to miesięczny dochód grupy wyszkowskiej tylko z autobusów wynosił 50-100 tys. zł. Jaką część tego rynku opanowali przestępcy - dokładnie nie wiadomo. Nie wie tego nawet prokuratura.
- Trudno oceniać, ile firm płaciło haracze - mówi Tomasz Mierzejewski z Prokuratury Okręgowej w Ostrołęce, prowadzącej śledztwo w sprawie "Wyszkowa". - Bazujemy wyłącznie na materiale dowodowym. To oznacza, że jeżeli pokrzywdzony nie jest zainteresowany ujawnieniem faktów, a nasze źródła nie dają nam wiedzy na ten temat, to zalicza się on do tak zwanej ciemnej liczby.
Według ustaleń prokuratury, działalność grupy wyszkowskiej na autobusowym rynku miała dwa oblicza: haracze i przyjmowanie zleceń od przewoźników, żeby fizycznie zniszczyć konkurencję. Z tego co pamiętają kierowcy, z którymi rozmawialiśmy, od połowy lat 90. w promieniu 50 km od Wyszkowa spłonęło co najmniej dziesięć autobusów. Ile pojazdów miało wybite szyby, stłuczone reflektory, przebite opony - tego nie wiedzą nawet przewoźnicy. To było na porządku dziennym.
- Przestępcy chcąc mieć pretekst do rozmowy o ochronie, najpierw czynili psotę. Tak to zresztą sami nazywali - mówi prokurator Mierzejewski. - Wybijali szybę, bądź inaczej uszkadzali autobus.
Potem zwykle następowała wizyta jednego lub dwóch budzących respekt osiłków. "Widzę, że ma pan kłopoty, ale my możemy zapewnić ochronę". Padały stawki, ceny i groźby, co może się stać, jeśli przewoźnik z ochrony nie skorzysta.
Statystyki wyszkowskiej policji nie grupują przestępstw pod kątem, kto był poszkodowanym. Dlatego oficer prasowej wyszkowskiej komendy trudno było ustalić, ile zniszczeń mienia, gróźb karalnych, napadów było wymierzonych w prywatnych przewoźników autobusowych.
- W ubiegłym roku raz wybito szybę w autobusie. Trudno się w tym przypadku dopatrywać złośliwości lub gangowości. Była jednak kradzież z włamaniem do autobusu i przypadek gróźb karalnych jednego konkurenta pod adresem drugiego. Sprawa ta zresztą znalazła swój finał przed sądem - mówi Anna Jaworska.
Policja zresztą rejestruje przestępstwa tylko na terenie powiatu. Jeżeli ktoś komuś groził np. na przystanku pod Dworcem Wileńskim, czy podpalił autobus pod Pułtuskiem. Niełatwo to wszystko ogarnąć i całościowo przeanalizować, nawet policji i prokuraturze. Interesy wyszkowskiego gangu, nie od dziś wiadomo, sięgały daleko poza Wyszków.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki