Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Jak żyć po nagłej śmierci

Aldona Rusinek
W ostatnich tygodniach odeszło niespodziewanie troje ludzi. Znanych, zacnych, szanowanych w swoich środowiskach. Śmierć dopadła ich w ciągu chwili, pozostawiając otępiałych w niewyobrażalnym bólu najbliższych.

Jan Mroczkowski, wójt gminy Obryte zmarł w tańcu. Świętował 4 września z nauczycielami, rodzicami i gośćmi wspaniałą inaugurację roku szkolnego, połączoną z oddaniem do użytku nowego gimnazjum, w którego budowę od miesięcy był bez reszty zaangażowany.
Stanisław Świderski, wieloletni wójt Sypniewa 10 października upadł w przedpokoju mieszkania w Różanie. Bez ratunku.
Czesława Herman, lekarz anestezjolog z Ostrołęki, 2 października rano wstała, by wyprawić w podróż męża, który miał z lotniska w Warszawie odebrać powracającego z USA syna. Artur Herman zawrócił od drzwi, bo zauważył, że żona położyła się nagle do łóżka. Przeraził go jej oddech. Nie pomogła już karetka reanimacyjna.

Ponieważ jak się mówi, nie znamy dnia ani godziny śmierci i w każdej chwili taka tragedia każdego z nas dotknąć może, próbowaliśmy porozmawiać z pozostawionymi w rozpaczy bliskimi.
- Przykro mi, nie jestem w stanie mówić teraz o moim mężu - powiedziała nam przez łzy Krystyna Mroczkowska. - Do dziś nie potrafię sobie jego nieobecności wytłumaczyć, choć minęło półtora miesiąca. Tragiczne jest to, że nie było żadnej zapowiedzi, żadnego symptomu. Mąż był zdrowy, pełen energii. Odszedł, można powiedzieć w życiowym pędzie. To było jak grom z jasnego nieba. To przecież ja leczę się od lat. Zostawił mnie chorą i samotną. Nie potrafię sobie poradzić z tą samotnością i z tym wyrokiem boskim. Dzieci studiują i nie mogę ich absorbować swoją rozpaczą, bo z własną trudno im się uporać. Przyjeżdżają do mnie rodzice, sami starzy i schorowani. To ja ich powinnam wspierać, nie oni mnie. Ale nie mam siły ani dla nich, ani dla siebie. Może czas zagoi tę ranę. Kiedyś.....
Doktor Artur Herman w pierwszej chwili zgodził się podzielić swoim bólem. Po dwóch dniach jednak zadzwonił i powiedział, że nie ma jednak na to siły.
- To byłoby jak wyrywanie duszy po kawałku - wyznał.
Na rozmowę zgodziła się Krystyna Świderska. Może dlatego, że jak wyznała, kontakt z każdym człowiekiem wyrywa z osamotnienia, które rzuca nią po ścianach pustego mieszkania. I opustoszałego nagle życia.
- To był taki wspaniały mąż i ojciec - przełyka łzy kobieta. Wyraźnie nie chce rozpłakać się na samym początku rozmowy. Próbuje być dzielna. - 27 października mieliśmy obchodzić 30. rocznicę ślubu. Myśmy się tak bardzo kochali - wyrzuca z siebie i już wiadomo, że łez nie da się powstrzymać.
10 października ok. 17.00 Stanisław Świderski wychodził właśnie wynieść śmieci, gdy do drzwi zapukali przyjaciele - Halina Biedrzycka, sekretarz gminy Sypniewo z mężem.
- Staś się tak ucieszył, od lat się z nimi przyjaźniliśmy. Krysiu, wstaw kawę, już wracam, rzucił w drzwiach. Nastawiłam wodę i zaczęłam pokazywać Halince zdjęcia ze ślubu młodszego syna. Skrzypnęły wejściowe drzwi i usłyszałam rumor w przedpokoju. Stasieńku, chcesz kawę, czy herbatę, krzyknęłam. Cisza. Wyjrzałam z kuchni. A on osunięty na ścianę rozpaczliwie łapał oddech. Rzuciliśmy się na ratunek, zaczęłam krzyczeć na klatce schodowej o pomoc. Zbiegli się sąsiedzi. Zadzwonili po pogotowie. Henio Biedrzycki zaczął robić sztuczne oddychanie. Ale ja już wiedziałam, że to nic nie pomoże. Za chwilę nadbiegł mieszkający w sąsiedztwie doktor Gołębiewski. Tylko spojrzał na mnie i pokręcił głową. Kiedy po 40 minutach przyjechała karetka, mąż nie żył - wspomina tragiczny dzień wdowa.
Stanisław Świderski siedem lat temu, w przypływie nagłego złego samopoczucia zrobił badania na serce. Koronografia wykazała, że przeszedł właśnie ukryty zawał. Wykazała też zwapnienie żył, które nie pozwalało na operację. Kardiolodzy zalecili leczenie zachowawcze. Więc się leczył, jak kazali.
- Ale nigdy potem nie narzekał. Zaabsorbowany służbowymi sprawami, był wtedy wójtem Sypniewa, zawsze zapewniał, że czuje się świetnie. Lekarze się pomylili, żartował często. Zobacz, według ich diagnoz nie powinno mnie już być na tym świecie. A ja wciąż żyję. Tak było przez siedem lat - wspomina Krystyna Świderska.
Załamał się nieco po ostatnich wyborach samorządowych. Przez dwie ostatnie kadencje był wójtem w Sypniewie. Żona namówiła go, by w 1994 roku startował w wyborach. Przebywał wtedy na rencie zdrowotnej, a wcześniej był naczelnikiem w Czerwonce.
- Ubiegłoroczne, przegrane wybory ciężko przeżył. Myślał, że przez te kilka lat zdobył zaufanie ludzi. Okazało się, że zaufanie to nie wszystko, że grają rolę różne rozgrywki polityczne. Wiem, że go to bolało, czuł się rozczarowany. Szukał pracy. Bezskutecznie, jakoś nikt z licznych znajomych i przyjaciół nie chciał, czy nie mógł mu pomóc. A on nie potrafił znieść bezczynności. Coraz częściej przesiadywał w fotelu zadumany. Pytałam nieraz, Stasieńku, coś ci dolega? Nic, nic, odpowiadał. Po prostu, czas umierać - żartował. Ja mu wtedy odpowiadałam też żartem: poczekaj, aż skończę pięćdziesiąt lat - opowiada ze łzami w oczach Krystyna Świderska.
Pięćdziesiąte urodziny obchodziła w maju. W sierpniu było wesele młodszego syna.
- Teraz już mogę spokojnie umrzeć. wszystko co mogłem zrobiłem, powiedział mi po weselu - wspomina żona. - Taki był dumny z obu synów. Starszy Piotr skończył prawo na Uniwersytecie w Białymstoku, pracuje dzisiaj w starostwie makowskim. Młodszy Janusz jest absolwentem wydziału politologii i resocjalizacji na Uniwersytecie Warszawskim. Oboje z żoną szukają pracy w Warszawie. Choć tak bym chciała, żeby teraz byli tutaj, bliżej mnie.
Pani Krystyna po pogrzebie wciąż nie może dojść do siebie.
- Sam pogrzeb był dla mnie okropny. Ogromny. Tyle ludzi, sztandary. A Staś zawsze mówił, że chce mieć cichy pochówek. Wdzięczna jestem wszystkim, którzy go odprowadzali, ale przeżyłam to strasznie - mówi. - Pierwsze dni po jego śmierci to był szok. Żyłam w odrętwieniu. Teraz jest coraz gorzej. Krążę między cmentarzem a domem. W domu tłukę się od okna do okna, patrząc bezmyślnie na świat i płaczę. Nie potrafię znaleźć sobie miejsca. Zachodzą dzieci, wnuczka, zaglądają znajomi. Ale przecież trudno innych obarczać wciąż własnym nieszczęściem. Nie mogę znieść jego nieobecności. Pustki, którą pozostawił. Codziennie rano wstawał nieco wcześniej. Robił mi kawę. Potem przez cały dzień krzątaliśmy się wokół siebie nawzajem. Ja byłam dla niego, a on dla mnie. Teraz nie chce mi się wstawać z łóżka. Nie mam dla kogo. Nie mam dla kogo żyć. Kocham dzieci, wnuczkę, ale oni przecież mają własne życie. Tłumaczą mi: mama, trzeba żyć. Ale jak, pytam. Cały czas pytam Stasia, dlaczego nie zdążyłeś się ze mną nawet pożegnać? Dlaczego nie powiedziałeś, co mam dalej robić? Gdyby umierał normalnie, byłabym cały czas przy nim. Moglibyśmy sobie powiedzieć jeszcze wiele słów, których powiedzieć nie zdążyliśmy.
Nocami po głowie kołacze się żal do Pana Boga: dlaczego właśnie on? Tylu złych ludzi chodzi po tym świecie.
- Tego żalu nie da się wyrazić słowami. Gdy myślę o mężu ból rozpiera mi klatkę piersiową, jakby za chwilę miało się coś stać. Tak już pewnie będzie do końca życia. Wiem, że on mnie niedługo zabierze do siebie - mówi w rozpaczy kobieta.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki